O Pomniku Grunwaldzkim

Naprzeciw czerwonej bryly Barbakanu wznosi się na Placu Jana Matejki w Krakowie pomnik potocznie zwany „grunwaldzkim”, z którym wiąże się dramatyczna historia i swoista, współczesna legenda królewskiego grodu. Otóż dokładnie sto lat temu, pojawiła się śmiała inicjatywa, która wyszła ze strony otoczonego już wówczas międzynarodową sławą, polskiego muzyka i pianisty, Ignacego Jana Paderewskiego, aby w Krakowie wznieść monument dla uhonorowania 500 rocznicy bitwy pod Grunwaldem i obudzić w narodzie dumę, pamięć jego wielkich historycznych czynów.

Paderewski postanowił postawić na wysokim, granitowym cokole postać króla Władysława Jagiełły na koniu, dumnie spogladającego z góry na leżącego u stóp pomnika, zgruchotanego Wielkiego Mistrza, Urlicha von Jungingen, pokonanego wraz z całym Zakonem Krzyżackim w słynnej bitwie grunwaldzkiej, 15 lipca 1410 roku. Jako urodzony z początkiem wojny krakowianin, już jako dziecko wiedziałem o tragicznym losie, jaki spotkał ten pomnik i króla Jagięłłę z rąk mściwego okupanta niemieckiego.

Wczesną jesienią 1939 r., po zajęciu grodu, Niemcy przystąpili do usunięcia historycznego symbolu polskiej wiktorii. W posiadaniu mojego ojca znajdowały się w tamtym czasie głęboko poruszające zdjęcia z kolejnych etapów demontowania i burzenia dynamitem posągu, który działał na Niemców jak przysłowiowa „płachta na byka”.

Teren wokól pomnika na Placu Matejki został niemal zaraz po zajęciu Krakowa przez wojska niemieckie otoczony i zabudowany wysokim płotem. Najpierw dokonano demontażu licznych historycznych postaci, Polaków i Litwinów, otaczających wokół fundamentu króla Jagiełłę, wreszcie zdjęto samego monarchę i wysłano wszystkie rzeźby w głąb Niemiec. Następnie wysadzono w powietrze i zrównano z ziemią granitowy cokół, oryginalnie przywieziony ze Szwecji. Kiedy zdjęto zasłony, oczom mieszkańców Krakowa ukazał się czarny dół, głęboka rana dokonana nie tylko na pamiątkowym miejscu. Był to perfidny akt „wyrywania z korzeniami” drogiego sercom Polaków symbolu ich heroicznej, dziejowej przeszłości. Symboliczny, bo nie jedyny.

W podobny sposób dokonano w Krakowie „masakry” innego pomnika, narodowego wieszcza, Adama Mickiewicza na Rynku Krakowskim, naprzeciw Kościoła Panny Marii, w obliczu zgromadzonych tam tysięcy mieszkańców miasta. Udokumentowały to podobnie sekretnie zrobione przez świadków zdjęcia, krążące potem masowo w konspiracyjnym obiegu. Jeżeli jednak wspomniany pomnik Mickiewicza, przywrócono do pierwotnej glorii zaraz w pierwszych latach po wyzwoleniu, na placu Jana Matejki przez długie lata pozostawały granitowe płyty pokrywające dokonane przez okupanta barbarzyństwo. Nie było to rezultatem przypadku.

Postać fundatora, pierwszego premiera Odrodzonej Polski, czyli Ignacego Jana Paderewskiego pozostała, po wojnie dla komunistycznych władz PRL-u „mocno kontrowersyjna”, stąd najchętniej bywała przemilczana. Inaczej było z Grunwaldem, chętnie używanym w propagandzie jako przypadek niemieckiego zagrożenia ale i determinacji, a potem wielkiego zwycięstwa „narodów słowiańskich”nad „niemieckim rewanżyzmem i agresją”.

Nic dziwnego, że władze miejskie już w styczniu 1945 r., niedługo po wyzwoleniu, podjęły uchwałę o odbudowie pomnika grunwaldzkiego, ale potem ktoś przypomniał “niewygodną osobę Paderewskiego” i przez następne, i to długie, lata nic w tej mierze nie poczyniono. Dopiero za czasów Edwarda Gierka, w roku 1972, postanowiono w końcu powołać komitet odbudowy patriotycznego pomnika, powierzając to zadanie renomowanemu rzeźbiarzowi, Marianowi Koniecznemu. Podjęcie próby rekonstrukcji słynnego monumentu nie było łatwe. Okazało się jednak, że w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa ktoś odkrył zachowaną miniaturę pomnika, pochodzącą z czasów jego budowy, z roku 1910, nie brakowało tam też detalicznych, szczegółowych fotografii z ery międzywojennej dziejowej pamiątki.

