Jan z Kolna

Liczni dziejopisarze polscy i nie tylko, jak Maciejewski, Gowiński, Czarkowski („Wykład Geografji Powszechnej”), Oleszyński, Lelewel, Lupiński, Thaddeus Mosiey („Jan Skolny the PreColumbian Discoverer of America”), Lopez de Gomara („La historia las Indisa y conquista de Mexico”, 1552), Franciszek Belleforest  1570, Cornelius Wytfiet („Descriptionis Ptolemaicae augmentum”  1597), Pontatus  1631, Morisot  1643, George Horn  1671, Coronelli  1691, Charlevoix  1744, Alexander von Humboldt w r. 1837 i inni stwierdzają zgodnie, że na 15 lat przed Kolumbem przybył do Ameryki Polak, nazwiskiem Jan z Kolna. Miał być marynarzem pochodzącym z Mazur, najpierw w służbie u Gdańszczan, później u Duńczyków. I właśnie jako admirał na czele duńskich okrętów przybył do Ameryki, a konkretnie do Labradoru w roku 1477, podczas gdy Kolumb wylądował na wyspach nowego kontynentu dopiero r. 1492.

Scribnerąs History of the United States wyraźnie nazywa Jana z Kolna Polakiem: „John Skolnus or John of Kolno, a Pole, is said to have been on the coast of Labradorin 1477” Scribnerąs History of the U. S., vol. I, p. 139).


Jan z Kolna, po łacinie Skolnus, urodził się w Kolnie na Mazurach około r. 1435. Ojciec Jana był bogatym kupcem w Kolnie. Jego wuj, który był żeglarzem i kupcem w związku hanzeatyckim, opowiadał mu wiele ciekawych rzeczy o swoich przygodach morskich i lądowych. Trudno się zatem dziwić, że młodego Janka zew przygody ciągnął w daleki świat.

Będziesz księdzem  postanowili za niego rodzice. Skoro Jan to usłyszał, uciekł z domu. Przez pewien czas mieszkał w Gdańsku. Udał się także do Krakowa, gdzie przez krótki czas pobierał nauki w Akademii Jagiellońskiej.
Dwa lata po odejściu z domu Jan z Kolna znalazł się w Portugalii, gdzie w Sagras, sławny książę Henryk żeglarz, wybudował szkołę dla żeglarzy. Prawdopodobnie kilka lat później w tej szkole spotkał m.in. Krzysztofa Kolumba.

Wiele wskazuje na to, że Jan pobierał tam nauki i praktykował zdobywając wiedzę i doświadczenie przydatne w późniejszych dalekich podróżach. W roku 1462, znany żeglarz Gomez w swoim raporcie do króla Portugalii zrobił wzmiankę, że w wyprawie do Zielonego Przylądka i w penetracji afrykańskiego wybrzeża w okolicach dzisiejszego Sierra Leone, jednym z członków jego załogi był Jan „Skolnus”, który jako rekrut, właśnie na tej wyprawie zdał egzamin żeglarski, chwalebnie i celująco.

Wyprawa wzdłuż wybrzeży afrykańskich była dla Jana wstępnym krokiem do dalszych podróży morskich. Nasłuchał się o planowanych wyprawach na daleki zachód, do nieznanych wysp na Atlantyku i o poszukiwaniu drogi morskiej do Indii. Jego młodzieńczą wyobraźnię poruszyły czarujące opowiadania o wschodnich wybrzeżach Azji, o cudnej wyspie Cipango (Japonii), o pięknym i żyznym Kataju, jak wówczas nazywano Chiny.

Geografia w XV w. znała tylko trzy części świata Azję, Europę i Afrykę oraz jeden Ocean Atlantycki pomiędzy Azją a Europą i Afryką. W Portugalii głośno mówiło się w tamtych czasach o podróżowaniu do Indii w kierunku zachodnim, bez opływania Afryki, choć trudno było znaleźć śmiałka, który chciałby udowodnić, że jest to możliwe.

W roku 1474 astronom florencki Toscanelli przysłał królowi portugalskiemu Alfonsowi V mapę, na której wschodnie wybrzeża Azji nakreślone były naprzeciw Europy i Afryki, a Atlantyk zajmował między nimi tylko niewielką przestrzeń. Wobec takiego „dowodu” dwóch przodujących uczniów Akademii żeglarskiej, Jan z Kolna, po usilnych staraniach, stanął przed obliczem króla portugalskiego i przedstawił mu plan dostania się do Indii wprost przez Atlantyk, bez opływania Afryki.

