Między niebem a ziemią

– czyli o Gujanie słów kilka

(Część I)


Co? Gujana? Gdzie to jest? W Afryce? Na końcu świata? Takie i podobne pytania padały od moich rozmówców i znajomych. Kto jednak lubił geografię, wiedział, że jest to kraina leżąca na północno-wschodnim krańcu Ameryki Południowej, mało znana i rzadko odwiedzana z wielu różnych powodów. Jej południowa część to ogromna Wyżyna Gujańska o powierzchni 1.2 miliona kilometrów kwadratowych, obejmująca też południową Wenezuelę i północno-wschodnią Brazylię. Wyżyna ta, wypiętrzona do ponad 2000 m. npm. zbudowana jest z krystalicznych, zmetamorfizowanych skał prekambryjskich, w niektórych miejscach pokrytych piaskowcami z mezozoiku i podcięta stromymi ścianami, niedostępnymi przez wiele stuleci.

 

Na jej płaskiej powierzchni pokrytej tropikalną dżunglą, czyli pierwotnym lasem deszczowym, znajdują się jeszcze wyższe górskie ostańce, też płaskie na szczycie, zwane tu tepui. W Gujanie najwyższy to graniczny szczyt Roraima o wysokości 2772 m., a po stronie Wenezueli Pico da Neblina – 3014 m. Z Wyżyny Gujańskiej spadają spektakularne i najwyższe wodospady świata. Po stronie Wenezueli to Angel Fall o wysokości 1045 m., po stronie Gujany to prawie nieznany (o wysokości 251 m) wodospad Kaieteur, o najwyższym na świecie pojedyńczym spadku wody 741 stóp, czyli 226 m. W ciągu 1 sekundy spada tam 45 000 galonów wody. To właśnie ta Wyżyna zainspirowała znanego pisarza Conan Doyle’a do napisania sławnej, fantastycznej książki „Zaginiony świat”, o tym, że przeżyły tam od pradawnych czasów mezozoicznej jury – wielkie dinozaury.

 

Tereny te zamieszkiwali pierwotnie Indianie amerykańscy, kulturowo powiązani z wyspami Zachodnich Indii, czyli Wyspami Karaibskimi – Arawakowie, Caribowie, Patamona, Wapisianas czy Macushis, których małe osiedla pozostały do dzisiaj w tzw. interiorze, inaczej w głębi kraju i dżungli.

 

Pierwsi biali, już pod koniec XVI wieku, byli tu Hiszpanie. W XVII w. cały teren opanowali Holendrzy, jednocześnie budując sławny „morski mur” i osuszając duże połacie ziemi. Potem cały region zawojowali Anglicy, a na wschodniej części osiedlili się Francuzi. Po wielu sporach i potyczkach w 1667 r. podpisano traktat w Breda, że Anglicy odstępują Holandii obszar środkowy, na wschód od rzeki Corentyne aż do rzeki Marowijne (Maroni), po której wschodniej stronie Francja otrzymała swoje terytorium do graniczącej z Brazylią rzeki Oyapok. W ten sposób powstały trzy Gujany: Gujana Brytyjska, Gujana Holenderska i Gujana Francuska.

 

Gujana Brytyjska wywalczyła niepodległość w 1966 r., a w 1970 została republiką, stając się trzecim najmniejszym państwem Ameryki Południowej po Surinamie i Urugwaju i jedynym z językiem angielskim, ze stolicą, największym miastem i portem – Georgetown. Gujana Holenderska, będąca od 1815 kolonią holenderską, uzyskała niepodległość w 1975 r. i przyjęła nazwę Surinam, ale utrzymała język holenderski. Stolicą zostało miasto .

 

Natomiast Gujana Francuska pozostała dalej zamorskim terytorium Francji, tworząc tu, a dokładnie na położonych niedalego brzegów Wyspach Zbawienia, najcięższe więzienie karne dla swoich kryminalistów i zbrodniarzy, w latach od 1852 do 1939. Największą złą sławą cieszyła się Diabelska Wyspa, wspaniale opisana i pokazana w filmie „Papillon” ze Steve Mc Queenem i Dustin Hoffmanem. W 1964 r. Francja pobudowała tu obok miejscowości Kourou swoje Centrum Kosmiczne z wyrzutniami rakiet i Muzeum Kosmosu. Stolica to Cayenne.

