Jak rodzina Zelków z Chicago znalazła swoich przodków i bohaterów w Polsce

Kiedy historia staje się żywa? Kiedy suche nazwisko nagle staje się człowiekiem z krwi i kości? Kiedy słowo „emigracja” przestaje być oklepanym hasłem i nabiera głębokiego znaczenia? Kiedy siada przed tobą para Amerykanów, dorosłych wnuków krawca Franciszka Zelka z podtarnowskiej wsi, który 116 lat wcześniej na statku przypłynął do Ameryki, i z niekłamanym wzruszeniem mówi „on jest naszym bohaterem”.

Rich Zelek (z prawej) z córką Robin i Sue Zelek Hedberg z synem Ericem lecą do Polski we wrześniu 2018 r. w poszukiwaniu swoich korzeni
fot. arch. R. Zelka

Jak długo można czekać na odpowiedź na list? Niektórzy, jak Władysława Zelek, czekali ponad 33 lata, a odpowiedź przyszła w najbardziej nieoczekiwanej formie – zapukała do jej drzwi. Jesienią 2018 r. w progu domu w Radlnej w woj. małopolskim pojawili się córka i bratanek „wujka z Ameryki”, do którego Władysława wysłała list jeszcze w latach 80. Dwa dni wcześniej Rich Zelek z chicagowskiego Humboldt Park i jego kuzynka Sue Zelek Hedberg przemierzyli ocean w poszukiwaniu odpowiedzi na temat swoich polskich korzeni i pokrewieństwa z Zelkami z Polski.

Wszystko zaczęło się od tajemniczego listu z Polski, który Richard Zelek, 56-letni dziś konsultant oprogramowania i mieszkaniec Humboldt Park, dostał 34 lata temu. Młody Rich, wówczas student Uniwersytetu De Paul, odkrywszy że list napisany jest w nieznanym dla niego języku polskim, zignorował korespondencję, wrzucił list gdzieś do szuflady i zapomniał o nim na następne… 31 lat, kiedy przypadkowo ponownie go znalazł podczas domowych porządków. Tym razem Zelek wyruszył śladem listu w podróż, która stała się największą przygodą jego życia. List zaprowadził go do wsi pod Tarnowem, polskich korzeni i rodziny, o istnieniu której nie miał nawet pojęcia. I pomyśleć, że list nie był nawet przeznaczony dla niego…

List z Polski, od którego wszystko się zaczęło

„W pierwszych słowach mego listu, pozdrawiam serdecznie…”

Gdy w 2016 roku Rich przeglądał stare pudła z papierami, list ponownie wpadł mu w ręce. Pamięta, że wpatrywał się w niego i nagle doznał olśnienia. – List nie był do mnie, lecz do mojego zmarłego wujka o tym samym imieniu i nazwisku! – wspomina Rich. Dom przy Harding Avenue w Humboldt Park należał kiedyś do ojca, a wcześniej dziadka mężczyzny. Najmłodszy z dziewięciorga dzieci Franka Zelka, Richard Zelek, był aspirującym chicagowskim muzykiem, trębaczem, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Dwa lata po jego śmierci tym samym imieniem nazwano jego bratanka, który urodził się w tym samym dniu co on, 6 stycznia.

Rich pamiętał, że zmarły wujek Richard miał trzy córki. Jednak rodzina od lat nie utrzymywała ze sobą kontaktu. W odszukaniu kuzynek postanowił spróbować szczęścia na Facebooku. 60-letnia Sue Zelek Hedberg, terapeutka zajęciowa, mieszkająca obecnie na Florydzie, nigdy nie zapomni pewnej nocy w lutym 2016 roku, gdy na Messengerze zobaczyła wiadomość od osoby o imieniu swojego dawno nieżyjącego ojca. To był kuzyn Rich z Chicago, o którym słyszała tylko z opowieści, lecz którego zawsze chciała poznać, podobnie jak resztę rodziny ze strony Zelków. – Uznaliśmy, że dawny konflikt rodzinny to nie nasza sprawa i zaczęliśmy po prostu rozmawiać – wspomina Sue. Po przełamaniu pierwszych lodów Rich poruszył sprawę listu.

