Moja Francja Odyseja

20 sierpnia 1939 roku, podczas powrotnej podróży z letnich ćwiczeń na Bałtyku, radiooficer na „Darze Pomorza” otrzymał następującą wiadomość: „Bezzwłocznie powracać do Sztokholmu i czekać na dalsze instrukcje”.

W Sztokholmie dowiedzieliśmy się, że niemiecki najazd na Polskę spodziewany jest każdego dnia. Po otrzymaniu zgody na pozostanie w tym neutralnym kraju, na okres zbliżającej się wojny, bez zwłoki zaczęliśmy odpowiednie przygotowania. Wszystkie żagle, dziesiątki setek metrów lin oraz wiele różnego takielunku, po dokładnej konserwacji zostało umieszczone w odpowiednich schowkach. W końcu, tylko ze szkieletową załogą, statek został przycumowany „na stałe” w mniej używanym basenie sztokholmskiego portu.

Z olbrzymim żalem opuściliśmy ten piękny statek, w obcym porcie, na okres spodziewanej wojny. Nie wiedzieliśmy jaki los jest nam pisany, baliśmy się o nasze rodziny w kraju, choć cały czas mieliśmy nadzieję, że zgodnie z wieloma obietnicami Zachodni sojusznicy nie opuszczą nas w potrzebie. Jakże wtedy myliliśmy się!
Pierwszego września 1939 roku Niemcy zbrojną napaścią na Polskę rozpoczęły wojnę.

Wkrótce potem skierowano nas do portu Bergen leżącego na zachodnim wybrzeżu Norwegii, aby tam obsadzić 5 naszych małych statków, których załogi zdezerterowały tuż po rozpoczęciu wojny. Ja dostałem pracę palacza na niedużym statku „Chorzów”. W kilka dni później nasze statki dołączyły do konwoju idącego do Hartlepool w Szkocji. Byliśmy w drodze trzy dni i już w pobliżu wybrzeża Szkocji, niemieckie samoloty zaatakowały nasz konwój. Wtedy jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy, co to znaczy wojna, więc nie bacząc na grożące nam niebezpieczeństwo, wszyscy wybiegliśmy na pokład, aby podziwiać ten pierwszy prawdziwy nalot.

Szczęśliwie dla nas będące w pobliżu brytyjskie okręty marynarki wojennej były na to przygotowane. Rozgorzała walka, w rezultacie której Niemcy stracili jeden samolot a jeden duży statek frachtowy z naszego konwoju został mocno uszkodzony. Walka wkrótce się skończyła, pozostałe niemieckie samoloty odleciały a myśmy podążyli w dalszą drogę do Anglii. Wkrótce zawinęliśmy do Hartlepool a następnie pociągiem dostaliśmy się do Plymouth. Tam była nasza baza na czas pobytu w Anglii.

Stary „pasażer” s/s Kościuszko, który miał szczęście uciec z Gdyni tuż przed wojną był teraz używany jako baza dla wszystkich tych, którym się udało przedostać różnymi drogami do Anglii. Większość uczniów Szkoły Morskiej dostało przydział jako marynarze na różnych statkach, część wstąpiła do Marynarki Wojennej, a mała grupa, około 30 osób, najbardziej wojowniczych, którzy aż palili się, żeby Niemcom wygarbować skóry, zapisała się do Armii Polskiej, tworzącej się wtedy we Francji. Ja należałem właśnie do tej grupy i nie wiedząc nawet jak i kiedy znalazłem się we Francji.

Wkrótce po wylądowaniu we Francji 12 stycznia 1940 roku wstąpiłem oficjalnie do wojska w randze kanoniera z cenzusem. Przydzielono nas do starej bazy wojskowej w Quoetquidan, pamiętającej jeszcze czasy pierwszej wojny światowej. Większość rekrutów było zawodowymi żołnierzami z Polski, którym udało się przedostać do Francji poprzez Rumunię i Węgry. Ze zdumieniem patrzyli na nas, zmieniających nasze eleganckie mundury marynarskie na używane mundury francuskie. Pokpiwali siebie też nieraz pytając, co to z nas za cywilne wojsko i czy nie boimy się dalej wojować z Niemcami.

