Indiański Pow-Wow w Milwaukee, Wisconsin

 

Jak co roku, w uroczym miejscu nad jeziorem Michigan, w dniach od 9 do 11 września odbywał się Indiański Festiwal zwany i znany jako Pow-Wow. W tym roku, po paroletniej przerwie, wybraliśmy inną opcję dostania się na nasz ulubiony festiwal. W miejscowości Libertyville klub seniorów zorganizował wycieczkę małym busikiem za jedyne $11 w piątek 9 września o 2:30 po poł. Przejazd w obie strony, ze wstępem na tereny festiwalowe. Sprytnie to załatwiono, bo akurat w piątek po południu, zaraz po otwarciu, wszyscy mieli wstęp bezpłatny. 

Na rozległych terenach zainstalowało swoje rodzinne wigwamy i mini-wioski wiele szczepów i plemion indiańskich. Byli tu Potawatomi, Bad River, Oneida, Ojibwe, Mohikanie, Navajo, Apacze, Chippewa oraz Indianie-Aztecy, tancerze Folkolorystycznego Baletu z Meksyku. Wszyscy ubrani w przepiękne, bardzo kolorowe i bogate stroje ludowe, już od wielu lat nie przypominające dawnych, skromnych przyodziewków. Pomimo to, zauważyliśmy, że było w tym roku trochę mniej ich wspaniałych, wodzowskich pióropuszy z orlich piór, poza oczywiście Aztekami. U nich są zawsze coraz piękniejsze. Niektóre plemiona jak Bad River czy Potawatomi, mające swoje własne kasyna gry, miały tu swoje małe reprezentacyjne i reklamujące je „koła szczęścia”.

 

Każdy stojący w długiej kolejce mógł przez zakręcenie koła wygrać jakiś drobny upominek: szklankę, kubek, torbę, karty do gry, długopisy, wszystko reklamujące kasyno. Przy swoich indiańskich chatkach – oczywiście starego typu z trzciny i słomy – stały stragany z indiańskimi wyrobami i pamiątkami. Dużo było znanej biżuterii, najczęściej wyrabianej ze srebra i turkusów, różnej wielkości „łapacze snów” ,czyli dream catchers, wiele różnobarwnych narzut i derek, koszulek z motywami indiańskimi, mokasyny, stoiska z lekami i witaminami, a dla dzieci, jak zawsze, łuki, tomahawki, strzały, fajki pokoju, pióropusze, czy dla dziewcząt opaski na głowę z koralików. Ale były też piękne artystyczne wyroby z ceramiki i kamionki, rzeźby w drzewie i kamieniu, płyty CD z ciekawą indiańską muzyką i wspaniałe obrazy o rodzimej tematyce.

 

Cały teren festiwalu o nazwie „Indiańskie Lato” można było wygodnie obejrzeć z założonej niedawno linowej kolejki krzesełkowej. Pogoda dopisała wyśmienita. Słońce grzało z bezchmurnego nieba, gdy w Chicago w tym samym czasie siąpił deszczyk. Dla tych, którym było za gorąco, były kioski z napojami, różową lemoniadą, lodami i piwem, a dla zgłodniałych bary i mini-restauracyjki z wszelkiego radzaju przekąskami i ze znanym indiańskim chlebem, tu reklamowanym jako „fry bread”.

 

Bardzo ciekawy i cieszący się dużym aplauzem publiczności był popołudniowy – na estradzie Harley-Davidsona – konkurs perkusistów, czyli bębniarzy. Poza indiańskimi, występowały zespoły z innych części Ameryki i świata. Wielkie brawa zebrała młoda, urocza, pięknie ubrana para azteckich Indian z Meksyku. Tych estrad, na których odbywały się różne pokazy, konkursy lub tańce było aż cztery. Indianie Potawatomi mieli swoją (gdzie piękny pokaz tańca i dawnych strojów dali Aztecy z ładnymi tancerkami z Meksyku), fabrykanci piwa Miller swoją, a czwartą, boiskowo-amfiteatralną była „Rodzima Okrągła Estrada”.

 

Jednak kwintesencją pierwszego dnia był wieczorny, otwierający Pow- Wow pochód i konkurs tańca. Sędziowie, wśród których usłyszeliśmy nawet polskobrzmiące nazwisko, oceniali tancerzy i tancerki według grup wiekowych. Przeuroczo wyglądały małe, pięknie ubrane, 4-i 5-letnie brzdące, tańczące jak dorośli. Wyników konkursu już nie poznaliśmy, bo przed nocą trzeba było wracać do Chicago. Po miłych wspomnieniach pozostały nam zdjęcia.

 

Tekst i zdjęcia:

Jerzy Skwarek

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*