Obywatel świata

– Jak to jest być synem tak wielkiego człowieka i artysty?
No cóż, żyję ze swoim nazwiskiem 43 lata. Zdążyłem przywyknąć. Całe swoje świadome życie wiedziałem, że jest moim ojcem, że jest sławny, popularny. Był ze mną w sensie psychologicznym zawsze.


– Jak wpłynął na pańskie życie? Dzięki niemu został pan aktorem?
Nie tylko dzięki niemu. Moja cała rodzina jest artystyczna. Aktorką jest przecież moja mama Ludmiła Władimirowna Abramowa. Przy niej ojciec stał się z nieznanego i bezrobotnego aktora tym, jakim zapamiętał go cały świat. Miała równie ogromny wpływ i na mnie. Od dziecka chodziłem do teatru, poznawałem go od kulis, pokochałem. Proszę też pamiętać, że gdy miałem cztery lata, a starszy brat Arkady – sześć, ojciec odszedł od nas i wychowywała nas tylko mama. Miłość do teatru na pewny nie wotrwałaby bez niej. Oczywiście potem chodziłem do Teatru na Tagance, gdzie oglądałem i podziwiałem ojca, a jego przykład mnie inspirował. Ale to nie jest takie proste, że jak ojciec artysta, to zaraz musi być i syn.

– Co pan pamięta z dzieciństwa? Jak układały się pańskie relacje z ojcem? Nawiasem mówiąc, jego ojciec Siemion też został opuszczony przez swego ojca, jak też miał cztery lata…
Porusza pan bardzo osobiste nuty. Miałem cztery lata, jak odszedł z domu, a szesnaście, kiedy odszedł na zawsze. Z jednej strony mam obraz ojca zapamiętany z wczesnych lat dzieciństwa. Wiele bardzo emocjonalnych sytuacji. Z drugiej, czas późniejszego dzieciństwa i dorastania, gdy go nie było blisko, a był mi – jak każdemu chłopakowi w tym wieku – bardzo potrzebny. Wszystkie te wspomnienia po swojemu formują obraz mego ojca. Może są jakoś tam nieobiektywne, gdyby przykładać je do obrazu ojca i dzieła, jakie pozostawił.
Proszę wierzyć, nie rozmawia mi się o tym łatwo…

– Wiem i przepraszam. Jednak ten synowski ogląd jest tak samo ważny dla obrazu Wysockiego, jak analiza jego pieśni. Zabierał was z bratem na spacery, na ryby, do kina?
Myślę, że starał się nam dawać tyle siebie samego, ile… potrafił. Jako dzieci zabierał nas na spacery, do teartu, kina, cyrku, czasami gdzieś nad wodę – jezioro czy morze. Gdy go już z nami nie było, też się spotykał i dawał prezenty. W tamtej rzeczywistości lat 70. w ZSRR dzieci bardzo pragnęły ładnych zachodnich ubrań – markowych dżinsów, adidasów, koszulek z nazwami amerykańskich drużyn czy oryginalnej gumy do żucia. Podobnie zachodnich zabawek, choćby modeli rozmaitych marek samochodów czy plastykowych postaci Indian. To wszystko ojciec nam przywoził, a my z ogromną dumą pokazywaliśmy naszym kolegom. Oczywiście wzbudzało to u nich zachwyt, skłamałbym, że nam niemiły…

– Chodziliście do jakiejś specjalnej szkoły dla dzieci elity? Jak was tam traktowano?
Nie. To była najzwyklejsza moskiewska szkoła. Bez specjalizacji czy profilu oraz nie dla jakichś „specjalnych” dzieci. Traktowano nas tak, jak wszystkie inne dzieciaki. Nie było z nami problemów wychowawczych, uczyliśmy się przeciętnie.Czasami nauczyciele pytali nas, czy nie pomoglibyśmy w kupieniu biletów do Teatru na Tagance na spektakle z ojcem. Niektórzy pytali, czy przyjdzie na wywiadówkę do szkoły, bo chcieli go poznać osobiście. Z tego wszystkiego nic jednak nie wynikało, bo żadne fory nie były nam potrzebne.