Szkolenia zaczynaliśmy wczesnym rankiem każdego dnia dwukilometrowym marszem, po czym szliśmy do francuskiej bazy przeciwlotniczej. Po sześciu tygodniach treningu w broni przeciwlotniczej i na działach przeciwpancernych zostaliśmy przydzieleni do obrony portu St. Nazaire. Wielu naszych już przeszkolonych żołnierzy i duża część żołnierzy zawodowych, z braku oficjalnego przydziału została skierowana do wiosennych prac u farmerów. Zaś nasza trójka, Józek, Tadek i ja, znaleźliśmy pracę w kamieniołomach.
Na pierwszy rzut oka praca ta wyglądała na łatwą. trzeba jednak było wielu dni nauki u tamtejszych robotników zanim doszliśmy do jakiej takiej wprawy.

I tak to niewojskowo i niefortunnie leciał nam czas. Nie mając stałego i oficjalnego przydziału do jednostek wojskowych i nieuzbrojeni mogliśmy tylko czekać na dalszy rozwój wypadków. Ta sytuacja „wojskowej nieczynności” oraz ciągle powtarzające się wiadomości w radio i w gazetach o niemieckich sukcesach na północy, tym bardziej nas przygnębiała, niwecząc nasz zapał i dobre samopoczucie. Choć byliśmy jeszcze młodzi, wielu z nas nie bardzo wiedziało co nas jeszcze czeka.

W czasie tych smutnych i niepewnych dni przydarzyła się nam nie lada frajda. Tadek, którego rodzina wyemigrowała do Alzacji jeszcze przed pierwszą wojną światową, wziął nas ze sobą do ich gościnnego domu. Ten kilkudniowy urlop podczas świąt wielkanocnych, spędzony wśród Polaków i w przyjaznej i rodzinnej atmosferze, był naprawdę niebywałym luksusem. Jednakże w dwa dni później pobyt w ich gościnnym domu obrócił się nagle w zupełną klęskę, bo szybka zmotoryzowana dywizja niemiecka odcięła cały obszar Pas de Calais od reszty Francji. Powrót do naszego oddziału stał więc pod wielkim znakiem zapytania.

Dlatego, nie mając zupełnie innego wyjścia bez namysłu dołączyliśmy do pułku piechoty, który właśnie stacjonował w okolicy. Podczas następnych dni nasz pułk stoczył kilka potyczek z Niemcami, ale pomimo olbrzymiego poświęcenia i dużych strat, nie udało mu się przerwać niemieckiego kordonu. Coraz częściej za to spotykaliśmy oddziały różnych broni stale maszerujących na północ Francji. Wtedy nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy co to oznaczało.
W jakiś czas potem kilka plutonów zmotoryzowanej brygady dołączyło do naszego pułku. Mijając wsie i małe miasteczka, wszędzie widzieliśmy panikę, chaos i zamęt. Drogi zapchane uciekinierami, poniszczone i spalone domy, nawet trupy ludzi i zwierząt leżące tuż przy drodze.

Nasz prawdziwy chrzest bojowy przeszliśmy właśnie w owym pułku, ale już nieco później. Maszerując jednego dnia, tuż pod wieczór, zauważyliśmy niemiecką jednostkę wozów opancerzonych, starających się przekroczyć linię kolejową i częściowo zniszczony most, na drugą stronę rzeczki. Nasz pułk i plutony lekkiej kawalerii, które także wcześniej do nas dołączyły, otworzyły ogień. Dla naszej „trójki” było to właściwie pierwsze prawdziwe spotkanie z nieprzyjacielem na tak bliską odległość. Nie bardzo zdając sobie jeszcze sprawy z okropności wojny cieszyliśmy się jak dzieci prując do Niemców ile się tylko dało. Mieliśmy wielką frajdę widząc jak kilka najbliższych aut zostało mocno uszkodzonych, a niektóre stanęły w płomieniach, z amunicją wybuchającą wokoło jak fajerwerki.

