Między Luzonem a Boracay

Piękno krajobrazowe, urokliwe rafy koralowe, białe piaszczyste plaże, podziemne rzeki, stare i wiecznie czynne wulkany, stosunkowo wysokie góry, fantastycznie rozłożone na górskich tarasach pola ryżowe, ciekawa etniczna kultura, egzotyczne zwierzęta i tysiące zróżnicowanych wysp, to Filipiny.

Niestety, mimo tak wielu atrakcji turystycznych, są mało odwiedzane. Może to z powodu dużej odległości od Europy oraz równie odległego Chicago. To dwa razy dalej niż na Hawaje. Wydawałoby się, że Filipiny leżą gdzieś na końcu świata, bo leżą za Japonią i Taiwanem, w kierunku Nowej Gwinei. Nawet teraz w dobie szybkich odrzutowców, przeloty na Filipiny są dalekie i ograniczone. Najczęściej trzeba lecieć przez Japonię lub Hong Kong. Tylko Filipińska Linia Lotnicza ma loty przez Hawaje bezpośrednio z San Francisco, do swojej stolicy – Manili.

Filipiny mają 7107 wysp i ponad 90 milionów mieszkańców, a geograficznie podzielone są na 3 grupy. Północna i największa wyspa Luzon, środkowa liczna grupa wysp zwana Visayas oraz południowa duża wyspa Mindanao. Praktycznie jest tu jednak 6 grup, bo zachodnia długa wyspa Palawan, zachodnia grupa wysp Kalayaan oraz południowo-zachodni archipelag wysp Sulu położone są oddzielnie i w oddali. Archipelag Sulu łączy Filipiny z malajskoindonezyjską wyspą Borneo. Większość ludzi wie, że Filipiny słyną ze wspaniałych plaż i ogromnej ilości raf koralowych z niesamowicie różnorodnymi muszlami. Są one eksportowane na cały świat, m.in. również na naszą Florydę. Ale Filipiny mają poza tym swój ósmy cud świata.

 

W północnej części Luzonu, już poza czynnymi wulkanami Taal, Arayat i Pinatubo (którego katastrofalny wybuch był 15 czerwca 1991 r.) w górach filipińskich Cordillieras, znajdują się wspaniałe tarasy ryżowe. Wiek ich określa się na 2000 lat i uważane są za bardziej urokliwe od innych w Azji. Żeby je chociaż pobieżnie obejrzeć, trzeba poświęcić minimum 3 dni.

 

Zwiedzanie zaczynamy tradycyjnie od stolicy, jako głównego punktu docelowego. Metropolia Manili to rozległe, wielkie, ponad 10-milionowe miasto, leżące nad Zatoką Manili, a składające się z czterech miast i 13 gmin samorządowych, nazywane Metro Manila. Właściwa, Centralna Manila, to stare pohiszpańskie miasto leżące na południe od rzeki Pasig, Park Rizal, dzielnica hotelowo-rozrywkowa Ermita, Malate i Paco. Inne, nowoczesne Centrum o wysokich wieżowcach, centrach handlowych i biurach, to dalej położone miasto-dzielnica Makati.

 

Hotele przeważnie mamy przygotowane z przewodników (ale bez rezerwacji), czasami jednak tak jak teraz w Manili, musimy go zmienić na inny. Mimo dobrej opinii w książce, okazało się, że był stary i brudny. Wybieramy zawsze hotel tani, ale musi mieć minimum komfortu. Musi być czysty, z łazienką i gorącą wodą, oraz ulokowany w centrum miasta. Kiedy okazuje się on niewypałem, zostawiamy bagaż i szukamy w pobliżu następnego. Hoteli nigdzie nie brakuje. Od razu naprzeciwko znajdujemy hotel „Ermita Tourist Inn”, trochę droższy, ale dobry i przyjemny. Jest bardzo gorąco. Po kąpieli i przebraniu się bez odpoczynku zaczynamy zwiedzanie. Manila to oczywiście największe miasto Filipin. Ma jednak mało miejsc do zwiedzania. Ale w okolicach jest bardzo dużo atrakcji turystycznych. Czynne wulkany, ciekawe jeziora, gorące kąpiele mineralne, wodospady z kanionami i wspaniałym spływem górską rzeką po progach i kaskadach.U wejścia do Zatoki Manili ciekawa jest twierdza i wysepka Corregidor, historyczna pamiątka ostatniego posterunku wojsk amerykańskich i filipińskich z czasów najazdu Japończyków w II wojnie światowej. Pozostałości bunkrów i innych umocnień można zwiedzać wycieczkami z Manili.