– Pewnie, jak to chłopaki, pasjonowaliście się samochodami ojca, jakich w Moskwie na palcach można było policzyć…
O tak… Osobnymi okazjami, gdy rosła w nas duma z ojca były jego „zajazdy” pod blok, gdzie mieszkaliśmy, jego kolejnymi zgranicznymi autami oraz zabieranie nas nimi na przejażdżki. Nie było wtedy nikogo z rówieśników, kto nie chciałby oglądać tych samochodów czy w nich posiedzieć.

– Ojciec zdaje się szczególnie gustował w „mercedesach”?
To prawda. Bardzo lubil te samochody i bardzo o nie dbał. Miał sportowego „merca”, który nie wszedł do produkcji seryjnej, żartował, że nawet Breżniew nie ma takiego, i srebrnego „merca” limuzynę. Po śmierci limuzynę musieliśmy sprzedać, a sportowego zabrała Marina Vlady.

– Skoro pada to nazwisko, przychodzi czas na pytanie, jak wyglądały pana kontakty z kobietą, która „zabrała” wam ojca?
Marina Vlady był trzecią żoną Władimira Wysockiego. Pierwszą była aktorka Iza Konstantinonowna Żukowa, następnie nasza mama. Z Mariną Valdy był 13 lat i zrobiła dla niego bardzo dużo, przede wszystkim dla spopularyzowania go na Zachodzie. Poznałem ją w Moskwie, gdy przyjechała do ojca. Nigdy nie miałem z nią dobrych relacji. To nie jest tajemnicą i byłoby dziwne, abym trzymał jej stronę. Ojciec bardzo chciał nas z nią zaprzyjaźnić, ale nic mu nie wyszło i dał sobie spokój. Nie idzie nawet o to, że to była kobieta, która zabrała nam ojca, ale jej świat był całkiem inny. Za życia ojca widziałem ją ledwie kilka razy. Ojciec chciał, żebyśmy zaprzyjaźnili się z młodszym synem Mariny, Władimirem, rok starszym ode mnie i rok młodszym od Arkadego. Też nic nie wyszło.

– Zapewne dnia śmierci ojca, 25 lipca 1980 roku, nie zapomni pan nigdy. Podobno do pokoju, w którym był pan z matką, krótko nim nadeszła tragiczna wiadomość wleciał przez okno gołąb…
To prawda… Jednak najpierw o Moskwie. W mieście od 19 lipca do 3 sierpnia tegoż roku odbywała się olimpiada. Szereg państw, w tym Stany Zjednoczone, Kanada i RFN zbojkotowały igrzyska w odpowiedzi na interwencję ZSRR w Afganistanie. Dla Kremla przeprowadzenie olimpiady w sposób możliwie efektowny, ale też wolny od ewentualnych protestów, stało się imperatywem. By uniknąć niespodzianek większość zakładów pracy odesłano na urlopy, usunięto z miasta studentów, młodzież i dzieci wywożąc na jakieś-tam obozy komsomolskie czy pionierskie. Moskwa opustoszała, wygladała jak miasto zamknięte. Oczywiście nie można było tu wjechać. Mój brat był w mieście, dostał się akurat do Instytutu Teatralno-Filmowego i jakoś go nigdzie nie wysłano. Ja z moją drużyną koszykówki miałem zgrupowanie, ale też w Moskwie. 25 lipca rano do naszego pokoju wleciał przez okno gołąb. Zaczął rozbijać się o meble i ściany. Razem z mamą osaczyliśmy go w kącie pokoju, złapali i wypuścili na wolność. Poszedłem do sklepu po bułki. Kiedy wróciłem, zaraz zadzwonił telefon i dowiedzieliśmy się, że ojciec zmarł nad ranem. Dzień wcześniej czuł się bardzo źle, ale nie chciał do szpitala. Babcia wezwała wieczorem do niego przyjaciela domu, doktora Anatolija Fiedotowa. Czuwał przy ojcu, ale zasnął. Wtedy ojciec miał zawał…
Mamę wiadomość ścięła z nóg. Czuła się bardzo źle. Ja w otępieniu chodziłem pod domu i… jadłem przyniesione bułki. Potem poszliśmy do mieszkania ojca, gdzie był już tłum ludzi.
Problemy sercowe ojca nie były dla nikogo tajemnicą. Dokładnie rok wcześniej podczas tournee przeszedł śmierć kliniczną…
Wiedzieliśmy wszyscy, że nie szanuje zdrowia, że można się liczyć z najgorszym, jeżeli nie podejmie systematycznego leczenia kardiologicznego. Jednak, znając jego pasję życia i szczęście, jakie wiele razy mu dopisywało, wierzyliśmy, że się ze wszystkiego może wykaraskać.

