Dyrektor Tom Malinowski z Human Rights Watch

(Korespondencja własna z Waszyngtonu)

Budząca wrzenie emocji sprawa tajnych więzień CIA na terenie Polski i innych krajów europejskich, obszernie relacjonowana przez media, prawdopodobnie nigdy nie nabrałaby takiego rozgłosu i rozmachu, gdyby nie Tom Malinowski, dyrektor waszyngtońskiego biura Human Rights Watch. Jego nazwisko w wielomilionowych cytowaniach i przytoczeniach obiega od dłuższego czasu świat, czyniąc naturalnym pytanie, kim jest ten facet, o którym zwolennicy już mówią, że może odegrać taką rolę jak Bob Woodward, ujawniają aferę Watergate, lub nawet optymistycznie wieszczący mu Pokojową Nagrodę Nobla, a przeciwnicy zarzucają brak… amerykańskiego patriotyzmu i chęć szkodzenia relacjom transatlantyckim.


Chłopak ze Słupska
Tomasz Malinowski urodził się w 1965 roku w Słupsku, mieszkając „po sąsiedzku” ze starszym o pięć lat Dariuszem Szymczychą, późniejszym bliskim współpracownikiem Aleksandra Kwaśniewskiego, pełniącym przy jego boku podobną rolę jak Malinowski w anturażu Clintona. Jak żartuje amerykański dyplomata, Słupsk odegrał poprzez to swoją rolę w zbliżeniupolskoamerykańskim. Wychowywał się w Podkowie Leśnej.

Do dziś nie może się nachwalić tamtejszego znakomitego przedszkola, które miało ponoć zadecydować o jego drodze życiowej. W 1971 roku wyjechał z rodzicami do Ameryki. Studia ukończył w renomowanym Uniwersytecie Berkeley w Kalifornii (z którym związał swoją karierę m.in. Czesław Miłosz), a tytuł magistra uzyskał w słynnym brytyjskim Oxford University. Tam jego opiekunem naukowym (tutorem) był znany działacz niepodległościowy i uczony, profesor Zbigniew Pełczyński, który wcześniej tę samą funkcję pełnił wobec studiującego przez rok w tej samej uczelni… Billa Clintona. Polski naukowiec (podczas wojny bohater powstania warszawskiego), wybitny heglista, odegrał wielką rolę w formowaniu młodego Malinowskiego. Pełczyński, zwolennik świadomego kształcenia liderów życia publicznego i wpajania im, że wiedza i umiejętności nie będą społecznie pożyteczne bez respektowania określonego systemu wartości i postaw obywatelskich, napotkał pojętnego studenta. Przekonał go nawet do przewodniczenia grupie studentów Oxfordu wywodzących się z krajów środkowoeuropejskich, którymi się opiekował.

Polityk z Waszyngtonu
W 1992 roku Tomasz aktywnie uczestniczył w kampanii prezydenckiej Billa Clintona, zwracając uwagę talentami PRowskimi i dziennikarskimi. Po sukcesie wyborczym trafił do administracji Clintona. Był prezydenckim doradcą. Zajmował się m.in. pisaniem przemówień dla sekretarzy stanu Warrena Christophera i Madeleine Albright, wreszcie dla samego prezydenta. Zyskał opinię prawdziwego mistrza w tej dziedzinie. Z pewną przesadą można by rzec, iż często Clinton „przemawiał” Malinowskim. Powszechnie uważa się, że spod jego pióra wyszło słynne już, entuzjastycznie przyjęte wystąpienienie Billa Clintona podczas wizyty w Warszawie w 1997 roku. Równocześnie w Komisji Planowania Departamentu Stanu zajmował się m.in. rozszerzeniem NATO będąc jednym z największych entuzjastów obecności Polski w sojuszu północnoatlantyckim. W listopadzie 2000 roku Kongres Polonii Amerykańskiej uhonorował Tomasza Malinowskiego Nagrodą Niepodległościową Polskiego Dziedzictwa Narodowego. Warto odnotować, że Nagrodę Wolności otrzymał wtedy gen. Francis Gaberski (Franciszek Gabryszewski), as lotniczy, najliczniej odznaczany pilot II wojny światowej. A przedtem wielu innych wybitnych rodaków z kraju i reprezentantów Polonii.