 

Najtańszym środkiem miejskiego transportu są tzw. jeepney’e. Są to wydłużone, trochę przerobione jeepy z ławkami do siedzenia, na około 10 do 16 osób, niesamowicie ozdobione i wymalowane. Zatrzymują się na skinienie ręki. Przejazd kosztuje 3 pesy, a za $US 1 dostajemy 41 pesos. Jedziemy na spacer do centrum aż za Pocztę Główną, a wracamy pieszo, zwiedzając po drodze Ministerstwo Turystyki z Informacją, sąsiednie ogrody z wielką trójwymiarową mapą Filipin zbudowaną na jeziorku z wysepkami, pomnik Agrifina Cirkle, City Hall oraz Park Rizal.

 

Nazwa jego pochodzi od nazwiska bohatera narodowego, poety i rewolucjonisty Jose Rizala, straconego przez Hiszpanów w 1896 roku. Kolejnego dnia odwiedzamy najstarszą zabytkową dzielnicę Manili, zw. Intramuros, zbudowaną przez Hiszpanów w XVI wieku. Dobrze zachowały się 7 -metrowej grubości mury obronne, twierdza Santiago z 1571r. (z Muzeum – Sanktuarium Rizala), najstarszy kościół San Augustin z tegoż roku, oraz najstarsza filipińska Katedra z I58Ir. Obok stoi pomnik Santa Isabel poświęcony poległym w czasie oswobadzania Manili w I945r. W twierdzy Santiago można oglądać tragiczną celę, gdzie Japończycy w furii przegrywanej wojny wymordowali 600 więźniów, Filipińczyków i Amerykanów. Trochę dalej, położony nad rzeką Pasig, znajduje się piękny pałac prezydentów – Malakańang. Oprowadza nas po nim kilka przewodniczek, każda po swojej sekcji.

 

Ciekawy skansen różnych wysp filipińskich, zw. Nayong Pilipino, leży trochę dalej w pobliżu lotniska. Dojechaliśmy tam kolejką LRT, za 12 pesos na osobę, do końcowej stacji Baclaran, a dalej do skansenu jeepneyem. Przy stacji Baclaran był wielki targ o przeróżnych straganach, sklepikach i tłumach ludzi. Po skansenie chodzimy parę godzin zwiedzając coraz to inne wyspy Filipin, architekturę ich domków, kolorowe zdobnictwo, wszędzie trochę różniące się od siebie stroje i bardzo ciekawe urządzenia wnętrz.

 

Kolejnego dnia jedziemy na północ Luzonu, w góry Cordilliery. Po paru godzinach droga wspina się na górskie zbocza i przełęcze. Staje się kręta, wyboista i bardzo wąska, ostro podcięta, biegnąca nad przepaściami. Nic więc dziwnego, że po kolejnym wyprzedzeniu ciężarówki mamy zderzenie i kraksę. Jesteśmy unieruchomieni przez całe 4 godziny. Dlatego podróż nasza do górskiego kurortu Baguio trwała zamiast 6 aż 10 godzin. A sam kurort, może z powodu wieczoru, mżawki i błota, trochę nas rozczarował. Bardzo chcieliśmy zobaczyć działających tu, sławnych na cały świat, filipińskich doktorów-uzdrawiaczy. Robią oni operacje gołymi rękami, bez rozlewu krwi i blizn. Niestety, właśnie wyjechali gdzieś w teren, a my nie możemy czekać.

 

Po noclegu, jedziemy dalej tą niesamowitą, z dziurami, wąską, górską drogą, kolejne 6 godzin do osiedla Sagada. Wytrzęsieni, poobijani w starym autobusie o wąskich siedzeniach, stajemy tu, aby zobaczyć stare, prehistoryczne cmentarzyska z wiszącymi trumnami. Okolicę, obfitującą w wiele jaskiń i skałek wapiennych, penetrujemy wynajętym jeepney’em. Na ścianach skalnych faktycznie wiszą stare trumny, ale wiele więcej jest ich poukładanych w licznych tu grotach. Trumny wykonane są z krótkich, wyżłobionych pni drzewa, a zmarłemu – aby zmieścił się do środka – łamano ręce i nogi. Trumny wieszano na zewnątrz po to, żeby dusza łatwiej uleciała do nieba.