Wreszcie 16 października 1976 roku Władysław Jagiełło powrócił na Plac Jana Matejki, przetransportowany w całości przy pomocy wojskowego helikoptera, po 37 latach wymownej nieobecności. Przypomniano sobie też wówczas, że mistrz Paderewski wyraził pierwotnie życzenie, aby w przyszłości, kiedy Polska wróci na dawne ziemie, pomnik grunwaldzki przenieść na pole zwycięskiej bitwy, co pod zaborami nie miało żadnych szans powodzenia. Przewieziono więc tam towarzyszące figury znalezione z pierwotnego pomnika…
Młodzieńcze marzenie artysty

Przez wszystkie te lata w nikłym tylko stopniu mówiono o doniosłości samej inicjatywy „maestro” Paderewskiego dla Polski i Polaków, pozostających wtedy w trwającej od ponad stu lat niewoli. O zamyśle, który zawierał w sobie zapowiedź tego, co miało na koniec dokonać się w nowym wieku, po mającej wybuchnąć już niebawem Wielkiej Wojnie, proroczo zapowiadanej przez Romantyków, zwłaszcza Mickiewicza i Słowackiego.

Podobnie trzeba było czekać na wznowienie spisanych przez Mary Lawton, tuż przed wybuchem II wojny światowej, „Pamiętników” Ignacego Jana Paderewskiego (tom I ukazał się w Polsce dopiero w roku 1986), aby uzmysłowić sobie do końca wagę, jaką do tego projektu przypisywał subiektywnie jego inicjator. Późniejsi komentatorzy życia i działalności sławnego Polaka nie kryją, że właśnie projekt grunwaldzki w Krakowie i rocznicowe obchody urodzin Fryderyka Chopina we Lwowie stanowiły krytyczny punkt zwrotny w jego całym dalszym życiu i karierze, zarazem w przejściu od dedykacji swoich sił twórczych w sferze muzyki i koncertowania, ku jawnej działalności politycznej i patriotycznej. Aspirowania do roli, jak to wtedy określono, „opatrznościowego męża stanu wskazującego drogę ku wyzwoleniu”. To ten epizod miał w istocie charakter symbolicznej ewolucji, niczym w słynnej scenie z III części „Dziadów” Mickiewicza, w której romantyczny poeta Gustaw przemienia się w rewolucyjnego wyznawcę czynu, Konrada.

Mary Lawton zdołała po latach wydobyć od Paderewskiego następujące ważne wyznanie: „Byłem zaledwie dziesięcioletnim chłopcem, gdy po raz pierwszy przeczytałem o bitwie pod Grunwaldem, która miała miejsce w roku 1410. Polska odniosła wówczas wspaniałe zwycięstwo nad Krzyżakami, usiłującymi jej odebrać najcenniejszą własność: dostęp do morza. Reakcja moja – kontynuował Paderewski – była tak gorąca, że już wtedy sobie pomyślałem : Jakże byłbym szczęśliwy, gdybym mógł uczcić to wspaniałe zwycięstwo! Żyć dość długo, by stać się bogatym i móc uczcić pięćsetną rocznicę tej sławnej bitwy pomnikiem ku pamięci wielkich patriotów!

Od tej chwili mojego dzieciństwa stało się to głównym marzeniem mojego życia i utkwiło mi na zawsze w myślach i w sercu. W roku 1910 – snuł swoje wyznania Paderewski – nadeszła chwila urzeczywistnienia i marzenie moje nareszcie się spełniło. Całe życie składałem na ten cel pieniądze, odkładałem pewną część z każdej zarobionej sumy. Już w roku 1908 zamówiłem pomnik, postanowiłem jednak, że uroczystość jego odsłonięcia musi nastąpić w pięćsetną rocznicę, byłem tym bardzo przejęty i bardzo uszczęśliwiony.” Tyle słynne „Pamiętniki”.

Pozostawało, bagatela, znaleźć rzeźbiarza na miarę zadania, i co było jeszcze trudniejsze, uzyskać zgodę władz austriackich na wzniesienie w Krakowie monumentu, który nie mógł być w smak władzom pruskim, z którymi Wiedeń pozostawał wciąż w bliskim, przyjacielskim aliansie. Zadanie pierwsze powiodło się nadzwyczaj szybko, bowiem Paderewski od razu zwierzył się w Paryżu Władysławowi Mickiewiczowi o czym myśli i zaznaczył, że do realizacji nie szuka wcale renomowanej sławy, lecz artystę, który będzie w stanie głęboko zrozumieć sens zamysłu. Mickiewicz bez wahania wskazał na Antoniego Wiwulskiego, urodzonego w Rosji, ale wychowanego w słynnym kresowym gimnazjum ojców jezuitów w Chyrowie, który miał tu swoje studio, ale borykał się od dawna z materialnymi problemami. Propozycja ze strony samego Paderewskiego mile go zaskoczyła, ale jeszcze bardziej tempo, jakie narzucił mu „maestro”.

