Karaibski Trynidad

Część IV

Wybraliśmy Trynidad tylko dlatego, że nikt z nas tu jeszcze nie był i dlatego, że i tak i tak mieliśmy tu w drodze do Gujany, przesiadkę i tzw. stop-over. Z tą tylko różnicą, że w czasie przesiadki lecąc do Gujany, musieliśmy siedzieć na lotnisku, bez możliwości wyjścia na zewnątrz, a w drodze powrotnej zmieniliśmy bilety na kilkudniowy pobyt na wyspie Trynidad, wypełniejąc tylko lotniskowe karty pobytowe. Wizy nie były potrzebne. Nowoczesne i duże lotnisko Piarco, podobnie jak w Georgetown, położone jest 40 km od miasta. Z tą jednak różnicą, że poza zawsze obecnymi jak na każdym lotnisku taksówkami, są tu również duże i luksusowe autobusy. W Georgetown, w nocy i przy odlocie, „lało jak z cebra”, tu na Trynidadzie piękna, słoneczna pogoda. Na lotnisku wymieniamy trochę naszych amerykańskich dolarów po oficjalnym kursie, za 1 $US otrzymując 6$ trynidadzkich $T&T.

 

W informacji lotniska uprzejmie nas obsługują, telefonicznie sprawdzają naszą rezerwację pokojów w hotelu, dają nam mapkę miasta, objaśniają jak się tam dostać i życzą miłego pobytu. Kupujemy więc w biurze bilety na ten luksusowy autobus publicznego transportu, bardzo tanie, bo po 4 $T&T na osobę (czyli po 67 naszych centów). Kierowca grzecznie pakuje do schowka nasze bagaże, a my dosyć zdziwieni wsiadamy do prawie pustego, klimatyzowanego i bardzo wygodnego autokaru. Po godzinie jazdy – ruch jest również lewostronny – wysiadamy w centrum Port of Spain, stolicy wyspy Trynidad, na końcowym przystanku Terminus/City Gate. I tu zaczynają się „schody”. Do naszego hotelu nie ma autobusów, a taksówkę można znaleźć tylko na oficjalnym postoju. Trzeba dojść do niego pieszo około dwa długie bloki. Jest bardzo gorąco, a my z pełnym bagażem i mapą w ręku. Kierowcy natychmist rozpoznają takich „świeżo przyjezdnych” i agresywnie, co chwila zaczepiają, oferując podwiezienie do hotelu za „tylko100$”! Natomiast po dojściu do postoju, jeden z taksówkarzy zaoferował nam – zdawałoby się, że to dobra cena – przejazd do hotelu za 60 $T&T. Po dojeździe do hotelu Par-May-La’s i zarejestrowaniu się, recepcjonistka złapała się za głowę, zdziwiona, mówiąc, że tu w mieście stawka za każdy przejazd taksówką kosztuje tylko 4 $T&T. I takie były faktycznie ceny, bo później korzystaliśmy z taksówek kilkakrotnie. Były one jeszcze tańsze niż w Georgetown. Zdążyliśmy jeszcze na wliczone w cenę pokoju śniadanie, a w czasie krótkiego odpoczynku przypominaliśmy sobie historię tego wyspiarskiego państewka o nazwie Trynidad i Tobago.

 

Po odkryciu przez Krzysztofa Kolumba w 1498 roku, już od 1532 r. wyspa Trynidad była w posiadaniu Hiszpanów prawie do końca XVIII w. Dużo mniejsza wyspa Tobago leżąca na północ od Trynidadu, od 1781 była w tym czasie kolonią francuską, aż do roku 1802, kiedy obie przeszły pod panowanie brytyjskie jako protektorat, a od 1888 roku stając się kolonią brytyjską. W 1946 r. obie wyspy otrzymały poszerzoną autonomię, a od roku 1958 do 1962 wchodziły w skład Brytyjskiej Federacji Indii Zachodnich. W tym to roku uzyskały niepodległość, a w 1976 stały się republiką i państwem, członkiem brytyjskiej Wspólnoty Narodów o nazwie Trynidad i Tobago. Mają obecnie około 1 i pół miliona mieszkańców, z czego 66% mieszka w stolicy Port of Spain i trzech dużo mniejszych miastach. Mając jednak powierzchnię trochę ponad 5000 km kwadratowych, należy do jednych z największych państw-wysp Małych Antyli, a leży na południowo-wschodnim krańcu Wysp Karaibskich, blisko Wenezueli. Zamieszkałe są w większości przez Murzynów i Hindusów, których jest po ok. 40%, Mulatów ok. 18%, a białych tylko około 2%. Główny przemysł to wydobywanie ropy naftowej wraz z jej przetwórstwem, gazu ziemnego, boksytu i asfaltu, oraz uprawy trzciny cukrowej, kakao, kawy, bananów, ananasów, papai i palm kokosowych. Obecnie duży dochód przynosi również turystyka.

