Mistrz Rościsław (Korespondencja własna z Krakowa)

Mistrz Rościslaw Brochocki przyszedł na świat w Krakowie, 27 lutego 1925 roku – a zatem o trzy lata przekroczył osiemdziesiątkę. Gratuluję Mu znakomitej formy – nie ukrywając pewnej zazdrości. Zazdrości zdrowej, bo po pierwsze szczerze życzę Mistrzowi zachowania zawodowej aktywności przez kolejne wspaniałe lata, po drugie, nie dostrzegam nic zdrożnego w pragnieniu, abym i ja cieszył się równie długo podobną kondycją, po trzecie zaś odruch zwątpienia w realizację tych marzeń odnośnie mojej osoby to zwykła ludzka słabość, a nie jakaś paskudna przywara.

Jeśli za cezurę rozpoczęcia pracy twórczej w pełnym tego słowa znaczeniu uznać powstanie obrazów, które przyniosły propozycję wyjazdu na zagraniczne stypendium, Rościsław Brochocki obchodzi właśnie piękny jubileusz sześćdziesięciolecia malarskiego dialogu, prowadzonego nie słowem, lecz wyobraźnią i pędzlem najczęściej z polskim pejzażem, rzadziej z martwą naturą. Zabrzmi to zapewne paradoksalnie, ale na estetycznych upodobaniach artysty, na rytmie i kierunku pierwszych nieśmiałych kroków po przedsionkach sztuki w pierwszej kolejności zadecydowała nie bohemiczna atmosfera Krakowa, lecz miłe wrażenia z wakacji, spędzanych w maleńkiej miejscowości Kozy nieopodal Bielska Białej.

W letnim domku w Kozach wisiały na ścianach obrazki malowane przez zbiegów ze Związku Radzieckiego, najprawdopodobniej Ukraińców – wykonane na niezłym, profesjonalnym poziomie, a przedstawiające przeważnie krajobrazy albo kwiaty. W Kozach była również stacyjka kolejowa, gdzie mógł napatrzyć się do syta na wspaniałe, potężne parowozy. Ta wczesna fascynacja malarstwem i techniką rozwijała się z wiekiem i przetrwała do dnia dzisiejszego – z jak najlepszymi dla polskiej sztuki efektami.

Rok 1939 przyniósł wkraczającemu w młodzieńczy okres życia chłopcu dwa na trwałe zapamiętane wydarzenia – z obiektywnego punktu widzenia bardzo różnej rangi, ale porównywalnie ważne dla indywidualnych losów przyszłego pejzażysty. Po pierwsze, czternastoletni Rościsław sprzedał swój pierwszy obraz – i to nie byle komu, lecz człowiekowi statecznemu, poważnemu i piśmiennemu, a mianowicie listonoszowi z Kóz; po drugie – w kraju rozpoczęła się okupacja niemiecka. Sprzedaż obrazu sprecyzowała niejasne, podświadome przeczucia, że skoro malować jest przyjemnie, a w Polsce są ludzie, którzy kupują obrazy nie tylko od ukraińskich imigrantów, malarstwo jest dobrym sposobem na ułożenie sobie życia. Okupacja udowodniła z kolei, że spokój sielskich pejzaży zakłócić może obecność niesympatycznych, uzbrojonych ludzi w mundurach.

Na pewno zbyt pochopnym byłoby twierdzenie, że właśnie dlatego malarstwo Rościsława Brochockiego jest – z nielicznymi wyjątkami – “bezludne’’, ale jako temat do dyskusji a nie kategoryczny dogmat wygląda interesująco. Wszak sam Mistrz powiedział: ‘‘Może kiedyś człowiek zasłuży sobie na to, by go wkomponować w moje pejzaże’’… Przy okazji uściślę, że owe “nieliczne wyjątki” polegają na dostrzeżeniu obecności człowieka w postaci umownie naszkicowanej sylwetki – podobnie jak dwoma złączonymi łukami szkicujemy dalekiego ptaka w podniebnym locie.

W Krakowie hitlerowcy rozpoczęli swoje panowanie między innymi od brutalnego pogromu polskiego systemu edukacyjnego – likwidacji wyższych uczelni z Uniwersytetem Jagiellońskim na czele i średnich szkół ogólnokształcących oraz uwięzienia ich profesorów w obozach koncentracyjnych. W latach 1942-43 Rościsław mógł jeszcze uczęszczać do Staatliche Handwerker und Kunstfgewerbeschule; potem władze uznały, że uprawianie przez Polaków artystycznego rzemiosła mogłoby również zagrozić kulturowej monolityczności III Rzeszy i szkołę zamknięto. Ostatni rok okupacji wypadło Rościsławowi przepracować na dworcu kolejowym Krakau West. Praca była marna, ale ratowała przed wywiezieniem na roboty w głąb Niemiec.
Niemal bezpośrednio po wojnie Rościsław Brochocki rozpoczął studia na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem profesora Eugeniusza Eibischa. Z chwalebnym samokrytycyzmem przyznaje, że aczkolwiek egzamin z anatomii zdał celująco, to jego malarskie próby przez pierwsze dwa lata nie wzbudziły żadnego zainteresowania profesora, który ani razu nie podszedł nawet do jego sztalug, aby dokonać korekty. Moim zdaniem trudno wykluczyć inne wyjaśnienie takiego zachowania: wykładowcy ‘‘starej daty’’ mieli swoje specyficzne poglądy na proces kształcenia; być może profesor Eibisch od razu dostrzegł nietuzinkowe uzdolnienia swego wychowanka i postanowił nie wpływać na jego samoistny rozwój do chwili, gdy dojrzeje na tyle, aby krytyczne uwagi ze strony autorytetu nie zepchnęły go z intuicyjnie obranej drogi.