Dookoła nas był piekielny huk, krzyki ludzi, jęki rannych i niekończące się rozkazy. W oddali Niemcy zaczęli wyskakiwać ze swoich palących się aut i kryć się gdzie każdy mógł. Tadek, świetny strzelec, aby nie marnować amunicji której wtedy mieliśmy jakoś mało, wrzeszczał jak opętany: „Gena, ja biorę pierwszego, ty drugiego! Nie dajmy tym sukinsynom teraz uciec!”. Niestety wkrótce przybyło jeszcze więcej niemieckich aut i bitwa przybrała na sile. Jakoś z Bożą pomocą udało nam się wyjść z tego starcia bez szwanku. W międzyczasie ściemniło się, więc przerwaliśmy strzelanie i tylko artyleria przez jakiś czas prażyła jeszcze do wroga. Wkrótce i ona ucichła.

Przez całą noc baliśmy się zmrużyć oczy. Choć nad ranem byliśmy już bardzo zmęczeni, to jednak przeżycia poprzedniego dnia nie bardzo pozwalały nam spać. Rano Niemców już nie było  podczas nocy zabrali ze sobą rannych i zabitych  pozostały tylko dziesiątki wraków zniszczonych i spalonych aut.
Po tej potyczce nasza jednostka powoli zaczęła maszerować na północ. Według tego co nam mówił Tadek, nasz jedyny francuski tłumacz, było bardzo prawdopodobne, że nasz pułk wkrótce powróci do bazy. Poza tym dowiedzieliśmy się też, że na północy Francji 3 francuskie dywizje, zaś we Flandrii, Brytyjski Korpus Ekspedycyjny liczący 360000 żołnierzy, walcząc z dużym poświęceniem powstrzymywali niemieckie natarcie. W myśl ciągle powtarzających się wieści Brytyjski Korpus Ekspedycyjny starał się za wszelką cenę przebić się z Flandrii do wybrzeża w stronę Dunkierki, skąd Anglicy mieli umożliwić im powrót do domu.

Niestety, z powodu powrotu naszego pułku do ich bazy, musieliśmy ich opuścić; od tego momentu mieliśmy już starać się na własną rękę dołączyć do jakiejkolwiek jednostki idącej na północ. Po kilku dniach mijając po drodze dużo zniszczonych i często doszczętnie spalonych wsi i zabudowań, i spotykając wiele zdezerterowanych jednostek oraz grup żołnierzy, którzy tak jak my stracili kontakt z macierzystymi oddziałami, dostaliśmy się w końcu w okolice Dunkierki.

Już z daleka widać było nocą olbrzymią łunę palącej się rafinerii oraz wielu zbiorników ropy naftowej. Im bliżej dochodziliśmy do przedmieśći miasta coraz więcej spotykaliśmy po drodze oddziałów różnej broni a nawet narodowości. Większość miasta leżała już w gruzach, a z zabudowaniami portowymi też nie było lepiej. Wszędzie był nieład, piekielny bałagan i zamęt.

Zaraz po przybyciu do Dunkierki skierowano nas do olbrzymiej bazy wojskowej Caseme Joan Barthe. Dziesiątki baraków, wiele stadionów, stajni dla koni i różnego rodzaju zabudowań, otoczonych murami, wyglądało jak miasto z czasów średniowiecza. To miało być nasze nowe miejsce postoju na kilka najbliższych dni. Pomimo zaduchu i gęstego dymu z palącej się ropy w pobliskiej rafinerii, który w zależności od kierunku wiatru okrywał port i większą część miasta, fale niemieckich samolotów w dalszym ciągu latały prawie bezkarnie nad nami niszcząc do reszty co jeszcze nie leżało w gruzach. Nasze i brytyjskie samoloty przeważnie wspierały walczące dywizje francuskie i brytyjskie na Zachodzie. Dlatego więc różnego kalibru działa artylerii przeciwlotniczej, w mieście, w bazie i w okolicy, pozostały tylko jedyną skuteczną obroną naszych oddziałów. Nieustannie słyszało się pogłoski o Brytyjskim Korpusie Ekspedycyjnym. Anglicy mieli ponoć walczyć bohatersko i z dużym poświęceniem i ogromnymi stratami przebijać się z Flandrii w kierunku wybrzeża i Dunkierki.

