Między niebem a ziemią – Surinam cz. III

Po drodze czekała nas jeszcze przeprawa promem przez równie szeroką, graniczną rzekę Corentyne i wczesnym popołudniem wysiedliśmy prosto pod luksusowym hotelem „Krasnopolski”. Cena ich pokoi z pełnym wyposażeniem i luksusem była dużo wyższa, ale za to z wliczonym super bufetem na śniadanie. Okazało się, że polska rodzina hrabiów Krasnopolskich pierwszy swój hotel postawiła w Amsterdamie, a drugi w w Gujanie Holenderskiej. Potem został sprzedany, a obecnie jego właścielem jest jakiś kościół zakonnny w Niemczech. Jest tu również hotel Mariott oraz parę kasyn z hotelami, stary Fort Zelandia nad rzeką Surinam z jej pięknym, wysokim mostem, ładny park Palmentuin z gajem palmowym i pomnikiem tragicznie zmarłego chłopca, pałac prezydencki, gmach Parlamentu i ciekawe Muzeum Numizmatyczne.

 

Z zainteresowaniem odwiedziliśmy ładną katedrę katolicką Św. Piotra i Pawła, ze wspaniałym z drewnianej okładziny sufitem, oraz oryginalny 6-boczny kościół Refomatorów z 1814 r. i odbudowany po spaleniu w 1835. Wymieniamy trochę dolarów, otrzymując za 1$US po 3.25$ surinamskich.

 

Wcześnie rano przechodzimy na stację miniautobusów i za bardzo tanią opłatą wleczemy się autobusem do Albina nad rzeką Marowijne graniczącą z Gujaną Francuską, najgorszą drogą, jaką można sobie wyobrazić. Widać, że droga jest w budowie, ale asfaltowanej było tylko kilka mil. Reszta to błoto, dziury, koleiny, wykopki i kamienie. Pomimo że jechał bardzo wolno, to i tak podziwialiśmy, że się nie rozleciał. Na końcowym przystanku w Albina czarni tubylcy – w większości kobiety z dziećmi – wrzucali dzieci i tobołki przez okna, aby zająć sobie siedzące miejsca. Aż trudno było wyjść i przepchać się przez atakujący tłum. Musieliśmy stąd iść około 1 km do punktu granicznego po wyjazdowe pieczątki w paszportach i natychmist zostaliśmy osaczeni przez młodych żeglarzy – jak przez sforę psów – naciągających nas agresywnie na przejazd swoimi długimi łódkami na francuski brzeg.

 

Byliśmy tu jedynymi turystami. Dwóch z nich nie odstąpiło nas do końca i przy oficerze imigracyjnym uzgodniliśmy cenę na 15 surinamskich $ od osoby. Kiedy byliśmy na środku rzeki zaczęli krzyczeć, że musimy im zapłacić po 50$ US od osoby. Kiedy się nie zgodziliśmy, wywieźli nas daleko za miasto na dzikie wybrzeże, kategorycznie żądając tej absurdalnie wygórowanej stawki. Ponieważ ja trzymałem banknoty, chcąc i tak dać im z napiwkiem po 25 sur. $ od osoby, obstąpili mnie, a innym udało się wydostać wołając policję, której tam nie było „nawet na lekarstwo”. Krzyczeli, grozili, że mnie żywego nie wypuszczą, w końcu i ja, zamiast się przestraszyć, zacząłem krzyczeć, że nie nosimy takiej gotówki ze sobą, że wszystko płacimy kartami kredytowymi. Czekałem tylko, czy nie zechcą spełnić swej groźby. Na pewno nie miałem szans, ale łatwo by im nie poszło. Bałem się tylko, żeby mnie nie obrabowali z aparatów. Wreszcie po 15 minutach kłótni i skakaniu sobie do gardła dali za wygraną, wyrwali w złości przygotowane dla nich „surinamy”, wskoczyli w łódkę i odpłynęli. Odetchnąłem z ulgą, bo gdyby mnie pobili, na pewno by znaleźli schowaną gotówkę.

