Grecy głosują w referendum: to nasza wiadomość dla Europy

Grecy głosujący na „nie” w niedzielnym referendum przekonują, że jest to ich wiadomość dla Europy, która ich nie rozumie. Inni uważają, że tylko głos na „tak” powstrzyma tragedię i mówią, że odrzucenie porozumienia oznacza skok w nieznane.

fot. Yannis Kolesidis/EPA

fot. Yannis Kolesidis/EPA

Mała szkoła w centrum ateńskiej dzielnicy Attiki. Na podwórku szkolnym więcej dziennikarzy niż wyborców. Ci ostatni nie za bardzo chcą rozmawiać; większość ucieka, gdy słyszy pytanie, czy mówią po angielsku. Nawet ci, po których widać, że mówią. W końcu zatrzymuje się malutka, ok. 70-letnia kobieta, ubrana w różnokolorowy kaftan. Przeprasza, że po angielsku właściwie nie mówi, ale spróbuje coś powiedzieć. Ma na imię Ewdoksia.

„To znaczy +o dobrej sławie+” – tłumaczy i dodaje, że jest aktorką, kocha teatr, chce pracować, ale teraz w Atenach dla aktorów nie ma za dużo pracy.

„Wszyscy chcą, żebym zrobiła coś za darmo, a przecież ja muszę z czegoś żyć” – narzeka Ewdoksia. „Mam trochę oszczędności, ale są w banku. A teraz takie plotki chodzą, że może nam pieniądze te banki zabiorą. Czasem myślę, żeby rzucić się do rzeki albo wyjechać do Turcji. Teraz tam podobno lepiej niż w Grecji. Może tam znajdę jakąś pracę” – mówi.

Na pytanie, czy ma w Turcji jakichś przyjaciół, kręci głową. „Nie, ale moja mama urodziła się w Salonikach, tam było dużo Turków, więc się ich nie boję. Oni czasem są lepsi niż Grecy” – odpowiada.

Ewdoksia powoli się rozkręca. Wyjmuje papierosa, zapala, i dalej opowiada: „Teraz to właściwie tylko palę i kawę piję. Tak się denerwuję tym, co się tutaj dzieje. No bo jaki oni nam tu dzisiaj wybór dają? Właściwie wiem jedno – że jak zagłosuję na +tak+, to na pewno zostaniemy w Europie. Ale co oznacza głos oddany na +nie+? Nikt mi tego nie potrafi wytłumaczyć, bo prawda jest taka, że nikt tego nie wie. Więc będę głosować na +tak+” – wyjaśnia.

Ewdoksia mieszka obok szkoły. Jest sama, bo mąż, reżyser filmowy, umarł kilka lat temu. Dzieci nie ma. Często odwiedza ją siostra, której powodzi się trochę lepiej.

„Teraz, gdy banki są zamknięte, dowozi mi jedzenie” – mówi Ewdoksia i macha ręką. „Cipras jest naszym problemem. Tyle kłamstw ludziom nagadał, to się nawet w głowie nie mieści” – dodaje, mając na myśli greckiego premiera Aleksisa Ciprasa.

Na rozmowę zgadza się też człowiek siedzący samotnie w rogu podwórka szkolnego, w cieniu dużego drzewa. Wysoki, szczupły, lat 65. Ma na imię Nikos i kiedyś był dentystą. Nie ma problemów finansowych, bo wcześnie zorientował się, że wszechobecny dostatek, jaki panował w Grecji ok. 10 lat temu do niczego dobrego nie doprowadzi.

„Rozejrzałem się wkoło i coś mi to wszystko nie za dobrze pachniało, więc zabezpieczyłem to, co miałem, i teraz nie muszę się martwić” – tłumaczy Nikos.

65-latek żyje w miarę wygodnie, czyta zagraniczne gazety, nawet lubi szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera, który wydaje się dosyć „ludzki”.

„Ale głosowałem przeciw temu porozumieniu, bo to jest nasze greckie +nie+ wysłane jako wiadomość do Europy” – mówi Nikos. Po chwili zastanowienia tłumaczy, że to, co się w tej chwili dzieje w Brukseli, śmierdzi mu tak samo mocno jak ten grecki dostatek sprzed 10 lat.