Ale król zajęty był właśnie innym planem, mającym na celu zwiększenie rentowności szlaku indyjskiego, który prowadził wokół Afryki i szkoda mu było środków na przedsięwzięcie, w które po prostu nie wierzył. Liczył, że lepiej je spożytkuje inwestując w rozwój szlaku uważanego za pewny.
Wtedy Jan z Kolna postanowił zwrócić się o pomoc do któregoś z królów europejskich.

Napisał list do swego krewnego Jakuba Brzozy, który służył na dworze króla duńskiego Christiana I. Odpowiedź była przychylna i wielce obiecująca. Król duński i jego dwór bardzo interesowali się drogą morską przez Atlantyk do Chin. Znane im były już wyspy: Islandia, Grenlandia i dalsze wybrzeża Hellulandii (Labradoru), Marklandii (Nowej Szkocji) i Winlandii (Nowej Anglii). Te trzy ostatnie ziemie Duńczycy nadal uważali za wyspy, które należało tylko opłynąć, aby dostać się do pięknego i urodzajnego Katanu, którego bogactwa słynny podróżnik Marco Polo opisał w czarujących barwach. Projekt Jana z Kolna przyjęto więc w Danii z entuzjazmem.

żeglarz rozpoczął przygotowania do wyprawy. żonę pozostawił u jej ojca w Hiszpanii i udał się w podróż na północ. Przed spotkaniem z królem Christianem I, postanowił jednak odwiedzić Kraków.
Były to czasy, kiedy w Krakowie żył historyk Jan Długosz, św. Jan Kanty profesor Akademii Jagiellońskiej, Brudzewski nauczyciel Kopernika, rzeźbiarz Wit Stwosz, twórca ołtarza w Kościele Mariackim. Królem polskim był Kazimierz Jagiellończyk (14471492), który Pomorze i Prusy Zachodnie wraz z Gdańskiem i Malborkiem przyłączył do Polski, przez 13 lat prowadząc wojnę z Krzyżakami.
W Krakowie żyli jeszcze kupcy, którzy przed 20 laty prowadzili ożywiony handel z Indiami Wschodnimi, sprzedając z wielkim zyskiem wonne korzenie i inne towary ze Wschodu. Ten zyskowny handel ustał, gdy Turcy w roku 1454 zdobyli Konstantynopol i przez to europejskim kupcom zamknęli drogę do Azji. Poszukiwanie nowej drogi do Indii stało się więc niejako koniecznością.

Gdy Jan z Kolna przybył do Krakowa, spotkał się także z uczonymi, skupionymi przy Akademii Jagiellońskiej. Opowiedział im m.in. o najnowszych ustaleniach zachodnich geografów, mianowicie, że Atlantyk nie jest tak wielki i tak straszny, jak go sobie wyobrażano, że w ciągu 30 lub 40 dni można go przepłynąć i dostać się do Indii, w końcu, że on sam chciał do przedsięwzięcia takiej podróży uzyskać pomoc króla portugalskiego, ale bez rezultatu i że jedzie teraz do króla duńskiego, który mu tę pomoc przyobiecał.
Kupcy krakowscy, słysząc to, nie posiadali się z radości. Dla nich projekt Jana z Kolna był przede wszystkim szansą dla polskiego handlu z Indiami. Zorganizowali mu więc spotkanie z królem Polski, by przedstawił mu swój plan. Uznali, że być może Kazimierz Jagiellończyk, podobnie jak oni, uzna projekt Jana z Kolna za szansę dla Polski.

Król z wielkim zainteresowaniem wysłuchał projektów Jana, ale oświadczył, że na razie nie może go poprzeć finansowo, gdyż skarb królewski jest wyczerpany trzynastoletnią wojną z Krzyżakami.

Jan z Kolna udał się więc do Danii. Tam jednak ambitni panowie, finansowani przez niemieckich bankierów z Norymbergii i Augsburga, chcieli wykorzystać wielkie zdolności Jana z Kolna jako pilota i namawiali go, by w ich interesie przedsięwziął podróż do Indii.