 

Przy okazji w wiosce Lumiang oglądamy ciekawe wesele filipińskie z oryginalną bębnową orkiestrą i obrzędami trochę podobnymi do amerykańskich. Jest już późno, autobusy odjechały, wynajmujemy więc vana, aby jeszcze dziś dojechać do Bontok. Już po godzinie jazdy, znowu górską paskudną drogą, jesteśmy na obszarze sławnych tarasów ryżowych w Bontok. Wieczorem, już w hotelu, korzystamy z bardzo tanich tu masaży ciała, wykonywanych przez niewidomych masażystów. Za całą godzinę płaci się tylko 150 pesów.

 

Rano wykupujemy turę z przewodniczką i jeepney’em jedziemy 30 minut w góry do wioski Malingkong. Stąd dalej pieszo, przez 4 godziny. Najpierw ścieżką przez dzikie haszcze ostro pod górę, potem wąskimi gzymsikami po niesamowitych polach ryżowych, zbudowanych na poziomych tarasach. Widok dech zapiera, kiedy z góry ogląda się całe zbocza pocięte tarasami z polami ryżu w stojącej wodzie. Spływa ona ze źródła na górze przemyślnie zrobionymi kanalikami i kaskadami. Jest słonecznie i gorąco. Zazdrościmy małym dzieciom, które kąpią się i bawią w dolinnym potoku i jego wodospadach. Rzucamy im trochę – uprzednio kupionych w tym celu – cukierków, a one robią dla nas pokaz skoków do wody.ćSpacer był wspaniały. Wędrując tymi wąskimi, gliniastymi ścieżkami, nad parometrowymi pionowymi ścianami, oglądamy również zadaszone drewniane przechowalnie ryżu. Po powrocie do Bontok jedziemy ponownie jeepney’em do Banaue View Point. Są tu równie piękne, najstarsze – bo mające 2000 lat – tarasy ryżowe. Zbudowane były przez lokalny szczep, zw. Ifugao. Jego przedstawiciele za parę pesos pozują tutaj turystom do zdjęć. Do Banaue, skąd odchodzi nocny autobus do Manilii, dojeżdżamy 3 km trójkołową rykszą, zw. tu trój-cyklem. Koszt – 50 pesos. Autobus jest już trochę wygodniejszy, poza tym jedzie doliną i dużo lepszą drogą.

 

Po 10 godzinach, o 3 rano jesteśmy już w Manilii. Mamy tylko parę godzin odpoczynku, bo już rano lecimy samolotem na następną, mało odwiedzaną, a bardzo ciekawą wyspę – Palawan.

 

Po godzinie lotu lądujemy w Puerto Princesa, stolicy wyspy i prowincji. Kwaterujemy się w uroczym hotelu „Casa Linda” i jeszcze tego samego dnia jedziemy do Honda Bay. Chcemy zażyć kąpieli i nurkować w masce z rurką, aby pooglądać rafy koralowe. W tym celu w porcie wynajmujemy łódkę motorową – są tu one z bocznymi wysięgnikami, pływakami – nazywane tu outrigger canoes lub bangcas – i po godzinie dopływamy do grupy małych wysepek morza Sulu, w Zatoce Honda. Dopiero tu są duże rafy koralowe. Te największe jednak i najciekawsze leżą 200 mil dalej na South-East w Parku Narodowym Tubbataha Reef. Przez parę godzin korzystamy z tej wielkiej przyjemności, a wracając, odwiedzamy jeszcze wysepki Pandan i Snake. Największą jednak atrakcją Palawan jest bez wątpienia całodniowa wycieczka do podziemnej rzeki w Parku Narodowym St. Paul. Znajduje się on po przeciwnej stronie wyspy. Jedziemy tam 3 godziny okropną, zakurzoną, z dziurami drogą, na szczęście w zamkniętym i chłodzonym vanie. Dojeżdżamy do wioski Sabang nad Morzem Chińskim, skąd wąską motorówką podpływamy do ujścia rzeki wypływającej z wielkiej jaskini w wapiennych skałach.