„To nie jest już Europa, którą kiedyś popierałem i w której chciałem żyć, to jest jakiś potwór, zupełnie bez zasad. Na dodatek oni nas, Greków, w ogóle nie rozumieją. Przecież my nie chcemy ich pieniędzy, tylko programu, w którym da się żyć, a oni chcą ludzi zagłodzić” – mówi Nikos. Dodaje, że całe życie głosował na lewicę i popiera to, co teraz robi premier Cipras.

„Ktoś się przecież musi temu złu przeciwstawić” – dodaje.

Obok przechodzi dwóch młodych mężczyzn. Jeden przedstawia się jako Jim, całe ramiona ma w maoryskich tatuażach. Drugi nie mówi nic, tylko wyciąga komórkę i zaczyna filmować szkolne podwórko i ganiających po nim dziennikarzy: z Hiszpanii, Brazylii, Wielkiej Brytanii i Polski. Na łydce ma wytatuowaną grecką flagę. Na pytanie, czy należy do nacjonalistycznej partii Niezależnych Greków, kręci głową.

„Złota Jutrzenka” – mówi, wymieniając nazwę skrajnie nacjonalistycznej i antyimigranckiej partii. Zaczyna na komórce pisać po grecku zdania, tłumaczące dlaczego będzie głosować na „nie”.

„Nie mamy nic przeciwko euro i Europie” – na komórce wyświetla się w końcu napis po angielsku. „Ale jesteśmy przeciwko porozumieniu i opisanych w nim warunkach. Ludzie cierpią. To musi się skończyć” – wyjaśnia.

Jim i jego kolega idą szukać swoich nazwisk na liście wyborczej, a na rozmowę zgadza się 58-letni Leonidas, który przyszedł z dwoma synami. Wszyscy pracują w małym rodzinnym biznesie i chociaż idzie im ciężko, będą głosować za propozycją pomocy oferowaną przez międzynarodowych wierzycieli.

„Jeśli banki upadną i Grecja wyjdzie z euro, moi chłopcy będą musieli stąd wyjechać i szukać szczęścia za granicą. Nie chcę ich stracić. Musimy zrobić wszystko, by powstrzymać tę tragedię” – mówi Leonidas.

Do rozmowy wtrąca się 70-letni Pambos, właściciel restauracji w jednej z turystycznych dzielnic Aten. „Nie będzie żadnej tragedii” – Pambos przerywa Leonidasowi. „Rząd wie, co robi, jest silny. Ma ukryte pieniądze. We wtorek otworzą banki. Zagranica myślała, że się ich przestraszymy, ale nie ma się czego bać. Prawda jest taka, że Grecja przetrwa, bo zawsze będziemy mieć turystów. Będą tu przyjeżdżać, nawet gdybyśmy wysadzili w powietrze Akropol” – uważa.

W niedzielę w stojącej na progu bankructwa Grecji odbywa się kontrowersyjne referendum ws. międzynarodowego pakietu pomocowego. Aby go otrzymać, Grecy muszą się zgodzić na kolejne oszczędności w budżecie i wzrost podatków oraz VAT. Premier Cipras obiecał im jednak, że jeśli zagłosują „nie”, na pewno uda mu się wynegocjować od wierzycieli Grecji (Komisji Europejskiej, MFW, Europejskiego Banku Centralnego) korzystniejszą propozycję. Tak samo mówi grecki minister finansów Janis Warufakis.

Większość przywódców eurolandu z kolei twierdzi, że chociaż w pakiecie, w sprawie którego głosują Grecy, nie ma o tym mowy, zwycięstwo opcji „nie” może oznaczać, że Grecja będzie musiała opuścić strefę euro.

W Grecji od tygodnia obowiązuje kontrola przepływu kapitałów, a banki są zamknięte. 30 czerwca Ateny nie spłaciły z braku pieniędzy części należności wobec MFW w wysokości 1,55 mld euro. Według ekspertów, jeśli rząd grecki natychmiast nie znajdzie rozwiązania dla swoich problemów, będzie zmuszony do wprowadzenia równoległej do euro waluty. Byłaby to prawdopodobnie drachma.

Z Aten Agnieszka Rakoczy (PAP)

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*