Pewnego dnia rano, pomimo silnego ostrzału z dział przeciwlotniczych różnego kalibru, Niemcom udało się przedrzeć przez kordony obronne i rzucić kilka bomb na naszą bazę. Jeden szpital i dwa stadiony, dzięki Bogu tylko częściowo zajęte przez wojsko, zostały mocno uszkodzone. Z trafionego szpitala i pobliskiego baraku tylko nieliczną liczbę chorych i rannych udało się uratować. Wielu zginęło w płomieniach, wielu pod gruzami walących się budynków.
W miarę upływu czasu nasilały się wiadomości o niemieckich sukcesach i o nieudanych próbach aliantów zorganizowania jakiejś silniejszej obrony. Francuzi i Anglicy ponosili coraz większe straty, co nie wróżyło wesołej przyszłości. Powoli dochodziliśmy do przekonania, że pozostając w bazie, wylądujemy w końcu w niemieckiej niewoli. Musieliśmy więc jak najszybciej wydostać się z tej pułapki. Wkrótce nadarzyła się wspaniała okazja, aby z niej uciec.

Każdego dnia grupy żołnierzy z łopatami na ramioniach kierowano do miasta, aby oczyścić z gruzów i umożliwić użycie dróg. Na nas też przyszła kolej oczyszczania dróg, więc kiedy znaleźliśmy się w mieście postanowiliśmy uciec. Chroniąc się przed nalotem w ruinach dużych zabudowań opuściliśmy naszą grupę. Pod wieczór tego samego dnia znaleźliśmy się na wydmach na wybrzeżu. Duża liczba żołnierzy z różnych jednostek szukała tutaj tymczasowego schronienia więc w niekończących się tłumach angielskich żołnierzy szliśmy w kierunku plaży.

Rano następnego dnia, jak okiem sięgnąć widać było morze zasiane setkami różnego rodzaju łodzi, kutrów rybackich, jachtów a nawet małych motorówek. Na wybrzeżu zbierało się coraz więcej żołnierzy. Niemieckie samoloty, pomimo zaporowego ognia z setek dział przeciwlotniczych, z zaciekłością latały nad plażami i z niskiego pułapu szerzyły zniszczenie i śmierć. Najgorsze z nich były Stukasy. Były nadzwyczaj szybkie, dokładne i niezwykle efektywne. Strzały z karabinów maszynowych i setki bomb przeciwpiechotnych siały duże zniszczenie wśród bezbronnych oddziałów zgromadzonych na plażach, zaś ich wściekłe wycie w czasie nurkowania i huk gdy wzbijały się w niebo, mroziły krew w żyłach niosąc trwogę i panikę.

W czasie, gdy doszliśmy do plaży ewakuacja żołnierzy była już w toku. Kutry rybackie podchodziły do prawie całkowicie zniszczonych kei, zabierając chorych i rannych. żołnierze po pas, a czasem nawet aż po ramiona w wodzie, porzucając na plażach niepotrzebny już sprzęt i uzbrojenie, z wysiłkiem brnęli w kierunku małych łodzi, które zabierały ich do większych jednostek stojących na głębokiej wodzie.

Szybko włączyliśmy się do pomocy przy ewakuacji. Już od świtu pomagaliśmy rannym dostać się do kutrów. Gdy tylko te odpływały ładowaliśmy innych chorych i mniej zdolnych do poruszania się. Z daleka widać było duży statek Czerwonego Krzyża, który przycumował do długiej, drewnianej kei, częściowo już zniszczonej przez niemieckie bomby. Miał on zabrać tylko chorych i rannych. Pracując przez wiele godzin, przeważnie z tą samą grupą Anglikow, szybko zaprzyjaźniliśmy się z nimi. Podczas przerw na lunch obdarowywali nas popularnymi dwupensowymi czekoladkami firmy Cathbury i biszkoptami.
Niosąc razem z Tadkiem rannych żołnierzy wzdłuż kei, długiej na około 80 metrów, często musieliśmy zatrzymać się podczas nalotów. Ci biedni ranni, patrzyli wtedy na nas ze strachem w oczach i kurczowo trzymając się naszych mundurów błagali nas, żeby ich nie opuścić. Pewnego razu w czasie nalotu zobaczyłem jak Józek niósł „na barana” rannego żołnierza w mocno okrwawionym mundurze. Widać było cierpienie na jego twarzy ale żołnierz ten nawet nie jęknął, tak bardzo chciał jak najszybciej znależć się na pokładzie łodzi.