Po przegraniu wyborów w 2000 roku przez demokratów Tom wyprowadził się z Białego Domu, ale nie ze stolicy. Został dyrektorem biura w renomowanej organizacji praw człowieka Human Rights Watch w Waszyngtonie i pozostaje nim do dziś. Młody polityk z polskim rodowodem ożeniony jest z lekarką birmańskiego pochodzenia Myaing. Mają 10letnią córeczkę Emily. Wydana po 11 września przez Busha wojna z terroryzmem, wśród celów HRW związanych ze zwalczaniem gwałcenia praw człowieka od Chin po Rwandą, postawiła także kwestię praw osób podejrzanych czy oskarżonych o akty terrorystyczne.

Czy więzień to człowiek?
Dyskusja wokół tak postawionego pytania rozpoczęła się po uruchomieniu więzienia w Guantanamo na Kubie, a nabrała nowej dynamiki po upublicznieniu metod traktowania więźniów w irackim Abu Ghraib. Konwencja genewska w tej sprawie, przygotowana zresztą przede wszystkim przez Amerykanów, mówi, że każdy kraj zaangażowany w międzynarodowy konflikt wojenny musi powiadomić Międzynarodowy Czerwony Krzyż o każdym (!) jeńcu wziętym do niewoli oraz zezwolić na odwiedzenie go. Zabrania naturalnie stosowania tortur. Rzecz w tym, że administracja amerykańska nie uznaje prowadzonej przez siebie wojny z terroryzmem za konflikt międzynarodowy i czuje się zwolniona z informowania kogo i gdzie trzyma. Może  jej zdaniem  zezwolić na kontakt z więźniami, ale nie musi. Inspektorzy czerwonokrzyscy zostali dopuszczeni do Guantanamo oraz do więzień w Afganistanie i Iraku. Czerwony Krzyż otrzymał natomiast odmowę informacji i dostępu do przetrzymywanych w innych, nieznanych miejscach.

W materii torturowania pojmanych, Kongres przyjął wykładnię, iż nie wolno tego czynić na terenie… USA. Luka legislacyjna dozwala na brutalne traktowanie jeńców poza Ameryką. Organizacje obrony praw człowieka uznają to za niegodny wybieg i koncentrują na wykrywaniu takich miejsc. W tej grze uczestniczy m.in.

Human Rights Watch i jej dynamiczny waszyngtoński lider.
Sprawa wzięła swój początek, kiedy Malinowski zapoznał się na początku listopada z trasą transportowego Boeinga, który leciał z Iraku i Afganistanu do Egiptu i na Kubę (Guantanamo) przez… Polskę i Rumunię. Próbując dociec, jaka logika kierowała taką logistyką, HRW bliżej zaczęła śledzić trasy także innych przelotów samolotów wykorzystywanych przez CIA. Ponieważ w dzisiejszych czasach kontrola lotów nie jest jakąś domeną tajemną, uzyskano obszerną dokumentacją pozwalającą na formułowanie hipotez. Te znamy wszyscy: tajne więzienia poza USA z Polską na liście.

Bijące ródła
Tom Malinowski twierdzi, że dowodów poza logistyką, które mają charakter poszlakowy, a nie bezpośredni lotniczy, jest więcej. Wszystkie liczące się media amerykańskie posiadają swoje źródła w CIA i z nich czerpią. One prywatnie i nieoficjalnie (taka natura źródeł) potwierdzają, że więzienia w Polsce i Rumuniii funkcjonowały, a pośpiesznie zwijano je po rewelacjach Human Rights Watch opublikowanych w „Washington Post” na początku listopada br. Więźniowie zostali przetransportowani do Afryki Północnej.
W ubiegły poniedziałek renomowana stacja telwizyjna ABC przygotowała emisję programu, gdzie nazwy obu krajów wymieniane były „explicite”, jednak pod wpływem negocjacji z administracją waszyngtońską, na antenę poszła wersja „dwóch krajów wschodnioeuropejskich, zidentyfikowanych przez Human Rights Watch jako Polska i Rumunia”. Malinowski twierdzi, że zachowała się jednak internetowa wersja newsa, w której ABC mówi o nas wprost, bez powoływania się na HRW. Skorygowano ją dopiero we wtorek rano.
Tomasz Malinowski jest zdania, że potwierdzenie przetrzymywania więźniów oznaczałoby złamanie prawa międzynarodowego i że Polska mogła takiej prośbie odmówić bez wystawiania na szwank swoich dobrych relacji z USA.
Dziwi się także konsekwencji, z jaką płyną znad Wisły zaprzeczenia zarówno oficjeli poprzedniego jak i obecnego rządu. Uważa, że stanowczość i uporczywość tego dementowania może się obrócić przeciwko Polsce, której życzy jak najlepiej. Stanowisko Human Rights Watch zaprezentował ministrowi Radkowi Sikorskiemu. Podobno znają się dobrze jeszcze z czasów angielskich…