 

Podziemna rzeka ma długość 8 km, ale trasa turystyczna tylko półtora km. Grota jest wspaniała, wszędzie pełno wiszących stalaktytów, stojących stalagmitów, podłużnych „mieczy”, nisko zwisających wapiennych „kwiatów banana” oraz wszelkiego innego rodzaju tworów krasowych. Jest tu wielka ilość nietoperzy oraz, niestety, bardzo dużo natrętnych komarów. Podobno roznoszących malarię. Na wszelki wypadek lepiej się zabezpieczyć – tak jak my – właściwymi pigułkami i rozpylaczem przeciwko insektom. Spotykamy tu wielu turystów z Japonii.

 

Po powrocie z podziemia oglądamy w Parku Narodowym małpy makaki długoogonowe oraz olbrzymie 3-metrowe gady monitory (rodzina „smoków” z Komodo). Mają mocno uzębione paszcze i bardzo silne i niebezpieczne ogony. Musimy uważać, bo są niebezpieczne. Wracamy tą samą wąską łódką z motorem, a mając jeszcze trochę czasu zażywamy kąpieli przy świetnej plaży w Sabang, w czystej i cieplutkiej wodzie Chińskiego Morza. Do hotelu wracamy wieczorem, a z prospektów dowiadujemy się o pięknej wysepce i kurorcie Coco Loco. Stwierdzamy, że należy się nam 1-dniowy relaks, wynajmujemy więc vana i po 4 godzinach ciężkiej, wyboistej drogi przyjeżdżamy do portu Roxas. Stąd hotelowym statkiem płyniemy godzinę na uroczą wysepkę Coco Loco.

 

Podobnie jak na Maledivach, do hotelu-kurortu należy cała wyspa. Tylko że jest tu dużo piękniej. Kurort składa się z restauracji z biurem oraz wielu wygodnych domków kampingowych, otoczonych gajem wielkich palm kokosowych, a piaszczyste plaże prawie dochodzą do bliskich i przewspaniałych raf koralowych. Niesamowite bogactwo i różnorodność form zupełnie oszałamia. Cała tropikalna fauna morska, z kolorowymi rybami, rozgwiazdami, jeżowcami, ukwiałami, gąbkami, morskimi ogórkami i żywymi koralami, jest blisko – na wyciągnięcie ręki. Kabiny są komfortowe, z łazienkami, ale bez gorącej wody. Żal było stąd wyjeżdżać. Szkoda też, że z powodu braku czasu, nie mogliśmy zobaczyć pięknego zakątka El Nido z wieloma wysepkami i uroczymi zatoczkami, na północy Palawan. Ale stratę tę zmniejszył nam nasz kolega, również zapalony podróżnik i fotograf Janek Kozioł, który w jesieni roku 2010 wybrał się samotnie na wyprawę naszym szlakiem po Filipinach, powiększonej o piękne wyspy północnego Palawanu. I wszystko opowiedział.

 

Pólnocny region Palawanu to setki uroczych i skalistych wysepek, do których poza rejonem El Nido (co oznacza gniazdo ptaków w rodzaju jaskółek, z których dużej ilości słynie) należą też cztery większe: Busuanga, Coron, Culion i Linapacan. Janek przyleciał samolotem z Manili na wyspę Busuanga, skąd jeepney’em przejechał południe Busuangi, katamaranem opłynął Coron, oglądając piękne wysepki o pionowych, ostrych, wapiennych skałach, zwiedził różne wioski wyspy Culion, odwiedzając znajomych z korespondencji oraz popłynął do El Nido przyglądając się połowom wielkich lobsterów. Z El Nido przejechał autobusikiem do Puerto Princesa, skąd również do Sabang i Parku Narodowego podwodnej rzeki. Był zachwycony uroczymi plażami, przyrodą, świetną pogodą i przyjacielskim nastawieniem tubylców. Zrobił też dużo zdjęć, z których kilka tu pokazujemy. A w jesieni 2010 r. $US1 = 44 peso.