Pewnego wieczoru, podczas przerwy, kilku Anglików z naszej grupy poczęstowało nas swoimi racjami. Inni dali swoje papierosy  byliśmy tym naprawdę wzruszeni. Nasza znajomość angielskiego była zupełnie znikoma, więc z trudem udało nam się opowiedzieć im jak zgubiliśmy się w tym zamęcie i jak myśleliśmy aby wydostać się z Francji do Anglii.

Anglicy z miejsca postanowili nam pomóc. Szybko przynieśli nam angielskie mundury, które choć stare jakoś jednak na nas pasowały. Podczas ciemnej nocy ewakuacja znacznie się nasiliła. Kutry bezustannie przybijały do zniszczonej kei i zabierały setki rannych i chorych. Zdrowi zaś nadal brnęli w wodzie do oczekujących na nich łodzi.

Rano naloty znów wzrosły  bombowce z wysokiego pułapu zrzucały setki bomb siejąc zniszczenie i śmierć, zaś Stukasy w dalszym ciągu coraz silniej atakowały ewakuowanych. Na plażach i wśród piaszczystych wydm coraz więcej było rannych i zabitych. Niedaleko nas, jakiś ranny żołnierz z rękami na okrwawionej twarzy, kręcił się wokoło i krzyczał jak opętany  biedny chłopak, był przestrzelony przez oczy. Bliżej i głośniej słychać było działa okrętów brytyjskich. Huk dział artylerii przeciwlotniczej, spadających bomb i wycie Stukasów tworzyło prawdziwe piekło. Były pogłoski, że z powodu bardzo dużych strat w ludziach, ewakuację prowadzić się będzie przede wszystkim w nocy.

Dzielni skiperowie kutrów wykorzystywali każdą, nawet naj, krótszą chwilę ciszy aby podejść do kei i ładować rannych. Pewnego razu, właśnie w czasie przerwy w bombardowaniu, we trójkę z kilkoma Anglikami pomagaliśmy grupie ciężko rannych żołnierzy dostać się na kuter i zejść pod pokład. Prawie kończyliśmy już tę pracę kiedy wycie syren ogłosiło następny nalot. Skiper kutra w obawie przed zbombardowaniem z miejsca odbił od lądu. Zanim zorientowaliśmy się już byliśmy w znacznej odległości od brzegu. Nie mieliśmy szans na powrót i w ten zupełnie nieoczekiwany sposób, z rannymi i z grupą Anglików, z którymi pracowaliśmy już od dwóch dni, znaleźliśmy się w drodze do Anglii.

Podróż była powolna, ale dzięki Bogu, bez żadnych trudności i nalotów. Z każdą minutą wchodziliśmy w zasięg dział brytyjskich i lokalnego lotnictwa. Nie minęło dużo czasu jak stanęliśmy na angielskiej ziemi.

Przyjęcie jakie otrzymaliśmy w Dover było bardzo emocjonalne, ale i też praktyczne i fachowe. Zebrane w porcie rodziny z niepokojem wyszukiwały wśród ewakuowanych żołnierzy swoich ojców, braci, krewnych lub przyjaciół. Krzykom i płaczom nie było końca. Ciężko ranni byli opatrywani na miejscu, mniej rannych ładowano do ambulansów. Zdrowi zgłaszali nazwy i numery swoich jednostek. Pomimo rozgardiaszu trzeba przyznać, że organizacja była dobra, choć wszyscy spieszyli się w oczekiwaniu na kolejne transporty.
Dziesiątki różnego rodzaju łodzi bezustannie dobijało do portu albo prosto do wybrzeża, aby wyładować kolejne partie ewakuowanych i jak najszybciej powrócić po nowych. Wkrótce po wydostaniu się naszych chorych i ciężko rannych na pokład, skoczyliśmy na ląd. Pamiętam, że to był wtorek 28 maja.
Na kei wśród tysięcy ciągle spieszących się żołnierzy i różnych cywilów zgubiliśmy naszych przyjaciół z Dunkierki. Oni byli dla nas jedyną, choć nikłą gwarancją zapewnienia naszej tożsamości. Bez nich byliśmy jeszcze bardziej zagubieni.