 

Dogoniłem „uciekinierów” i już razem w potwornym upale zaczęliśmy wędrówkę do miasta St. Laurent Du Maroni, już na terytorium Francji. Po jakimś czasie i przy zaschniętych gardłach spotkaliśmy budkę z napojami. Już wszystko było w euro, czyli 1E za małą buteleczkę Coca Coli lub wody. Piliśmy spragnieni bez względu na cenę, kiedy podjechała po napoje Dobra Kobieta. Po usłyszeniu naszej historii wpakowała nas wszystkich do swego auta, mówiąc, że przecież do przystani i autobusów jest jeszcze daleko. W przystani podbiliśmy pieczątki wjazdowe, oficer pokiwał głową ze zrozumieniem, że to się czasem zdarza (mówił po angielsku) i to wszystko. Dobra Kobieta słysząc, że kierowca minivana nie chce dolarów tylko euro, zabrała mnie znowu autem – cały czas jadąc z dzieckiem i mężem z przodu – do dwóch banków. Jeden nie wymieniał, drugi był zamknięty. Po powrocie na przystań zostawiła męża z dzieckiem w aucie, a sama poszła szukać „cinkciarza”, który by nam zmienił dolary na euro. Po kursie dobrym dla niego, ale nie było wyjścia. Nasza Dobra Kobieta nie chciała żadnego wynagrodzenia, daliśmy jej wobec tego na pamiątkę pozłacane prezydenckie dolarówki.

 

Musieliśmy jeszcze zdążyć tego dnia, wg. naszego programu, na nocleg do miejscowości Kourou (czyt. Ku-ru), położonego prawie w połowie wybrzeża Gujany Francuskiej. Drogi były tu w dużo lepszym stanie, asfaltowe, więc kierowca pędził, ile było można. Pod hotelem Ballahou byliśmy już przed 5 po poł. i zdążyliśmy przed zamknięciem recepcji. Nieczęsto się zdarza, aby nawet małe hotele zamykali tak wcześnie. Widocznie mało mieli wieczornych klientów. Kourou to miasto wypadowe na odległe od wybrzeża o 15 km Wyspy Zbawienia. Musieliśmy być rano w porcie, bo obecnie odpływa tam tylko jeden Katamaran. Ceny od spodziewanych są prawie podwójne, bo wszystko płaci się w euro. Port znajduje się przy Placu Białoruskim, pasażerów nazbierało się około 20 osób, a płynęliśmy przy słonecznej pogodzie i lekko sfalowanym oceanie, mniej niż półtorej godziny. Są tam 3 wyspy, na których istniało wspomniane już francuskie więzienie: Royal – gdzie znajduje się mała przystań, Św. Józefa z ruinami zabudowań pracowników i strażników oraz sławna Wyspa Diabelska dla skazańców.

 

Całe zarośnięte są lasem palmowym z poprzeplatanymi egzotycznymi drzewami i krzakami. Na szczycie wzgórza wyspy Royal było małe muzeum historii wysp oraz nowy budynek restauracji z hotelem i kwiecistym ogrodem. Wyspa Diabelska – bez możliwości dostania się na nią – była dobrze widoczna z góry. W lesie przy podejściu były nawet ładne małpki kapucynki, do oglądania ruiny więziennych baraków i wszystko byłoby ładnie i przyjemnie, gdyby nie kazano nam czekać na powrót aż 6 godzin.

 

Zupełnie niepotrzebnie, bo na obejście całej wyspy, posiłek i odpoczynek wystarczyłyby trzy godziny. W ramach extra atrakcji mieliśmy 15-minutową ulewę tropikalną, potem znowu gorące słońce. Dzięki temu przydługiemu czekaniu, nie mieliśmy już szansy na odwiedzenie istniejącego w Kourou Muzeum Kosmosu z wyrzutniami. Za to po powrocie na ląd stały i dzięki namowom „zasobnego” uczestnika, taksówką dojechaliśmy na nocleg do stolicy Cayenne, pod „nasz z programu” a nieistniejący już hotel. W drobnym deszczyku dobrnęliśmy do innego, Kat Mai, gdzie od razu w recepcji zamówiliśmy „zbiorowe taxi” na powrót do St. Laurent du Maroni. Mieliśmy nadzieję, że wrócimy do Georgetown – skąd były wystawione nasze powrotne do USA bilety – małym, lokalnym samolotem, lecz w Cayenne okazało się, że latają teraz tylko w niedzielę. Powrót drogą lądową zabierał nam całe dwa dni, zmuszeni więc byliśmy wracać już na drugi dzień.