Rodzina w komplecie! Od lewej: Eric Hedberg, Ryszard Zelek, Sue Zelek Hedberg, Władysława Zelek, Richard Zelek i jego córka Robin
fot.arch. rodz. Zelkow

„już pisałam do Was moi drodzy parę razy, ale odpowiedzi żadnej nie miałam…”

Tajemniczy list sprzed laty połączył obce sobie do tej pory kuzynostwo. Rich wiedział, że jego dziadkowie ze strony ojca byli Polakami. Pamięta, że nieżyjący już dziadek Frank nie mówił po angielsku i… to wszystko. Sue jako dziecko na święta robiła „kolaczki”, a babcia nauczyła ją mówić „dzień dobry”. O swoich korzeniach wiedzieli tylko tyle. Teraz, już jako dojrzali ludzie, którzy wychowali własne dzieci, zapragnęli dowiedzieć się więcej. Odtąd mieli wspólną misję: zbadać, kim jest osoba, która napisała list i co w nim było. Szybko stali się zgranym zespołem. Rich był obeznany technologicznie i miał smykałkę detektywa, Sue była uparta i dociekliwa, i niestrudzona w mrówczej pracy. Łączyło ich jeszcze jedno – tęsknota za kontaktem z zapomnianą rodziną.

Proszę spojrzeć na tych ludzi – poniżani, źle traktowani… Wszystko po to, żeby teraz moje dzieci miały świat u swoich stóp.

Wstępne tłumaczenie listu przyniosło jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi. Jego autorka, Władysława Zelek z Radlnej w woj. małopolskim, w liście wspomina pokrewieństwo z Richardem Zelkiem, pyta o zdrowie krewnych z Ameryki, donosi, że inny krewny w Polsce jest chory i prosi o odpowiedź. Rich, który technologią zajmuje się zawodowo, odnalazł na Google Earth satelitarne zdjęcia adresu nadawcy, który widniał na kopercie. Z podekscytowaniem odkryli, że w liczącej niecałe 700 mieszkańców Radlnej, wsi położonej siedem kilometrów od Tarnowa, pod numerem 69 nadal stoi dom, lecz odpowiedź na pytanie, czy nadal mieszka w nim autorka korespondencji, wymagało nieco więcej trudu.

Sześcioro z dziewięciorga rodzeństwa Zelków, które na początku XIX wieku wyemigrowało do Ameryki, z latami urodzenia; pierwszy na zdjęciu dziadek Richa i Sue, Franciszek (Frank) Zelek

“… może z tego powodu, że się nie znamy, ale jesteśmy bardzo bliską rodziną…”

Rich założył więc na Facebooku grupę Zeleks and Friends, mającą na celu zjednoczyć Zelków z całego świata, a przy okazji być może uzyskać pomoc w rozstrzygnięciu sprawy tajemniczego listu z Polski. Okazało się, że na świecie jest więcej osób o nazwisku Zelek niż sądzili – już po trzech miesiącach grupa liczyła pięciuset członków. Na forum grupy Rich umieszczał ciekawostki dotyczące swojego nazwiska. Kto by pomyślał, że po europejskich morzach pływa statek cargo Zelek Star, że Zelek był jednym z biblijnych rycerzy króla Dawida, a także że istnieje czcionka o nazwie Zelek? Rich zamieścił też w grupie zdjęcie listu i zaapelował o pomoc w rozwiązaniu zagadki.

Pomoc nadeszła i to niezwykle skuteczna. Z Anglii odezwał się Greg Zelek, który powiedział, że wychował się w Radlnej i nadal ma tam rodzinę. Na prośbę mężczyzny jego krewni udali się pod wskazany adres i powrócili z dobrą wiadomością – w domu Radlna 69 nadal mieszka Władysława Zelek, która jest już po osiemdziesiątce. Rich i Sue dostali też numer telefonu. Wiedzieli, że nie mają czasu do stracenia.

Sue Hedberg Zelek pokazuje na zdjęciu swojego dziadka Franciszka (Franka) Zelka
fot.Ewa Malcher

Za pośrednictwem tłumacza zadzwonili więc do Polski, do domu nr 69 w Radlnej. Telefon odebrała córka Władysławy. Początkowo krewni zareagowali sceptycznie: jak to, krewni z Ameryki, to samo nazwisko, jakiś list? A może to oszuści? Czego od nas chcą? Jaki jest ich motyw? – To były zupełnie naturalne obawy, lecz oprócz nich była ciekawość i szereg pytań – opowiada Rich. Z samą autorką listu, Władysławą, nie rozmawiali, ale biorąc pod uwagę, że kobieta była już w podeszłym wieku… postanowili ją odwiedzić.