Policja wojskowa szybko zauważyła naszą niepewność i już po kilku słowach zabrała nas na dalsze przesłuchania. Nasze bardzo nieporadne i często błędne odpowiedzi utwierdziły ich w przekonaniu, że możemy być szpiegami lub jakimiś podejrzanymi osobnikami. Nie mogąc się z nimi porozumieć poprosiliśmy o francuskiego tłumacza; chcieliśmy polskiego, ale o tym niestety mogliśmy tylko marzyć. Po kilku godzinach przesłuchań, tym razem z pomocą francuskiego tłumacza rozmawiającego z Tadkiem, który jedyny z nas mówił po francusku, nasza sprawa zaczęła przybierać nieco lepszy obrót. Policja angielska jednakże, w dalszym ciągu nie będąc zupełnie pewna naszej tożsamości, wysłała nas do wojskowego więzienia w Southampton. Tu, w tym prawdziwym więzieniu, sytuacja nasza znów zmieniła się na gorsze. Obcięli nam włosy, ubrali nas w więzienne pasiaki i wsadzili każdego z nas do pojedyńczej celi. Przesłuchania, którym nie było końca, były bardziej dokładne, ale co najgorsze w różnych godzinach dnia i nocy.

Następnego dnia po naszym przybyciu do więzienia, kiedy rano spotkaliśmy się wszyscy trzej na „codziennej przechadzce” postanowiliśmy poprosić Anglików o jakiegoś urzędnika z naszego Konsulatu w Londynie. Anglicy z miejsca wyrazili zgodę.

Podaliśmy więc im nazwiska kilku oficerów Marynarki Handlowej w Londynie, których osobiście znaliśmy. Teraz pozostało tylko czekanie, choć w dalszym ciągu ciągali nas na przesłuchania. Działały one na nas bardzo negatywnie, bo byliśmy coraz bardziej zmęczeni, rozczarowani a nawet źli i zawiedzeni takim traktowaniem. Nie mogliśmy się pogodzić, że po tylu poświęceniach, pomocy i pracy przy ewakuacji rannych i chorych żołnierzy angielskich, a zwłaszcza bezgranicznej wiary w przyrzeczenia Anglików spotkanych w piaskach Dunkierki, z którymi razem pracowaliśmy, władze w dalszym ciągu traktowały nas tak bardzo podejrzliwie. Mieliśmy nawet wrażenie, że pomimo przysłowiowej angielskiej „fair play”, nasza sprawa może jednak zakończyć się nie całkiem tak, jak się spodziewaliśmy. Na nasze usprawiedliwienie trzeba jednak powiedzieć, że żaden z nas nigdy jeszcze nie siedział przedtem w więzieniu, więc nie mieliśmy możności porównania warunków w jakich nas trzymali. Jednakże, choć nikt nas nie bił i nie torturował, i podstawowe prawa i jedzenie mieliśmy zagwarantowane, to jednak nie było to wcale przyjemne.
Następnego dnia zjawił się jednak przysłany z Londynu oficer z Biura Marynarki Handlowej. Byliśmy zupełnie zaskoczeni, kiedy do sali przesłuchań wszedł ten sam oficer, który w bazie w Plymouth, tuż przed naszym zapisaniem się do armii, przestrzegał nas przed tym głupim krokiem i żegnał nas w czasie naszego odjazdu. Z początku nie poznał nas. Minęło przecież pół roku, kiedy to pełni animuszu i w pięknych mundurach marynarskich zrzekaliśmy się pracy na statkach wybierając służbę w piechocie. Teraz zmęczeni, w więziennych pasiakach wyglądaliśmy na pewno bardzo nieciekawie. Kiedy więc wreszcie nas poznał, podszedł do nas i krzyknął: „Och, to wy! Teraz macie już napewno dosyć tego heroizmu! Dali wam dobrze w dupę i teraz prosicie o pracę na statkach!”

Uradowani jego obecnością nie mieliśmy nawet za dużo siły i ochoty, żeby zaprotestować takiemu przywitaniu, więc szybko opowiedzieliśmy co się nam przydarzyło we Francji, o urlopie, o spotkaniu z Anglikami pod Dunkierką i o tym w jaki sposób znaleźliśmy się na angielskiej ziemi i w angielskim więzieniu. Naszym tłumaczeniom i pytaniom Anglików nie było końca. Wreszcie po dwóch godzinach zostaliśmy uznani za niewinnych.