– Pogrzeb odbył się 28 lipca 1980 roku i był w Moskwie ogromnym wydarzeniem, mimo że władze robiły wszystko, aby nikt się o mnie dowiedział…
To prawda. Tylko w „Moskiewskiej Prawdzie” była mała informacja o uroczystości żałobnej w Teatrze na Tagance. W ogóle był problem z załatwieniem miejsca na Cmentarzu Wagańkowskim, ale rozwiązał go przyjaciel ojca, śpiewak Josif Dawidowicz Kobzon). Sam dzień pogrzebu był straszliwie gorący. I tak już pusta Moskwa sprawiała teraz wrażenie, jak po jakimś ataku, była wymarła. Jedynymi ludźmi, jakich się widziało, byli milicjanci. Były ich tysiące.
Przyszliśmy do teatru bladym świtem. Byliśmy tam wiele godzin. Gdy wreszcie wyszliśmy widok, był wstrząsający. Tłumy ludzi, które wypełniły przestrzeń Placu Tagańskiego po horyzont. Stali w oknach, na dachach, wchodzili na drzewa, latarnie. Przyszli w nadziei, że będą mogli przejść przed otwartą trumną ojca i pożegnać go, ale wnet okazało się, że to musiałoby trwać parę dni, więc pozostali, gdzie kto mógł i czekali na wyprowadzenie zwłok. Milicja nie odważyła się blokować placu czy ich usuwać.
Masa ludzka falowała. Staliśmy z bratem przerażeni. Mamę zabrali jacyś ludzie, inni powpychali się do autobusu dla najbliższych, którym jechała też trumna. Zostaliśmy sami. Nigdy byśmy nie zdążyli na pogrzeb, gdyby nie Josif Kobzon, który podjechał swoim autem i wciągnął nas do środka. Autobus jechał w kierunku cmentarza a ludzie, przerwawszy milicyjny kordon, biegli przed nim i rzucali pod koła kwiaty krzycząc „Praszczaj Wołodia!”. Takiego pogrzebu, w którym ludzie mogli brać udział spontanicznie, bez organizacji i przymusu ze stron władz, jeszcze w Moskwie nie było. Podobnie było już na samym cmentarzu. Grób ojca przykryła góra kwiatów, którą później musiało wywieźć kilka ciężarówek.

– Jak pan został aktorem, a potem dyrektorem Muzeum pańskiego Ojca?
Po śmierci ojca, nie miałem wątpliwości, że muszę iść na studia aktorskie. Skończyłem znaną Szkołę Aktorską przy MChAT robiąc dyplom pod kierunkiem Olega Jefremowa. Nim zacząłem grać, służyłem w wojsku w Iwano-Frankowsku i Czerniowcach w Zachodniej Ukrainie. Przełom lat 80. i 90. był to czas ogólnego kryzysu w Rosji, który dotykał także teatru. Na początku pracowałem dużo i grałem. Miałem grupę teatralną, która się rozpadła, z przyczyn ekonomicznych. Potem występowałem w paru teatrach m.in. Teatrze Armii, Teatrze „Sowriemiennik-2” i Moskiewskim Teatrze Malenkim. Grałem w filmach, ale nie było już sieci dystrybucyjnej, by je pokazywać. W 1996 roku zaproponowano mi dyrekcję Muzeum Władimira Wysockiego, co przyjąłem jako wielkie wyzwanie. Upamiętnienie ojca stało się dotąd moim zasadniczym celem działania. Gram jednak od czasu do czasu do dzisiaj i teraz nawet śpieszę się na próbę do „Sowriemiennika”.