 

Moje zainteresowanie Gujaną zaczęło się właściwie już w latach dziecięcych, kiedy jako młody chłopak otrzymałem od rodziny w prezencie trzy serie znaczków pocztowych z bardzo egzotycznych krajów. Była tam seria z Polinezji Francuskiej, z Kolonii Francuskich w Afryce i z Gujany z dzikim indianinem napinającym wielki łuk. Tak bardzo spodobały mi się te znaczki, że zacząłem je zbierać i zbieram przez całe życie. Jednocześnie spowodowało to silne zainteresowanie geografią, dalekimi krajami, podróżami do nieznanych zakątków ziemi i różnego rodzaju zbieractwem – jako hobby – monet, plakatów, nalepek hotelowych, zapałek, map, broszurek turystycznych, odznak turystycznych pamiątkowych z odwiedzanych miejsc i tych ciężko zdobywanych na rajdach turystycznych.

 

Oczywiście w tamtych powojennych czasach podróżować można było tylko „palcem po mapie”, co też fanatycznie robiłem. W czasie „nakazu pracy” po zakończeniu zakopiańskiej budowlanki podróżowałem więc intensywnie i pieszo po całej Polsce na wielu turystycznych rajdach. Kiedy wreszcie otworzyły się granice na tzw. „demo-ludy”, skończyłem roczny kurs kierowników wycieczek zagranicznych na WSE w Katowicach, zdałem egzaminy z trzech języków i prowadziłem wiele wycieczek do tych zaprzyjaźnionych z nami krajów. Również ich grupy po naszej Polsce. Kiedy się jednak nadarzyła okazja, wyemigrowałem do USA, aby móc prowadzić wycieczki po Ameryce i po całym świecie. Przez ponad 40 lat podróżowania po różnych krajach świata, w tym wiele razy po Ameryce Południowej, nigdy nie udało mi się wstąpić do żadnej z trzech Gujan. Miałem więc silną motywację, aby wreszcie tam pojechać. Znalazło się parę osób chętnych na taką wyprawę, z Chicago i z Nowego Jorku, zrobiłem program, rezerwacje na przeloty i… polecieliśmy.

 

Po dwóch przesiadkach, w Miami i w Port of Spain, na Trinidad, wygodnym i dbającym o żołądki swoich pasażerów samolotem linii Caribbean, dolecieliśmy późnym wieczorem na międzynarodowe lotnisko Cheddi Jagan w stolicy Gujany – Georgetown. Usytuowane jest ono daleko za miastem, aż 40 km, czyli 25 mil, a nazwane imieniem byłego, lewicowego i nieżyjącego już prezydenta republiki. Najwygodniej i najszybciej można się stąd dostać do hotelu taksówką, które biorą znormalizowaną opłatę 25$US. Wymieniamy trochę naszych dolarów na dolary gujańskie, przy dość dobrym przeliczeniu za 1 $US otrzymuje się 200$G.

 

Ponieważ prawie we wszystkich hotelach płaci się w $US, wybieramy skromny hotel Rima, ale za to położony w centrum. Już z góry przygotowani byliśmy na komary i na konieczność zażywania leków przeciwko malarii. Było gorąco i dużo wilgoci, bo klimat równikowy i kończyła się pora deszczowa. Ale brak gorącej wody w prysznicach trochę nam przeszkadzał. Pomimo że ta zimna była w miarę letnia, nie tak zimna jak u nas. Nad każdym łóżkiem wisiała moskitiera w obronie przed komarami, pomimo to niektórzy byli mocno pocięci i z piekącymi burchlami. Poszły w ruch przywiezione spray’e na komary, nie zawsze jednak pomagały.

 

Rano zasmuciła nas wielka ulewa, ale kiedy po paru godzinach zmieniła się w ciepły deszczyk, trzeba było pod ochroną naszych peleryn (jeden z naszych turystów miał parasolkę, zresztą na tym wygrał, ale nazwaliśmy go „parasolnik”) ruszyć po pierwsze informacje i zbadanie okolicy. Wszyscy rozeszli się po ulicach, aby odnaleźć jakieś biuro informacji turystycznej, ale nikt o takim nie słyszał. Po południu nagle skończył się deszcz i od razu przy palącym słońcu nastąpił upał. Po długim kluczeniu bocznymi ulicami udało mi się odnaleźć na Waterloo Str. Tourism and Hospitality Association of Guyana. Miła ciemnoskóra pani, pomimo zdziwienia, przyjęła mnie grzecznie, obdarzając wodą, mapą miasta, broszurami i paru cennymi informacjami. W międzyczasie koledzy znaleźli naprzeciwko naszego hotelu biuro podróży Dagron Tours, które było w stanie załatwić nam wycieczkę nad wymarzony wodospad. Już przed wyjazdem wiedzieliśmy, że cena za tę wyprawę, będącą kwintesencją naszego tam wyjazdu – i która jest jednocześnie główną atrakcją Gujany, na której bogacą się lokalne biura podróży – w głąb interioru, będzie wysoka. Wszyscy turyści mają do wyboru tylko dwie opcje. Albo bardzo drogi, parogodzinny przelot samolotem za 250$US, albo jeszcze droższy, 5-dniowy dojazd lądem za 500$US! W Dagron Tours wynegocjowaliśmy zniżkę 50$, rezygnując z wliczonego w cenę lunchu. W Georgetown taksówki są bardzo tanie. Bez względu na ilość jadących ludzi, za jeden przejazd po mieście, płaci się 400$G, czyli 2$US. Toteż często korzystaliśmy z ich usług, oszczędzając czas i siły.