Takie przypuszczenie wydaje się potwierdzać fakt, iż uznawany talent raczej nie rodzi się i nie eksploduje z miesiąca na miesiąc – a już na trzecim roku studiów sytuacja uległa radykalnej zmianie: Rada Profesorów ASP dwukrotnie wytypowała Rościsława Brochockiego na stypendium do Paryża, a potem sam profesor Eibisch proponował mu wyjazd do Warszawy i objęcie stanowiska asystenta. Oba projekty spaliły na panewce, aczkolwiek z różnych powodów. Nad Sekwaną młody Brochocki nie wyjechał, ponieważ stosunki PRL z krajami Europy Zachodniej uległy akurat gwałtownemu zaostrzeniu i na ich stopniową normalizację trzeba było zaczekać aż do ‘‘polskiego października”; do Warszawy się nie przeniósł, bo nad asystenturę przełożył uroki życia rodzinnego.

Po zdobyciu dyplomu w roku 1949 młody artysta dość nieoczekiwanie odsunął się od malarstwa. Sporadycznie wykonywał jakieś zamówienia, czasem stworzył coś “z potrzeby ducha”, ale prawdziwie twórczą pasję skierował ku… zagłębianiu tajników konstrukcji i budowie modeli różnego rodzaju konwencjonalnych i niekonwencjonalnych silników. Uprawiał także pływanie, turystykę górską, rowerową i kajakową – przy czym kajak był jego własnym i jego kolegów rękodziełem. Objechał Polskę na motocyklu, a ściślej mówiąc kolejno na dwóch motocyklach: WFM-125 i SHL-175. Wiele czytał, pochłaniał masowo książki i czasopisma z dziedzin tak od malarstwa oddalonych jak elektronika, fizyka, kosmologia, astronomia i astronautyka. Zajmował się fotografią i wszelkiego rodzaju majsterkowaniem.

Wbrew pozorom, tego rodzaju zainteresowania mogą mieć i na ogół mają znaczący wpływ na kreatywne poczynania w zakresie sztuk pięknych. Nie chodzi tutaj tylko o samo nabranie dystansu do własnych poczynań, gdy choćby raz spojrzymy na nie z perspektywy odległej planety. Technika w sposób radykalniejszy i bezwzględniejszy niż sztuka obnaża pozoranctwo i partactwo. W wielu wypadkach można się spierać czy zademonstrowany obraz jest wspaniałym dziełem, czy zwykłym kiczem – natomiast spalinowy silniczek albo pracuje, albo nie pracuje i wszelkie dyskusje są tutaj zbędne. Na nic zda się epatowanie formalnym nowatorstwem, jeśli proponowane nowe rozwiązanie nie spełnia precyzyjnie zdefiniowanych wymogów funkcjonalnych. Nauki ścisłe przymuszają do pewnej samodyscypliny, tworzenia rzeczy i teorii od początku do końca przemyślanych, solidnie wykonanych i skończonych. Skłaniają do pokory wobec nieprzeliczalnej mnogości pytań bez odpowiedzi – i dumy z rozwiązania zagadek, z którymi magia nie poradziła sobie przez całe milenia.
Lata nieobecności na arenie sztuki na pewno nie były zatem dla Rościsława Brochockiego czasem utraconym. Powrócił na nią jako artysta w pełni dojrzały, świadom zarówno swoich twórczych możliwości jak i faktu, że sztuka – i nie tylko ona – jest nieustannym poszukiwaniem, obwarowanym jedynie koniecznością stałego zachow
ania przewagi działań konstruktywnych nad destrukcją. Wartości swego malarstwa nie musiał dowodzić w kawiarnianych dyskusjach, na wystąpieniach publicznych i w udzielanych mediom wywiadach: Jednoznacznie poświadcza ją dwadzieścia kilka wystaw indywidualnych oraz udział w ponad stu wystawach zbiorowych, w tym piętnastu zagranicznych. Jego obrazy zdobią muzea i prywatne kolekcje w Polsce, Francji, Szwecji, Belgii, Austrii, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Obraz przedstawiający kościół pod wezwaniem św. Floriana w Krakowie miał w swoich zbiorach Jan Paweł II, który jako młody ksiądz Karol był w tej parafii wikarym.