W styczniu 1909 r., po obejrzeniu pierwszych projektów, Paderewski nie miał żadnych wątpliwości, że wybór Wiwulskiego był posunięciem trafnym i kazał niezwłocznie przygotować mu pracownię w swojej oranżerii w Morges. Rzeźbiarz nie był na to przygotowany, sądził, że ma raczej do czynienia z przejściowym kaprysem słynnego muzyka, którego szanse realizacji okażą się w końcu nikłe. Tymczasem nie było już czasu na wahania. Paderewski zwrócił się w międzyczasie do prezydenta Krakowa, Juliusza Leo, oczekując, że wyjedna on potrzebne dokumenty na rozpoczęcie konstrukcji pomnika, a ten zaangażował „w wielką dyplomację” Michała Bobrzyńskiego, ówczesnego namiestnika Galicji. Nie ulega kwestii, że nazwisko Paderewskiego jako fundatora otwierało wtedy wszystkie drzwi i urzędy niemal magicznym kluczem.

Opatrznościowy mąż stanu
Nastroje, jakie zaczęły teraz towarzyszyć inicjatywie postawienia Pomnika Grunwaldzkiego, eskalowały w błyskawicznym tempie. Oddają to najlepiej słowa Adama Krechowieckiego, który, rekomendując projekt dla miasta Krakowa namiestnikowi Galicji, tak wtedy powiedział; „Być tak genialnym artystą, jakim jest Paderewski, i równocześnie być wielkim obywatelem swojej ojczyzny – to rzecz wręcz cudowna”. Dnia 22 kwietnia 1910 roku wmurowano na placu akt erekcyjny pomnika, którego mottem miały stać się słowa wykute później wielkimi literami na cokole :”Praojcom na chwałę, braciom na otuchę”. Model Wiwulskiego odlewano już we Francji, miał zostać przywieziony koleją do zaboru austriackiego i Krakowa. Cokół granitowy zamówiono w Szwecji.
Wieść o nadchodzących obchodach 500 rocznicy zwycięstwa pod Grunwaldem poruszyły nie tylko społeczności w trzech zaborach. Odbiła się też szerokim echem na emigracji. Ze Stanów Zjednoczonych wybrała się delegacja Związku Narodowego Polskiego, aby wziąć osobiście udział w tak podniosłej chwili odsłonięcia pomnika, daru Ignacego Jana Paderewskiego dla rodaków.

Na czele delegacji stanął ówczesny prezes ZNP, Marian Steczyński, towarzyszyli mu wicecenzor Roman Abczyński i dr Dowiatt-Sass z Wydziału Kobiet. W sumie z Ameryki przyjechało przeszło stu przedstawicieli różnych stowarzyszeń i organizacji patriotycznych, a najliczniejsza okazała się grupa Sokolstwa Polskiego z jej prezesem Kazimierzem Żychlińskim, naczelnikiem A. Ruszkiewiczem, redaktorem Henrykiem Lokańskim i wieloma terenowymi działaczami ruchu. W dniu 15 lipca 1910 Kraków dosłownie zalany został przez przybywające delegacje i grupy nie tylko ze wszystkich ziem polskich, ale wprost z wielu stron całego świata. Potężny, 150 tysięcy ludzi liczący tłum znajdował się w stanie euforii, kiedy na trybunie pojawił się sam „mastero” Paderewski i wystąpił z pamiętnym, historycznym adresem.

„Dzieło, na które patrzymy, nie powstalo z nienawiści – zaczął Paderewski. Zrodziła je miłość głęboka Ojczyzny, nie tylko w jej minionej wielkości i w dzisiejszej niemocy, lecz i w jej jasnej silnej przyszłości. Zrodziła je miłość i wdzięczność dla tych przodków naszych, co nie po łup, nie po zdobycz szli na pola walki, ale w obronie słusznej, dobrej sprawy zwycięskiego dobyli oręża”. “Wygłaszając to przemówienie – pisze w swojej monografii Roman Wapiński – Paderewski mógł się poczuć istotnie pierwszym z wielkich obywateli swojej ojczyzny”.

Odsłonięcie Pomnika Grunwaldzkiego w dniu 15 lipca 1910 roku było nie tylko punktem kulminacyjnym obchodów jubileuszu grunwaldzkiego. Stało się ono również okazją do odbycia największej w całej dobie porozbiorowej patriotycznej manifestacji trójzaborowej. W odczuciu wielu jej uczestników Paderewski jawił się jako uosobienie ofiarności na rzecz ojczyzny. Odbierali go, podobnie jak spieszący na jego koncerty, bardzo emocjonalnie. Patos i emfaza, cechujące publiczne wystąpienia Paderewskiego, rażące członków niektórych środowisk opiniotwórczych i przywódczych, trafiały w dziesiątkę do przekonań i odczuć zwykłych ludzi. Bliskie im były takie stwierdzenia, jak te zawarte w jego przemówieniu we Lwowie, na stuleciu urodzin Fryderyka Chopina.