 

Odnaleźliśmy ambasadę Surinamu, dowiadując się o warunkach otrzymania wizy. Jeszcze w Chicago dzwoniłem do ambasady Surinamu w Washington DC, informując się, że tranzytowa wiza na 3 dni kosztuje 45 $US. Ktoś w internecie znalazł nawet, że można kupić przepustkę turystyczną jeszcze taniej. Tam na miejscu, jednocześnie z informacją, otrzymaliśmy broszurki o Surinamie i z wielkim zdziwieniem i z zaintrygowaniem zobaczyliśmy kupon zniżkowy na hotel o czysto polskiej nazwie: „Krasnopolski”! Zdjęcia do wiz mieliśmy już z góry przygotowane, pozostało tylko wypełnić aplikacje i uiścić opłatę, rano w poniedziałek, po naszej niedzielnej samolotowej wyprawie nad wodospad.

 

Wygodny, klimatyzowany van z biura podróży Dagron zabrał nas dzień wcześniej na ciekawą wycieczkę do portu w Parika, nad największą rzeką Gujany – Essequibo, z zamiarem odbycia małego rejsu statkiem do interesującego miasteczka Bartica. Jest tam kilka godnych zobaczenia budynków oraz jedyny w Gujanie ładny klasztor benedyktynów. Obok miasta znajdują się kopalnie złota i diamentów, niestety zamknięte dla turystów. Tuż za miastem wjechaliśmy na najdłuższy na świecie most pontonowy, długości 6,074 stóp, czyli 1.25 mil, na rzece Demerara. W porcie Pariki okazało się jednak, że z jakichś powodów ani statek, ani wodne taxi dzisiaj nie odpłynie. Wybraliśmy się wobec tego na małą przejażdżkę naszym vanem do kolejnego portu, ale też bezskutecznie. Nic nie płynęło w tamtym kierunku. Zawróciliśmy więc do domu, oglądając po drodze wiele ładnych willi i budynków oraz kilka hinduskich świątyń. Okazało się, że w Gujanie jest najwięcej Hindusów. Prawie 50%. Murzynów jest ok. 30% (chociaż na ulicach spotyka się ich najwięcej), Mulatów ok. 10%, Indian 5%, Chińczyków i Europejczyków po 2%.

 

Po drodze zatrzymujemy się w Kastew, na zachodnim brzegu trzeciej największej rzeki Gujany Demerara (po Essequibo i drugiej Berbice), aby zwiedzić Guyana Heritage Museum. Jest tam wspaniała kolekcja historycznych sprzętów, artyfaktów, książek, wyrobów szklanych i ceramicznych, monet, banknotów, znaczków (w tym jeden z najdroższych na świecie z Gujany Brytyjskiej) oraz wysoka wieża z widokiem na całą rozległą okolicę. Zatrzymujemy się też przy sławnym „sea-wall”, czyli morskim murze ochronnym, pomiędzy Oceanem Atlantyckim a leżącą w 1.5 metrowej depresji nizinie nadmorskiej z licznymi miejscowościami i stolicą Georgetown. Właściwie jest to niewysoki – bo od 1 do 1.5 m wysokości murek przy samej krawędzi oceanu, ale długości kilkaset km. Od brzegów i ujścia rzeki Demerara aż gdzieś do Surinamu. Zbudowany w dawnych latach przez Holendrów przy pomocy systemu kanałów i pomp, dzięki czemu uzyskano dodatkowe obszary ziemi pod uprawę i budowę. Dlatego też nie ma tu żadnych nadmorskich plaż a i woda jest jakaś brudno-brunatna.

 

Tekst i zdjęcia:

Jerzy Skwarek

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*