Co dalej?
Mimo intensywnego zaangażowania w sprawę wyciszenia całej sytuacji, czego wyrazem była niedawna europejska wizyta sekretarz stanu Condoleezzy Rice, Biały Dom będzie musiał wykonać jakiś ruch uspokajający opinię publiczną skłonną jedynie w 38% popierać gospodarza tego obiektu. Wiele wskazuje na to, że będzie takim ruchem zastąpienie obecnego sekretarza obrony Donalda Rumsfelda, demokratycznym senatorem z Connecticut Josephem Liebermanem, kandydatem na wiceprezydenta u boku Alberta Gore w kampanii 2000 roku. Bush ponoć czeka ze swoją decyzją do wyborów parlamentarnych w Iraku, (przeprowadzonych na 15 grudnia br). Przypomnijmy, że podobny gest pokoju wobec opozycji wykonał w połowie drugiej kadencji Bill Clinton wyznaczając szefem resortu obrony republikanina Williama Cohena. Po tutejszemu to się nazywa „demage control”.
Kontrolowanie szkód.

Wszystko zdaje się wskazywać na to, że dla dalszego rozwoju sprawy decydującą okaże się postawa struktur wspólnotowych Europy. Rada Europy zdaje się być przekonana, iż więzienia w Polsce i Rumunii były. Parlament Europejski dyskutuje nad powołaniem specjalnej komisji mającej wyjaśniać sprawę. Jedynie NATO ustami swego sekretarza generalnego uznaje sprawę za „zamkniętą”.

Brytyjski „Daily Telegraph” przyniósł wiadomość, że sprawa transportu osób zatrzymywanych i ich przetrzymywania miała być ponoć przedmiotem tajnej umowy między UE a USA zawartej w Atenach w styczniu 2002 roku podczas prezydencji greckiej. Wersja ta została jednak zdementowana. Premier polskiego gabinetu zapowiedział szybkie wyjaśnienia i komunikat w tej sprawie jeszcze przed świętami.

Rzec by można: coś ty niewierny Tomaszu narobił? Nie lepiej było zaufać zapewnieniom, że żadnych więzień nie było i nie grzebać się w tym temacie. Jest przecież argument, że potwierdzenie istnienia tajnych więzień CIA wystawi na terrorystyczny odwet kraje, gdzie one były. Odpowiedź Human Rights Watch może być tylko jedna: nie byłoby lepiej. Prawa ludzkie powinny być respektowane nawet wtedy, kiedy chodzi o największych złoczyńców, co nie znaczy absolutnie, iż nie mają ponosić najsurowszej nawet sprawiedliwości. Jednak ich nieludzkie postępowanie nie może być usprawiedliwieniem nieludzkiego postępowania wobec nich. I od tego nie może być wyjątków. Gdyby HRW zrobiła taki wyjątek w tej sprawie (bo np. wojna z terroryzmem jest słuszna), nasuwałoby się pytanie, czy może nie należałoby odpuścić Chinom za nieludzkie obchodzenie się z więźniami (bo interesy z nimi kokosowe). Relatywizm taki byłby zaprzeczeniem sensu działania Human Rights Watch. Malinowski zrobił po prostu swoje. Można to nazwać, jak się komu podoba. Na przykład, polskim romantyzmem.

Robert Racot,
Waszyngton

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*