 

Państwo to ma też kilku swoich bohaterów narodowych, o których my często nie pamiętamy. Należą do nich przede wszystkim olimpijscy medaliści, tacy jak: Ato Boldon (srebro i brąz na 100m i 200m w 1996 i 2000), George Bowel III (brąz w pływaniu na 200m w 2004), Hasely Crawford (złoto na 100m w 1976), Lennox Kilgour (brąz w podnoszeniu ciężarów w 1952), Richard Thompson (srebro na 100m i 4x100m w 2008) i Rodney Wilkes (srebro w podnoszeniu w 1948 i brąz w 1952). Stąd też pochodzą dwie Miss Universum: Janell P. Commissiong z 1977r. i Wendy Fitzwilliam z 1998r., oraz jedna Miss Świata: Giselle La Ronde-West z 1986 roku. Do tych bohaterów należy też wielokrotny rekordzista i mistrz świata w krykiecie Brian Charles Lara, noblista VS Naipaul (w literaturze, w 2000r.), oraz kilku złotych i srebrnych medalistów Mistrzostw Świata w Lekkoatletyce.

 

Pieszo ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Na skróty po Maraval doszliśmy do jednej z głównych ulic, do Tragarete Road i od razu trafiliśmy na szkołę sławnych stalowych bębnów. Właśnie ćwiczyli do mającego się odbyć za tydzień karnawału. Dźwięki wygrywanej muzyki na tych stalowych beczkach robiły nadzwyczajne i zachwycające wrażenie. Dużo nagraliśmy jej na taśmie wideo. Orkiestry tego rodzaju można często oglądać i słuchać w Disneyworld na Florydzie. Wiemy też o tym, że karnawał na wyspach Trynidad i Tobago jest drugim największym karnawałem po Rio de Janeiro w Brazylii. Kiedyś był nim karnawał w Hawanie na Kubie. Na ostatnie 10 dni przed Środą Popielcową zjeżdżają tu turyści z całego świata. Stąd pochodzi muzyka calypso i soka, taniec limbo i sławne orkiestry stalowych beczek.

 

Tuż za dużym, historycznym cmentarzem Lapeyrouse, weszliśmy w Richmond Str. doprowadzającą do centrum, nowoczesnych wieżowców i wybrzeża Zatoki Paria Morza Karaibskiego. Właśnie te wieżowce były dla nas szokującym widokiem. To zupełnie jak super Ameryka! Jak na Karaiby, było to po prostu nie do uwierzenia. Zaczęły się już od poprzecznej London Str., jednak te najwyższe i najpiękniejsze stały przy wybrzeżu i przy South Quay za Aleją Niepodległości. Były to banki, wspaniały strzelisty International Waterfront Center, hotel Hyatt Regency, Twin Towers, czy też błękitny, owalny wieżowiec ze szkła i stali. Po północnej stronie Alei Niepodległości (gdzie właśnie odbywała się wystawa wielkich obrazów lokalnych artystów-malarzy), od Queen Str., zaczynały się typowe dla reszty wysp karaibskich małe uliczki, zapełnione sklepikami, straganami z tropikalnymi owocami, oraz z przeróżnymi artykułami przemysłowymi. W samym centrum, dookoła Woodford Square, stało kilka historycznych budynków: City Hall czyli Ratusz, Hall of Justice – Sąd, Red House – Czerwony Dom starego Parlamentu, Biblioteka Narodowa oraz po południowej stronie piękna Katedra Świętej Trójcy z palmowym parkiem-ogrodem.

 

Wracając na wybrzeże przez niesamowicie zagęszczoną ruchem samochodowym (trzeba bardzo uważać, bo ruch lewostronny) Wrightson Road, doszliśmy do Dworca Wodnego Taxi. To wodne taxi to wielki, osobowy katamaran, pływający kilka razy dziennie na południe do miasta San Fernando. Ale co ciekawsze jest on zupełnie bezpłatny dla lokalnych seniorów po 70. Dla turystów bilet kosztuje 5 $US w obie strony.

 

Ponieważ słoneczna pogoda dopisywała, kolejnego ranka wybraliśmy się na jedną z dwóch najpiękniejszych plaż Trynidad & Tobago – oczywiście wśród wielu innych bardzo ładnych – na Ma ra cas Bay Beach (ta druga to Pigeon Point na Tobago). Jeżdżą tam – poza zbiorowymi taksówkami – również te publiczne, luksusowe autobusy za 4 $T&T, ale tylko 3 razy dziennie. Nie chcieliśmy czekać, więc skorzystaliśmy ze zbiorowego taxi (minibus), który w niecałą godzinę zawiózł nas piękną, górską i wąską drogą przez dżunglę oraz poprzez Północny Grzbiet Górski, bezpośrednio na plażę. Kąpiel w kryształowo czystej i cieplutkiej wodzie, na pięknej ze złotego piasku plaży, ocienionej różnymi palmami, to wyjątkowa przyjemność. Nie obeszło się oczywiście bez pamiątkowych zdjęć i filmu. Powrót do Port of Spain odbył się podobnie, potem szybko pieszo przez centrum miasta, aby zdążyć na ostatni – z zagwarantowanym powrotem – katamaran do San Fernando. Taka przejażdżka po morzu to też przyjemność. Wreszcie nadszedł czas powrotu na Florydę, do USA. Tą samą wygodną i przyjacielską linią Caribbean Airline, która jak się okazało powstała w 2007 roku z byłej British West Indie Airline i stała się narodową linią lotniczą Trynidadu & Tobago. No i nie płaci się tam Departure Taxu. Do zobaczenia może kiedyś na Karnawale.

 

Tekst i zdjęcia:

Jerzy Skwarek

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*