„Nikt nie zostaje dopisany do naszego drzewa genealogicznego bez weryfikacji aktu urodzenia lub zgonu, poświadczających pokrewieństwo” – mówi Sue.
fot.Ewa Malcher

Drzewo genealogiczne Zelków, zapoczątkowane i prowadzone przez Sue, z kilku krewnych rozrosło się do blisko tysiąca fot.Ewa Malcher

“Czy wujek Rysiek jest zdrowy i wasza cała rodzina czy jest zdrowa?”

2 września 2018 roku, dwa lata od rozpoczęcia przygody, Rich i Sue przemierzyli ocean w poszukiwaniu swoich korzeni. W podróż zabrali córkę Richa Robin i syna Sue Erica. Dwa dni później zapukali do drzwi domu pod adresem Radlna 69.

Pierwsze osobiste spotkanie z ludźmi, z którymi pokrewieństwo wciąż nie było do końca wyjaśnione, na długo zapadnie w pamięć Richa i Sue. – Powitali nas z otwartymi ramionami, obdarowali mnóstwem pyszności – wspomina Rich. – Wszyscy jakby w sercu wiedzieliśmy, że jesteśmy rodziną, choć nie potrafiliśmy jeszcze tego wyjaśnić i udowodnić – dodaje Sue. Okazało się, że w domu Radlna 69 mieszka jeszcze jeden Richard Zelek – a raczej Ryszard, syn Władysławy, który jest uderzająco podobny do trębacza Richarda Zelka, ojca Sue. Gdy Władysława zobaczyła list, potwierdziła, że to ona napisała go przed laty. Pojawiło się jednak niespodziewane pytanie: „No więc jak my jesteśmy spokrewnieni?” – zapytała 84-latka. Rich i Sue roześmiali się: „Przyjechaliśmy z Ameryki właśnie po to, żeby cię o to zapytać!”.

Nieco więcej odpowiedzi przyniosła wizyta w parafii św. Apostołów Piotra i Pawła w oddalonej półtora kilometra Porębie Radlnej. Miejscowi księża okazali się niezwykle pomocni – do przeglądania ksiąg wieczystych sprowadzili nawet mówiącego po angielsku kolegę. Dzięki ich pomocy udało się zidentyfikować pradziadka Sue i Richa, Ludwika Zelka, oraz niektóre z jego dzieci. Wśród nich – dziadek kuzynostwa, wspomniany już Franciszek Zelek, który na przełomie wieków wyemigrował do Ameryki.

Pradziadek Richa i Sue, Ludwik Zelek z Radlnej wraz z żoną Marianną Pudlowski mieli dziewięcioro dzieci. Sześcioro z nich wyemigrowało do Ameryki
fot.arch. rodz. Zelkow

“Zasyłam wam życzenia i pozdrowienia jak najgorętsze”

– Być tam, w miejscu, gdzie urodził się mój pradziadek, stąpać po ulicach, po których on chodził, rozmawiać z ludźmi, z którymi łączą mnie więzy krwi…to uczucie nie do opisania – wspomina Sue. – Jakbym to wszystko zawsze wiedziała, nosiła w sercu. Przez moment zapragnęłam nawet tam zamieszkać. Tak bardzo chciałam móc porozmawiać z moimi krewnymi… niestety język był przeszkodą, a tłumacz towarzyszył nam tylko przez chwilę.