Mistrz Rościsław nie tracił czasu na poszukiwanie rewolucyjnych rozwiązań formalnych. Uznał, że tradycyjne komponenty malarstwa – światło, kolor, przestrzenna kompozycja – w zupełności wystarczą do odtworzenia na płótnie każdej emocji. Nie wszystkie emocje pragnął zresztą odtwarzać, utrwalać. Jego obrazy cechuje wewnętrzny ład i spokój. Nawet jeśli wodospad spienia swym uderzeniem gładkie lustro wody, jeśli pędzący pociąg przecina dolinę, jeśli na niebie gromadzą się burzowe chmury, jeśli zima zasypuje chaty śniegiem – ogólny nastrój płótna sprowadza na nas raczej ukojenie niż wzburzenie, raczej łagodzi niż podrażnia. Doskonałe wyważenie kształtów, stonowanie barw nie budują wprawdzie statycznego kadru, ale czynią ruch zjawiskiem zamierzonym, celowym, potrzebnym i utrzymanym w ryzach – kreatywnym, a nie burzącym porządek.

Obrazy Rościsława Brochockiego są po prostu optymistyczne. Nie zawsze wesołe, czasami wręcz melancholijne, ale optymistyczne. Śmiać można się przez kilka chwil, optymistą można być przez całe życie, nawet wbrew ponurym kaprysom losu. Jak mistrz do takich efektów dochodzi, pozostaje tajemnicą warsztatu. Żaden dobry malarz nie jest dzisiaj fotografem rzeczywistości. Oczywiście byłby to próżny trud, skoro aparat fotograficzny może wykonać takie zadanie szybciej, taniej i dokładniej. Czasy rysowników towarzyszących odkrywczym ekspedycjom należą do bezpowrotnie minionej przeszłości. Niemniej jednak wielu malarzy znajduje pierwowzór przyszłego obrazu w plenerze. Szuka urokliwych miejsc, czyha na odpowiednie światło. Niektórzy tropem światła podążają do dalekich krajów – tam, gdzie wedle ich upodobań, jest ono bledsze lub bardziej jaskrawe. Pejzaże Rościsława Brochockiego w rzeczywistości nie istnieją.

Mistrz komponuje swe dzieła głównie w zaciszu pracowni – z elementów kiedyś widzianych lub stworzonych we własnej wyobraźni. Powiem więcej – zapewne celowo zaniedbuje czasem nawet samo prawdopodobieństwo zaistnienia malowanego pejzażu. Jego krajobrazy żyją na granicy bajki i prawdy – i może dlatego tak nas fascynują. Najzatwardzialszy realista marzy przecież w skrytości ducha, że kiedyś tam przytrafi mu się jakiś cud… Wcale nie wierzy w spełnienie tych marzeń, ale bardzo je lubi.

“Nie ma nic piękniejszego niż wysokie drzewa”. Biję się w piersi, nie potrafię sobie przypomnieć, skąd zaczerpnąłem ten cytat. Jestem tylko pewien, że sam go nie wymiśliłem – chociaż chciałbym być autorem tej myśli. Cóż, słowo “piękno” paść wreszcie musiało, bo przecież ono jest celem wszelkiej artystycznej twórczości (wiem, że za artystów uważają się także osobnicy epatujący publiczność kloaczną brzydotą, ale ja ich zdania nie podzielam). W swoich obrazach Mistrz Rościsław nośnikami piękna uczynił przede wszystkim drzewa – i zapewne dlatego rzadko pojawiają się tam okazałe budynki albo wręcz zwarta zabudowa miejska. Drzewo w mieście jest gościem lub intruzem. Pomagamy mu przetrwać w trudnych dla niego warunkach na skrawkach zieleni imitujących prawdziwą przyrodę, bezlitośnie wycinamy, gdy zasłania strategiczne dla kierowców punkty widzenia. Nie pozwalamy mu się z godnością zestarzeć, bo spróchniały konar mógłby padając zniszczyć którąś z naszych lakierowanych zabawek. Na wsi gościem lub intruzem jest dom. Intruza, karczującego las, drzewa usiłują wykoślawić podziemną siecią korzeni. Gościa przygarniają życzliwie pod swoją ochronę, czasem za cenę własnego życia, ściągając na siebie udrzenie pioruna.

Z mitologii pamiętam, że w drzewach mieszkają driady. Nie widać ich na obrazach Mistrza Rościsława. Może dobrze się schowały? Ale nawet jeśli ich po prostu nie ma, wyraźnie wyczuwalny jest powiew tajemnicy. A tworzenie tajemnicy i piękna to odwieczny sekret prawdziwej sztuki.
Jerzy Skrobot

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*