 

Recepcjonistkę firma poinformowała, a ona nas, że koszt dojazdu do granicznej rzeki w St. Laurent będzie wynosił 40 E od osoby. Zgodziliśmy się i potwierdzili, ustalając poranną godzinę wyjazdu, potem jeszcze raz upewniłem się o tym późnym wieczorem, ponownie dzwoniąc do firmy. Rano jeszcze raz spytałem o stawkę i docelowość naszego wyjazdu kierowcę, który bąknął OK, zapakował nasze bagaże i pojechaliśmy.

 

W połowie trasy zmieniono nam vana pobierając połowę czyli po 20 E. W międzyczasie, rozmawiając z pasażerkami Murzynkami, upewniliśmy się ponownie, że cena naszego przejazdu wynosi faktycznie dla wszystkich po 40 E. Resztę mieliśmy zapłacić drugiemu kierowcy. Niedaleko przed St. Laurent zatrzymał się, pobrał od wszystkich po 20 E, a potem zażądał od nas po extra 50 E od osoby. Po kłótni i sprzeczkach zawiózł nas do swojego szefa firmy Titre de Transport TIG (mieliśmy swoje bilety), który zagroził, że nas tu na odludziu, parę km przed granicą, zostawi. Zmuszeni więc byliśmy grzecznie negocjować, bo się nam przecież spieszyło do Georgetown, prosić o zniżkę i po zapłaceniu extra po 20E od osoby, odstawił nas innym autem do granicy. Ponieważ spóźniliśmy się grubo na prom, musieliśmy jeszcze raz skorzystać z długich łódek na rzece Maroni, ale tym razem grzecznie pobrali umówioną i przyzwoitą opłatę, a w Albina prawie, że na nas tylko czekał minivan, który zawiózł nas prosto pod tani hotel Albergo Alberga w Rano, też bez problemów vanem do popołudniowego promu na rzece Corentyne, a potem reszta drogi przeszła już planowo i spokojnie. Co prawda na tym ostatnim odcinku drogi mieliśmy jeszcze małe, dodatkowe atrakcje. Najpierw wychodziły na szosę psy, potem kozy, osły, muły, owce-samobójczynie, wreszcie całe stada krów-samobójczyń, łażących środkiem drogi prosto pod pędzące auta. Na brzegu leżały już dwie zabite. Nie zawsze udawało się kierowcom zręcznie je ominąć. Nasz jechał ostrożnie ale i tak nie uniknął rąbnięcia w stadko owiec idących prosto pod nasze koła. Był też na tyle uprzejmy, że zatrzymał się przy przydrożnym stoisku z olbrzymimi rybami, oraz przy sprzedawcach ładnych, biednych iguan.

 

Po krótkim noclegu już o 2 w nocy musieliśmy jechać – jak wszyscy – taxi na lotniskom na bardzo wczesny lot do Port of Spain na Trinidadzie. Departure Tax wynosił 4000G$ lub 21$US, a po godzinnym, spokojnym locie, wylądowaliśmy na nowoczesnym lotnisku Piarco, na karaibskiej wyspie Trinidad. Ale o tym będzie osobny reportaż.

 

Ps. Zapraszamy na wystawę fotografii dookoła świata Jerzego Skwarka w Biurze Podróży „Interlot”, 6027 W. Belmont Ave. Chicago IL 60634, tel. (773) 622-0006.

 

Tekst i zdjęcia:

Jerzy Skwarek

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*