Jeszcze więcej odpowiedzi uzyskali po powrocie do Stanów podczas wizyty w mormońskim centrum genealogicznym w Utah. Mormoni wierzą w łączenie rodzin na wieczność dzięki świętym obrzędom zapieczętowania, dlatego od 1894 r. gromadzą i bezpłatnie udostępniają zapisy o charakterze genealogicznym z całego świata. Jakież było zdziwienie Sue, gdy te same dokumenty, które pieczołowicie fotografowała u księży w Porębie Radlnej, i jeszcze więcej znalazła w pełni zdigitalizowane w supernowoczesnej Bibliotece Historii Rodziny w Salt Lake City. Wytrwałość, determinacja i mrówcza praca w postaci przeglądania tysięcy zapisów – osób urodzonych w Radlnej od 1794 do 1940 roku – które Sue zgrała na swój laptop i tygodniami przeglądała w wolnych chwilach, powoli zaczęły przynosić rezultaty. Zebrane informacje nie tylko potwierdziły fakty znane już po wizycie w Polsce, lecz uzupełniły je i rozszerzyły. Odkryły przed kuzynostwem pozostałe rodzeństwo dziadka, o którym wcześniej nie mieli pojęcia. Teraz wiedzieli już, że ich pradziadkowie mieli dziewięcioro dzieci, z których sześcioro wyemigrowało do Ameryki i że ojcowie Richa i Sue i mąż Władysławy byli rodzonymi kuzynami.

Frank Zelek – krawiec z Radlnej i z Chicago

Co udało się ustalić przez dwa lata intensywnych poszukiwań? Franciszek (Frank) Zelek przybył do USA w 1904 roku jako 26-letni kawaler. Był drugim synem i jednym z dziewięciorga dzieci Ludwika Zelka i jego żony Marianny Pudłowskiej z Radlnej koło Tarnowa, w ówczesnym zaborze austriackim. Do Chicago przyjechał do starszego brata Jana (Joannesa) Zelka i u niego początkowo się zatrzymał. Według dokumentacji zebranej przez jego wnuki Richa i Sue, w tym list pasażerów statków kursujących do Ameryki, zarówno Jan jak i Franciszek kilkakrotnie przemierzyli ocean ściągając swoje rodzeństwo i innych krewnych. Sześcioro z dziewięciorga rodzeństwa wyemigrowało na stałe do Ameryki. Najstarszy brat Jan wrócił i ożenił się w Polsce, gdzie urodziły się jego dzieci. Franciszek Zelek jeszcze w Polsce był krawcem (zawód figuruje przy jego nazwisku w dokumentacji z Ellis Island), a w Chicago szył garnitury w znanej firmie odzieży męskiej Kuppenheimer. W Chicago poznał i ożenił się z Polką Marią Kreft i zamieszkał w domu przy Harding Ave, tym samym, w którym wychował się Rich. Mieli również dziewięcioro dzieci, z których ojciec Richa był jednym z najstarszych, ojciec Sue – najmłodszym. Rich i Sue mają bardzo mgliste wspomnienie swojego dziadka Franka – zmarł, gdy byli jeszcze dziećmi. Pamiętają tylko, że nie mówił po angielsku oraz że był niski i wątły.

Ojciec Sue, trębacz Richard Zelek, do którego adresowany był list z Polski
fot.arch. rodz. Zelkow

Codziennie nowi krewni

Choć odpowiedź co do pokrewieństwa z autorką tajemniczego listu z Polski stała się jasna, Rich i Sue nie zamierzali na tym poprzestać. Dopasowywanie do siebie części układanki coraz bardziej ich fascynowało. W uzupełnianiu i rozszerzaniu drzewa genealogicznego Zelków przeszukiwali setki dokumentów, starych adresowników, zrobili sobie nawet test DNA. Potomków ośmiorga rodzeństwa dziadka Franka Zelka odnajdywali i wciąż odnajdują na całym świecie – w Niemczech, Anglii, Australii, Ameryce, Polsce. Tych, których tożsamość i pokrewieństwo zweryfikują, dopisują do drzewa genealogicznego i starają się poznać osobiście. – Codziennie odkrywamy nowych krewnych – mówią i przywołują przykład krewnego w Niemczech, z którym połączyło ich przypadkowo znalezione zdjęcie, międzynarodową studentkę z Nowego Jorku – rodzoną wnuczkę dziadka stryjecznego, która okazała się „DNA match”, a nawet mieszkającą w Michigan wnuczkę zaprzyjaźnionej położnej z Radlnej.