Angielski major w ten sposób zwrócił się do nas: „Gentlemen, you are free, we congratulate you”. Słysząc to Józek z zażenowaniem starał się ukryć wzruszenie kiedy po kolei ściskaliśmy się wzajemnie. To były rzadkie chwile pełne emocji i radości w tak ciężkim okresie wojny, która toczyła się wokół nas.

Pomimo dobrego przyjęcia w Anglii postanowiliśmy, że musimy jednak wrócić do naszej jednostki we Francji i do kolegów, którzy przecież musieli tam jednak walczyć z Niemcami. Dlatego poprosiliśmy o zorganizowanie nam przerzutu na francuskie wybrzeże, gdzieś w pobliżu Cherbourga, który jak nam było wiadomo był jeszcze we francuskich rękach. Prośba ta zaskoczyła nie tylko naszego tłumacza, ale także samych Anglików. Nie mogli zrozumieć, że po tylu kłopotach, będąc bezpieczni w Anglii, znów chcieliśmy wracać do Francji objętej pożogą wojenną.

Przez długi czas patrzyli więc na nas z niedowierzaniem  ale kiedy stanowczo powiedzieliśmy, że nadal należymy do pułku walczącego we Francji i mamy obowiązek do niego dołączyć, zgodzili się. Angielski major powiedział: „once again we are proud of you, and we hope you will soon find your comrades, in France” i przyrzekł nam szybką pomoc. Nieco później, po konsultacji z kolegami, tenże major zawołał nas do swojego biura, gdzie oficjalnie wypłacono nam żołd za cały okres naszej pracy przy ewakuacji angielskich żołnierzy. Nie było tego dużo, zaledwie kilka szylingów  ale sam gest bardzo nas podniósł na duchu. Zaczęliśmy wierzyć, że wreszcie nieuchwytne szczęście zaczęło się do nas uśmiechać.

Minęły dwa dni. W międzyczasie zamieniliśmy nasz więzienny „strój” na nieco stare, już używane i nawet przybrudzone mundury francuskie. Musieliśmy czekać na zorganizowanie nam kontaktu we Francji. W końcu gdy wszystko było już przygotowane pożegnaliśmy naszych wartowników, z którymi podczas ostatnich dni graliśmy w piłkę nożną i po oddaniu jednemu z nich jednego pensa, który pożyczyłem na kupno Daily Express, usłyszeliśmy „Good luck, boys” i opuściliśmy pierwsze w naszym życiu więzienie wojskowe.

Tej samej nocy mały patrolowy okręt wojenny wyrzucił nas na francuskie wybrzeże, gdzieś w okolice Cherbourga. Naszym kontaktem był portowy burdel. Niestety, nie zrobiliśmy dobrego wrażenia na „Pani Domu” tejże instytucji. Nasze mundury były według niej zbyt nowe i nie wystarczająco brudne. Tak samo nasze buty i w ogóle nasz cały wygląd. Jednakże nie oponowała zbytnio i pomogła nam we wszystkim o co ją poprosiliśmy. Po wypoczęciu i po wielu zmianach, wczesnym ranem, następnego dnia, załadowani razem z kilkoma innymi ludźmi do starej ciężarówki, ruszyliśmy na południe w stronę Paryża. Według ostatnich wiadomości ktoś widział w tych okolicach polskie oddziały. Podobno nasz pułk, walcząc i mając duże straty, powoli posuwał się w kierunku Szwajcarii. Byliśmy mocno przygnębieni, że nie mieliśmy możności być z naszymi kolegami. Ze smutkiem i z modlitwą w sercach życzyliśmy naszym kolegom siły i przetrwania w tym najgorszym dla nich okresie.

Jadąc w kierunku Paryża spotykaliśmy dużą liczba polskich żołnierzy z wielu różnych pułków, jadących pociągami na południe. Przeczuwając, że już się nigdy nie spotkamy z naszym pułkiem straciliśmy cały zapał aby pokonać piętrzące się trudności w dalszym jego poszukiwaniu. W końcu zrezygnowani i z ciężkim sercem dołączyliśmy do innych polskich niedobitków jadących pociągami na południe Francji.