„Żaden z narodów na świecie nie może się poszczycić takim jak nasz bogactwem uczuć i nastrojów. Na harfę narodu naciągnęła ręka Boża strun bezmiar, cichych i rzewnych, potężnych i głośnych. Mamy i miękkość kochania i dzielność czynu, liryzm szeroką płynący falą i siłę rycerską, waleczną. Mamy i tęsknotę dziewiczą i męską rozwagę, smutek tragiczny starca i lekkomyślną młodzieńca wesołość”.

Rosnąca, choć nie do końca uświadomiona przez samego Paderewskiego pozycja jako „opatrznościowego człowieka narodu” nadchodzącej ery odbija znamiennie charakterystyczna, ówczesna korespondencja z Romanem Dmowskim: „Z rozmaitych słów i uwag Pańskich zauważyłem, że mnie Pan posądza o ambicje, których wcale nie żywię, że mi Pan przypisuje zamiary, z którymi zgoła się nie noszę. Musiało zajść jakieś nieporozumienie i wyjaśnić je należy. Otóż oświadczam stanowczo, że żadnej roli politycznej odgrywać nie myślę, i to dla wielu powodów. ( …) Władza mnie nie nęci, powaga Ojca narodu nie pociąga, pośledniejsze stanowisko pożytecznego syna Ojczyzny najzupełniej mi wystarcza.” „Być może Paderewski sam wierzył w to, co w tym liście do Dmowskiego napisał – twierdzi Roman Wapiński w swojej monografii – że wystarczało mu uznanie za wielkiego patriotę.

Po odsłonięciu Pomnika Grunwaldzkiego zostało ono wyraźnie umocnione. Będąc arystą mógł nie zdawać sobie sprawy z tego, że składając ofiary na cele narodowe, zabierając głos w sprawach dotyczących rodaków, stał się uczestnikiem życia politycznego. W każdym razie conajmniej od owych obchodów w roku 1910, wielu współczesnych widziało w nim nie tylko sławnego muzyka. A on ich w tym przekonaniu odtąd tylko utwierdzał.”

Minie zaledwie parę lat, a wraz z wybuchem I wojny światowej i rozpoczęciem dziejowej misji w polskich środowiskach w Stanach Zjednoczonych, Ignacy Jan Paderewski stanie się niekwestionowanym liderem sprawy narodowej, co potwierdzi tylko jego jakże skuteczny dialog na temat konieczności zajęcia stanowiska przez Stany Zjednoczone wobec „kwestii polskiej”, z prezydentem Woodrowem Wilsonem, jego rola w powołaniu i skierowaniu na front we Francji „Błękitnej Armii” powołanej przez środowiska polonijne, wreszcie rola, jaką odegra w Wersalu podczas ostatecznych debat i dyskusji nad kształtem i granicami Odrodzonej Rzeczypospolitej.

Pamiętajmy, że cały ten okres rozpoczęła właśnie inicjatywa postawienia Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Co do autora rzeźby, Antoniego Wiwulskiego, który przeniósł się w konsekwencji z Paryża do Wilna (gdzie zginął w roku 1919, notabene w trakcie walk z nacierającymi na miasto formacjami bolszewickimi), to warto przypomnieć, iż zasłynął on u siebie za sprawą symbolicznego pomnika Trzech Krzyży, wznoszącego się nad Wilnem. Wspaniałego dokonania, uchodzącego tam za monument narodowy, który władze sowieckie zdecydowały się wysadzić w powietrze dynamitem, u progu lat 50., idąc tym samym szlakiem przykładu, który dały im hitlerowskie Niemcy dewastując w Krakowie, jesienią roku 1939, wcześniejszą głośną pracę tego samego artysty, mającą obudzić w Polakach pod zaborami uczucie narodowej dumy i falę umotywowanego wielką lekcją przeszłości, nowożytnego patriotyzmu.

Trudno wręcz o bardziej charakterystyczną i wymowną sekwencję wyjątkowych zdarzeń, tym bardziej że kiedy Litwa uzyskała w roku 1989 długo upragnioną niezależność, pierwszym odruchem społeczności Wilna stało się postawienie na nowo, na wzgórzach nad miastem, właśnie trzech białych krzyży Wiwulskiego, którego doczesne szczątki spoczywają na cmentarzu zasłużonych, na Rossie…
Wojciech A. Wierzewski

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*