Swoimi poszukiwaniami chcą dzielić się z jak największą liczbą krewnych. Nawiązują kontakty i wyjaśniają pokrewieństwo, proszą o zdjęcia. Ludzie różnie reagują. Nie zawsze od razu spotykają się z aprobatą. Niektórzy są bardzo wdzięczni, inni nie mają czasu, jeszcze inni już na wstępie oznajmiają, że o przodkach „nic nie wiedzą”. Są też tacy, którzy nie chcą otwierać starych ran, wyciągać na powierzchnię rodzinnych brudów, albo też są zawstydzeni, że nigdy sami nie zainteresowali się własnymi korzeniami. Tych, którzy wykazują zainteresowanie, zapraszają do wspólnego odkrywania „świata Zelków”.

Amerykańscy bohaterowie

– Dlaczego to robimy? Po pierwsze, bo to świetna zabawa – odpowiadają zgodnie Rich i Sue. Dzięki temu poznaliśmy się i zbliżyliśmy do siebie. Nie znaliśmy się przez 60 lat, teraz rozmawiamy dziesięć razy dziennie. – Mój mąż żartuje, że przez moich przodków został „zelkowym wdowcem”, bo już nie sprzątam i nie gotuję, tylko ciągle szukam przodków – śmieje się Sue. – Ktoś musiał to zrobić, znaleźć odpowiedzi – dodaje Rich. – I tak mieliśmy szczęście, bo wielu ludzi nie ma tyle szczęścia w poszukiwaniu przodków. – Nasze dzieci są już dorosłe, samodzielne, są pod wrażeniem tego, co robimy, a my… wreszcie mamy dla nich odpowiedzi – mówi kuzynostwo Zelków.

– My i nasze dzieci wyrastaliśmy w luksusie. Dzięki komu? – pyta retorycznie Sue. – Proszę spojrzeć na tych ludzi – pokazuje zdjęcie dziadka i jego rodzeństwa. – Bez znajomości języka, podejmujący niskopłatne prace w rzeźniach, poniżani, źle traktowani… Wszystko po to, żeby teraz moje dzieci miały świat u swoich stóp. Dlatego chcemy spisać tę historię. To spuścizna, którą chcę im zostawić. – Gdy patrzę na zdjęcia mojego dziadka, dziadków i babć stryjecznych… to właśnie oni są dla mnie prawdziwymi bohaterami – stwierdza Rich. – Nie sportowcy, nie gwiazdy futbola, nie celebryci. To dzięki nim jesteśmy dziś, kim jesteśmy.

dla mnie to moi przodkowie są prawdziwymi bohaterami. Nie sportowcy, nie gwiazdy futbola, nie celebryci. To dzięki nim jesteśmy dziś, kim jesteśmy.

Z rzutnikiem i z księdzem

Latem Rich i Sue planują drugą podróż do Polski. Za pierwszym razem lecieli z pytaniami, tym razem jednak lecą z odpowiedziami. Wiozą ze sobą dokumentację, zdjęcia, kupili rzutnik. Zamierzają wyświetlić wszystkim zainteresowanym Zelkom drzewo genealogiczne ze wszystkimi najnowszymi odkryciami. Najpierw jednak… planują przedstawić zebrane informacje miejscowemu księdzu, temu samemu, który okazał się tak pomocny. – Ksiądz z pewnością nada mocy i uwiarygodni historię „obcych krewnych” z Ameryki. Kuzynostwo zaprasza w podróż wszystkich Zelków zainteresowanych swoimi korzeniami.

– Polska jest pięknym krajem. Gdy go zobaczyliśmy, zdziwiliśmy się, dlaczego nasi przodkowie w ogóle wyjechali… – wzdycha kuzynostwo. Sue marzy o tym, by kiedyś wynająć w Polsce dom, w którym będzie pokój z bardzo długim stołem, zebrać przy nim wszystkich Zelków, włączyć rzutnik, opowiadać historię rodziny, rozmawiać po polsku… Na razie ma nadzieję, że może ktoś ze starszych czytelników znał ich dziadka, krawca Franka Zelka z Radlnej i z Chicago, jego rodziców lub kogokolwiek z Zelków. – Czas jest cenny, pokolenia przemijają szybko, a wraz z nimi w niepamięć odchodzą poświęcenia i dokonania, o których nasze dzieci powinny wiedzieć.

Joanna Marszałek
j.marszalek@zwiazkowy.com

 

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*