Jadąc minęliśmy miasto Touluse i w końcu znaleźliśmy się w St. Jean de Luz, na południowozachodnim wybrzeżu Francji. Według ostatnich zasłyszanych plotek w tej zatoce zebrało się około 30 tysięcy polskich żołnierzy. Anglia miała nam pomóc w ich ewakuacji na Wyspy Brytyjskie, dokładnie tak samo jak za czasów ewakuacji Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego z Dunkierki.
Większość tych Polaków było zawodowymi żołnierzami, przyzwyczajonymi do różnych faz wojennego życia, do zwycięstw ale i też do klęsk; ich życie upływało w nieustannym wojskowym rygorze, pod rozkazami i w bezwarunkowym posłuszeństwie. Patrząc na te tysiące, posłusznie czekających ludzi nie mieliśmy nic innego do zrobienia jak tylko do nich dołączyć. Mieliśmy tylko nadzieję, że stare przysłowie: „W większości siła” nie bardzo się myliło w naszym przypadku.

Minęło kilka dni; częste zebrania i patriotyczne przemowy, zaczęły wzbudzać cień nadziei, że jeszcze nie wszystko stracone. Po wielu dniach oczekiwania wreszcie na redzie pokazały się duże pasażerskie statki, mocno zakamuflowane i przerobione na transportowce wojskowe, które bez zwlekania zaczęły ładować naszych żołnierzy.

Wśród tych statków szybko rozpoznaliśmy nasz statek m/s Sobieski, pomimo jego wojennego kamuflażu. Chcąc dostać się właśnie na ten statek poczekaliśmy na kolejkę ładowanych na Sobieskiego i bez trudu weszliśmy na burtę. Przy trapie służbowym, na wachcie, stał jeden z kolegów z naszego kursu ze Szkoły Morskiej. Poznaliśmy się natychmiast i rzuciliśmy się sobie w ramiona! Przecież ostatnio żegnaliśmy się z nim w bazie w Plymouth, kiedy zaciągaliśmy się do wojska polskiego we Francji.

Tak to w ciągu jednego miesiąca po raz drugi już podróżowaliśmy z Francji do Anglii. Nasza pierwsza ewakuacja z Dunkierki zupełnie nie przypominała obecnej, z St. Jean de Luz. Pierwsza, na starym rybackim kutrze, po brzegi wypchanym chorymi i rannymi, w brudnych, pokrwawionych angielskich mundurach, niepewni co nas czeka na angielskiej ziemi. Druga, na pięknym statku pasażerskim i pomimo tysiąca żołnierzy, jednak w luksusowych kabinach naszych kolegów i w czystych polskich mundurach. Każdy z tych statków szedł daleko przez Atlantyk, samotnie i bez żadnego konwoju.
W końcu 23 czerwca wylądowaliśmy w Szkocji. Aliantom udało się uratować 26000 dobrych polskich żołnierzy. Po dość długich ćwiczeniach sformowali nowe jednostki. Powróciła nasza dawna pewność siebie, nasza satysfakcja i nade wszystko nasza duma.

Nowo utworzone jednostki przypominały dawnych, rycerskich, zawodowych i nade wszystko całkowicie oddanych żołnierzy z czego od wieków byliśmy dumni i sławni. Dla nas jednak nie bylo już miejsca w polskich siłach lądowych, bo 1 lipca 1940 roku Biuro Marynarki Handlowej powołało nas do ukończenia naszych studiów w Naval College w Southampton.

Po ukończeniu naszej służby w wojsku, wypłacono nam żołd za każdy dzień naszej nieobecności w jednostce, aż do naszego powrotu. Tego samego wieczoru zaprosiliśmy naszych kolegów na pożegnalną kolację w pobliskiej restauracji. Stosunkowo krótki, ale pełen wydarzeń czas, razem spędzone chwile trudnej służby wojskowej, choć zawsze pełne wzajemnej ofiarności i pomocy, wzbudziły w chwilach pożegnania nostalgię i smutek.

Następnego rana, raz jeszcze żegnając naszych kolegów, opuściliśmy baraki i nasze wojskowe życie raz na zawsze. Zaczynaliśmy nową erę  poprzez kontynuację naszych studiów morskich, która miała potem zaowocować służbą w Polskiej Marynarce Handlowej i ofiarną pracą dla naszej walczącej Ojczyzny.
Gena Hrywniak

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*