 

Wróciliśmy do Puerto Princesa, gdzie już czekał na nas samolot do lloilo, na wyspie Panay – w grupie wysp Visayas. Z Iloilo przejechaliśmy całą wyspę, loco autobusem, aż do Kalibo. Tu przenocowaliśmy w wygodnym hotelu a na drugi dzień ponownie bardzo ozdobionym autobusem dalej, do Caticlan. Tu znajduje się przystań motorówek, zw. outriggers, którymi dopływamy do najpiękniejszej wyspy Filipin – Boracay. Wysepka okazuje się naprawdę piękna. Centralnym kurortem jest White Beach (Biała Plaża). Tutejsza długa plaża z jasnym piaskiem okolona jest palmami kokosowymi, z boku grupa skałek i w pobliżu rafy koralowe. Wzdłuż piaszczystej, palmowej alejki przyplażowej całe mnóstwo hoteli i pensjonatów oraz straganów sprzedawców pamiątek, raf i muszli. Wybieramy ładny, drewniany hotel Orchids.

 

Zażywamy wspaniałej kąpieli, snorkelingu, spacerów, pływamy żaglówką a kolejnego dnia jedziemy trój-cyklem na odległą plażę Puka, sławną z endemicznych muszelek Puka. Po parodniowym odpoczynku w tym filipińskim raju wracamy do Caticlan na wyspie Panay, skąd płyniemy wielką łodzią motorową na skróty przez cieśninę Tablas, na wyspę Mindoro, do Roxas.

 

Z Roxas ozdobnym minibusem do Calapan, na nocleg w hotelu Ma-Yi. Rano jedziemy dalej do Puerto Galera. Po drodze zwiedzamy położoną wśród tropikalnej dżungli wioskę prymitywnego szczepu Mangyan. Z Puerto Galera jedziemy jeepney’em ok. 30 km do Talipanan, innej wioski Mangyan’ów, w górzystej dżungli. Mieszkają w bardzo prymitywnych chatach na stokach przydrożnych górskich zboczy a trudnią się przede wszystkim pięknymi wyrobami z bambusa i wikliny (talerze, miski, wazy, kapelusze). W drodze powrotnej do Puerto Galera odwiedzamy plażę White Beach.

 

Ładna, szeroka, parę chatek przyplażowych, otoczona palmami, ale zupełnie opustoszała. Z Puerto Galera płyniemy motorówką do kurortu z plażą Big La Laguna i po znalezieniu całkiem przyjemnego i niedrogiego hotelu Cotoquis od razu rzucamy się ze snorkelingiem do czystej i ciepłej wody zatoki i zaczynamy oglądanie słynnej rafy koralowej. W 1974 r. ONZ wzięła je pod swoją opiekę jako Centrum Międzynarodowego Programu Biosfery. Rafy te tworzą wielkie i zróżnicowane kolonie z ogromną ilością egzotycznych kolorowych ryb i różnego rodzaju fauny morskiej. Zachwyceni pływamy w maskach wiele godzin aż do wieczora, zapominając o posiłkach i całym świecie.

 

Na wyspę Mindanao nie udało się nam dolecieć z powodu działań terrorystów muzułmańskich. Muzułmanie to około 5% całej ludności Filipin. Właśnie na południu Mindanao mieszka ich najwięcej. Ogromna większość całych Filipin to chrześcianie. Jest ich aż 90%, z tego około 80% katolików. Jednak wyznawanie wiary katolickiej jest tak silne, że dochodzi do fanatyzmu religijnego. Dowodem są różne procesje i święta, w czasie których dochodzi do samookaleczeń i w ramach pokuty do własnych morderczych tortur. Często pokazywane są one przez międzynarodowe dzienniki TV.

 

Popłynęliśmy więc dużym promem przez cieśninę Verde Island Passage do Batangas na Luzonie. Dalej autobusem dojechaliśmy do Santa Cruz, a po noclegu w hotelu Asia Travel, rano, jeepney’em do Pagsanian River. Jest to jedna z największych atrakcji Filipin. Wynajętą barką-kajakiem płyniemy w górę górskiej rzeki, głębokim kanionem z wysokimi wodospadami. Droga powrotna to zjazd pomiędzy głazami z zawrotną szybkością i skoki na skalnych progach. Byliśmy kompletnie zmoczeni. W kanionie tym kręcono końcowe sceny filmu Coppoli z wojny wietnamskiej „Apokalipse Now”. Po wysuszeniu wracamy autobusem do Manilii, skąd samolotem do Hong Kongu.

 

Dwa tygodnie podróżowania po Filipinach to o wiele za mało. Musimy tu koniecznie powrócić.

 

Tekst: Jerzy Skwarek

Zdjęcia: Jerzy Skwarek i Jan Kozioł

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*