– Muzeum Wysockiego, to jedna z atrakcji Moskwy. Przychodzi tu wielu znanych ludzi, aby pokłonić się jego pamięci, wielu młodych, aby czegoś się o Rosji nauczyć. Jak właściwie powstało?
Muzeum powstało w 1992 roku. Początek sięga uroczystości pogrzebowych w Teatrze na Tagance. Ludzie zaczęli przynosić do teatru różne fotografie, nagrania i inne materiały o Wysockim. Bardzo szybko ten ruch upamiętnienia ojca rozwijał się przerastając wszelkie oczekiwania. Władze skonstatowały, że wszystko winno zostać ujęte w ramy profesjonalnego muzealnictwa, bowiem Wysocki jest dobrem narodowym. Ja sam jestem w Muzeum od 11 lat.
Parę lat temu skończyliśmy remont i rekonstrukcję Muzeum z funduszy państwowych. To nie tylko ekspozycja, ale też biblioteka, dział naukowy, galeria, sala widowiskowa, klub „Wysocki”. Nasza placówka jest miejscem bardzo popularnym w Moskwie i bardzo często odwiedzanym, także przez znanych ludzi. Najważniejszą częścią jest oczywiście bogata ekspozycja poświęcona życiu Władimira Wysockiego.

– Pozwoli pan, że sięgniemy jeszcze do historii rodziny. W innym miejscu zajmujemy się linią pana ojca wywodzącą się z Brześcia i silnie związaną z postacią dziadka pańskiego ojca Wolfa Wysockiego. Czy można usłyszeć coś więcej o linii ze strony pańskiej mamy.
Mój pradziad był bardzo interesującą, barwną i renesansową osobą, stąd też zrozumiałe nim zainteresowanie. Miał wykształcenie ekonomisty, chemika i prawnika. Przed wojną przeniósł się do Moskwy z rodziną, gdzie trafili także po wojnie jego synowie Siemion (ojciec Władimira) i Aleksiej. Z tej linii znaczna część rodziny żyje w Moskwie, na Ukrainie, a także w Izraelu.
W rodzinie ze strony mojej mamy, wywodzącej się przede wszystkim z Petersburga, też nie brakuje wielu znanych nazwisk. Przede wszystkim tych związanych tradycyjnie z marynarką, w tym admirałów Rudakowa i Butakowa. Można się też w niej doszukać linii o korzeniach kozackich.

– Ze związku pańskich rodziców przyszliście na świat obaj z bratem Arkadym. Macie dzieci, wnuki?
Arkady urodził się w 1962 roku. Jest absolwentem wydziału scenariuszowego MGIK. Pracował z wieloma znanymi twórcami filmowymi i telewizyjnymi. W ostatnich latach związał się ze służbą ratownictwa w Moskwie, gdzie prowadzi studio dokumentacyjne.
Dwoje dzieci Arkadego z pierwszego małżeństwa mieszka wraz z ich matką w USA. Starsza córka Natalia ma 24 lata i jest po studiach, a 20-letni Władimir pracuje i uprawia sport. Z drugiego małżeństwa brat ma również dwoje dzieci.
Piętnastoletni Nikita uczy się w szkole, a najmłodsza wnuczka ma dopiero trzy lata.
Ja mam dwoje dzieci. Starszy, 22-letni syn Siemion i młodszy o dwa lata Daniła są studentami.