żeglarz wahał się, ale w końcu przeważyły korzyści. Król Chrystian I wystawił Janowi patent nadający mu wielkie przywileje handlowe w razie odkrycia drogi morskiej do Kataju i wschodniej Azji. Upoważnił go także do zakładania kolonii na odkrytych po drodze wyspach. Na wyprawę dał mu cztery karawele, czyli lekkie żaglowce, budowane bez pokładu w środku na sposób portugalski.
W lecie r. 1476, jak twierdzi W. Watson, Jan z Kolna wypłynął z Kopenhagi, wioząc ze sobą swego krewnego Jakuba Brzozę i 180 żeglarzy, przeważnie holenderskich. żeglując w kierunku północnozachodnim, przystanął w Islandii, oczekując tam pomyślnych wiatrów. Stamtąd, według historyka De Costa, popłynął na Grenlandię, gdzie wylądował blisko Julianeshaab. Lecz według polskiego historyka Joachima Lelewela, Jan z Kolna nie przybił do Grenlandii, ale pożeglował wprost na Labrador, chcąc jak najprędzej dostać się do Azji.
Labrador mylnie wówczas uważano za wyspę, zagradzającą drogę do Azji. Jan z Kolna uważał, że opłynąć ją trzeba albo z północy, albo z południa. Ale płynąc na północ, napotkał lodowate morze pokryte krą. Niskie temperatury i choroby wszystkich czterech załóg sprawiły, że musiał się wycofać. Popłynął więc na południe aż do dzisiejszej Nowej Anglii. Ale i tu tej „wyspy” opłynąć nie mógł.
Przy brzegach dzisiejszego Massachusetts, w pobliżu dzisiejszego Bostonu, znalazłszy dogodną przystań, Jan z Kolna kazał przystanąć swoim okrętom i załoga wraz z admirałem wysiadła na ląd.

Okolica była tu piękna, powietrze przyjemne, lasy pełne zwierzyny, rzeki pełne ryb. Spodobała się ta kraina wszystkim. Jan z Kolna tak był nią zachwycony, że postanowił tu założyć stałą kolonię, jako bazę do dalszej podróży na zachód. W tym celu, jako dowódca floty, rozkazał Jakubowi Brzozie, by z dwoma statkami popłynął do Danii po kolonistów.

Brzoza zginął jednak bez śladu na Atlantyku tak, że nikt go ani nikogo z jego ludzi już więcej nie widział.
Tymczasem Jan z Kolna badał nowy ląd i morze, poszukując pilnie drogi wodnej do Azji. Idąc na zachód, w głąb lądu, nie znalazł drugiego brzegu. Wrócił więc na wybrzeże, podniósł kotwicę i popłynął wzdłuż wybrzeży dalej na południe. Widząc zagięcia brzegów i zatoki wrzynające się daleko w głąb lądu, prawdopodobnie dzisiejszą zatokę Chesapeake, już łudził się nadzieją, że uda mu się wreszcie opłynąć tę długą „wyspę”. Niestety, szybko się rozczarował.
Zdając sobie sprawę, że brakuje mu środków na zaangażowanie się w poszukiwanie dalszej drogi, postanowił wrócić na miejsce, z którego wysłał Jakuba Brzozę po kolonistów. Wiedział, że bez założenia stałej kolonii na nowej ziemi nie będzie miał dostatecznego punktu oparcia do dalszych poszukiwań.
Nie mogąc się doczekać powrotu Brzozy, Jan z Kolna z dwoma pozostałymi statkami wybrał się z powrotem do Danii. Na oceanie zaskoczyła ich burza. Sfatygowane długą podróżą statki zaczęły przeciekać. Jeden zatonął wraz z załogą. Drugi, z Janem, gwałtowne wichry zagnały aż na północne wybrzeże Norwegii. Admirał i jego towarzysze byli ledwie żywi.

Historycy podają, że Jan umarł z wycieńczenia, zanim złożył raport ze swojej podróży. Jego półżywi towarzysze opowiadali, że daleko za Grenlandią napotkali długą wyspę, która im zagrodziła drogę do Azji, gdyż nie mogli jej opłynąć ani na północ, ani na południe. Szczegółowych danych nie umieli jednak podać. Ani Indian, ani indyków nie przywieźli. Stąd Bolesław Olszewicz twierdzi, że nie ma dowodów, żeby Jan z Kolna był w Ameryce. I ma rację, bo wobec braku raportu z podróży nie istnieje ani jeden koronny dowód na pobyt Jana z Kolna w Nowym świecie.

Mimo to, wielu poważnych badaczy skłania się do twierdzenia, że Polak znalazł się na stałym lądzie nowego kontynentu na 15 lat przed Krzysztofem Kolumbem. I nie tylko dlatego jego odkrycie było ważniejsze. Wszak Genueńczyk nigdy nie postawił nogi na kontynencie północnoamerykańskim. Czterokrotnie zaś eksplorował wyspy, zwane dziś Karaibami. Dopiero podczas ostatniej wyprawy wylądował na północnych brzegach kontynentu południowoamerykańskiego, na terenach dzisiejszej Wenezueli. Trudno uwierzyć, by na przestrzeni wieków poważni skądinąd badacze wystawiali swoją naukową reputację na szwank tylko dla fantazji, czy pogłosek. Fakt, iż nie istnieje bezpośredni dowód na to, że Jan z Kolna był w Ameryce, nie jest jednak dowodem, że w Ameryce nie był. Kto chce, niech wierzy…
Opracował:
Andrzej Dudziński

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*