Nepal. Guru, czyli nauczyciel, który bije

fot. EPA/NARENDRA SHRESTHA

Nepalscy rodzice zrobią wszystko, by posłać dziecko do szkoły, najlepiej w Katmandu. Liczą, że dziecko nauczy się języka angielskiego i wyjedzie do pracy w krajach Zatoki Perskiej. Nauczyciele mają przez to nieograniczoną władzę i biją uczniów.

Dzieci w niebieskich mundurkach ustawiły się w równych rzędach, od najmniejszych do największych, na wprost flagi Nepalu. Szkoła w Thapagaon, w okręgu Ramechhap, jest położona na wysokiej, ale płaskiej skarpie pośród poszarpanych górskich grzbietów Himalajów. Dwa długie budynki i kilka mniejszych tworzą jedną z większych placówek w tym regionie.

Uczniowie zaczynają śpiewać hymn państwowy. Obok flagi stoi dyrektor szkoły i większość nauczycieli, dwóch przechadza się jednak wolnym krokiem między rzędami dzieci. „Tego człowieka nie lubię” – mówi Patricia, wolontariuszka z Czech. „Bije dzieci” – dodaje na osobności.

Gładko ogolony młody mężczyzna o miłej aparycji uśmiecha się, opowiadając o swoim zawodzie. „Lubię uczyć, ale to trudna profesja. Trudno sobie poradzić z dziećmi bez pewnej stanowczości” – podkreśla w rozmowie z PAP. „Nikt tu nie bije dzieci, chociaż to wiejskie urwisy, przyzwyczajone do bicia” – dodaje. Po chwili mówi, że nie ma czasu na dłuższą rozmowę, po czym postanawia nie podawać nazwiska.

„Nie dziwię się, bo przecież on zdaje sobie sprawę, że nauczyciele na Zachodzie przestali bić uczniów i sam za nic się do tego nie przyzna” – mówi PAP Man Bahadur, nauczyciel z sąsiedniej szkoły w wiosce Chhyarpa. „Moja szkoła jest inna, bo zbudowana przez ludzi z tej wioski. To jest ich szkoła i interesują się wszystkim, co się dzieje w klasach” – dodaje.

„Nauczyciele często nie widzą innego sposobu. Sami byli bici w szkołach i (wydaje im się, że) skoro to była dobra metoda, to dlaczego oni mieliby przestać?” – potwierdza dyrektor dużej szkoły publicznej w Katmandu, który wcześniej pracował w okręgu Rasuwa na północy Nepalu.

„To powszechne” – mówi działaczka sektora edukacji Divya Ghimre, która uczyła w prywatnych szkołach w Katmandu. „Nauczyciele robią krzywdę dzieciom dla własnej wygody i nie ma na to innego wytłumaczenia” – podkreśla. Jej zdaniem nie ma aż takiej różnicy między szkołami publicznymi i prywatnymi.

Na początku lutego Suresh Kumar Yadav, dyrektor prywatnej szkoły Lumbini Beginners’ Academy w Katmandu, pobił rurką 15-letniego ucznia. Zdaniem dyrektora Sudip Dahal, jeden z najlepszych uczniów w swoim roczniku, nie przykładał się do ćwiczeń, które zazwyczaj odbywają się po odśpiewaniu hymnu. Yadav bił ucznia po nogach, aż posiniały.

Rodzina Sudipa nie złożyła doniesienia na policję. „Może boją się, że chłopiec zostałby wyrzucony ze szkoły?” – zastanawia się Ghimre.

Pod koniec stycznia 12-letnia Manisha Thapa z wioski Bhairabsthan w Palpie na południu Nepalu trafiła do szpitala. Nie odrobiła pracy domowej i za karę musiała przez cztery godziny stać w niewygodnej pozycji, trzymając się za uszy. Jej koleżanka 12-letnia Sushmita Ruchal również trafiła do szpitala. Jej rodzice złożyli zawiadomienie na policji.

Inne tortury stosowane wobec uczniów to: stanie na ławkach, bicie podczas biegu wokół placu szkolnego, policzkowanie przez kolegę lub koleżankę, a na koniec publiczne wyznanie win i błaganie o wybaczenie nauczyciela oraz całej klasy.

„Rzadko zdarza się, by rodzice zawiadamiali policję; najczęściej rodzic mówi, że dziecko widocznie na to zasłużyło” – opowiada Ghimre. Tłumaczy, że rodzice, którym udało się uzbierać dość pieniędzy, by wysłać dziecko do upragnionej szkoły w Katmandu, nie będą kwestionować metod stosowanych przez nauczycieli.

„Często się zdarza, że dziecko jako pierwsze w rodzinie zdobywa lepszą edukację i takich rodziców łatwo zakrzyczeć” – dodaje Ghimre. Mówi, że nauczyciel w szkole to guru. „Jest mistrzem, którego metod nie wolno kwestionować” – wyjaśnia.

Aż 95 proc. dzieci w Nepalu jest zapisywanych do szkół, co jest ogromnym skokiem w porównaniu z latami 90., kiedy do szkół chodziło zaledwie 64 proc. dzieci. Pisać i czytać potrafi już 80 proc. osób między 15. a 24. rokiem życia, podczas gdy prawie 30 lat temu było ich ledwie 36 proc.

„Rodzicom chodzi przede wszystkim o język angielski. Dzięki angielskiemu mogą wyjechać za granicę, do Malezji lub państw Zatoki Perskiej, gdzie jest praca. To jedyny sposób na wyrwanie się z kręgu biedy” – uważa nauczyciel Man Bahadur. „Tylko że szkoły w Katmandu wcale nie są lepsze od tych na wsiach” – mówi były dyrektor szkoły z Rasuwy. „Zazwyczaj prywatne szkoły prowadzi się jak biznes i jeśli są tanie, mogą być nawet gorsze od państwowych” – podkreśla.

Z Katmandu Paweł Skawiński (PAP)

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*