– Powiedzieć, że ojciec był bardzo popularny w Polsce to mało. On dla Polaków był i jest postacią kultową. Do historii przeszła jego wizyta w maju 1980 roku, gdy występował w Warszawie z „Hamletem” i „Człowiekiem z Syczuanu”. Był entuzjastycznie przyjmowany, a nie brakuje do dziś i takich, którzy źródeł polskiego zrywu, jaki nastąpił w Polsce latem tego roku, upatrywali m.in. w jego wizycie i występach. Czy pan kiedyś był w Polsce?
Ojciec był wielkim przyjacielem Polski. Z wieloma polskimi artystami i demokratami łączyły go bliskie związki. Szkoda, że nie dożył wybuchu „Solidarności” w Polsce, podobnie jak rosyjskich przemian demokratycznych.
Z przykrością stwierdzam, że nie byłem w Polsce. Wiele razy byłem zaproszony, ale nie udawało się przyjechać. Zapraszano mnie w związku z rozmaitymi akcjami poświęconymi memu ojcu. Myślę, że kiedyś na pewno do Polski przyjadę.

– Na przykład na uroczystość upamiętnienia pańskiego pradziadka Wolfa Wysockiego, który w Lublinie robił maturę?
Czemu nie? To byłaby dobra okazja.

– Muzeum Władimira Wysockiego w Koszalinie jest najbardziej znanym w świecie poza waszym. Czy ma pan jakieś z nim kontakty?
Naturalnie wiem o tej placówce i jej zalożycielce pani dr Marlenie Zimnej. Autorce największej ilości tłumaczeń wierszy i pieśni mego ojca na polski, która zreszą z poezji mego ojca zrobiła doktorat na moskiwskim Uniwersytecie Łomonosowa. Zgromadziła przez lata wiele cennych, a niekiedy wręcz unikalnych eksponatów. Poszukuje wciąż nowych zapisów filmowych i telewizyjnych. Ostatnio dotarła do unikalnego zapisu z Polskiej Kroniki Filmowej z 1967 roku, w ktorym pojawiają się m.in. Wysocki i Nikołaj Gubienko (znany aktor i reżyser). Również unikalnych zapisów z telewizji francuskiej czy jugosłowiańskiej. Co jest w ogóle ewenementalne, to prywatne muzeum, które działa przez jej entuzjazm. Pozostajemy w kontakcie i czasami współpracujemy ze sobą. Bywali tam moi współpracownicy, ale ja jeszcze nie miałem okazji.

– Od lat mówi się o potrzebie nakręcenia biograficznego filmu fabularnego o Władimirze Wysockim? Podobno jednak jest to idea o takim nasyceniu emocji narodowych, że wręcz przeszkadza w realizacji… samej siebie.
Jest taki plan od dawna i nawet coś się już zaczęło, ale jest to na razie tajemnica. Mam nadzieję, że może nawet w przyszłym roku odbędzie się premiera filmu o ojcu. Niestety, tyle tylko mogę powiedzieć. W pełni zgadzam się natomiast z oczywistą opinią, że Władimirowi Wysockiemu należy się epopeja filmowa, i że powinno to być wielkie kino światowego formatu.

– Niewątpliwe. Jak mało który Rosjanin był przecież obywatelem świata, o którym – mimo iż w jednym języku – tyle miał do powiedzenia…
Oczywiście pisał po rosyjsku, bo w tym języku myślał i przeżywał. Gdy jednak widzę przekłady Jego pieśni i wierszy w kilkudziesięciu innych językach, słyszę o ludziach zajmujących się Jego twórczością w ramach spełnienia życiowego i dowiaduję, że jego pieśni śpiewa się w najdalszych zakątkach globu, naprawdę nie mam co do tego wątpliwości. I jestem po prostu dumny, że płynie w moich żyłach Jego krew…

Rozmawiał:
Waldemar Piasecki, Nowy Jork/Moskwa

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*