Drugie miejsce polskiego żeglarza

II etap Kapsztad – Wellington w Nowej Zelandii regat samotnych żeglarzy wygrał Amerykanin Brad van Liew, polski skiper Zbigniew Gutkowski „Gutek” zajął znakomite drugie miejsce. Etap do Nowej Zelandii był najcięższy z dotychczasowej żeglugi począwszy od portu, La Rochelle we Francji. Pięciu żeglarzy wyruszyło z południowoafrykańskiego portu aby zmierzyć się z groźnym Oceanem Południowym. Trzykrotnie powracał do Kapsztadu Belg Christophe Bullens z powodu różnych awarii swojego jachtu FIVE OCEANS OF SMILES, aż w końcu wycofał się z wyścigu. Pozostała czwórka żeglarzy parła przez ocean na południe, aby osiągnąć upragnione wiatry zachodnie.

 

W tym roku Ocean Południowy – zazwyczaj wyjątkowo mało sympatyczny – zafundował żeglarzom dodatkowo kilka sztormów, zimno i wielkie fale. Ryczące czterdziestki i sporadycznie (żeglarze z powodu obaw o występujące góry lodowe starali się nie schodzić poniżej 50 stopni szerokości geograficznej) wyjące pięćdziesiątki okazały się godne swoich nazw.

 

Po przybyciu 16 stycznia na metę polski żeglarz powiedział – Po raz pierwszy w życiu się bałem, dostałem w tym etapie mocno w kość. Nie chodzi nawet o sztormy, których mieliśmy trzy, więc sporo jak na jeden etap, ale o elektronikę – jak to nie działa, nie da się płynąć. Dwa razy w środku nocy nie wiedziałem, gdzie jest góra, a gdzie dół, bo byłem żaglami przyklejony do wody. Począwszy od Wigilii, którą żeglarze spędzili na pokładach swoich jachtów, skiper OPERONA zmagał się z poważną awarią swojego autopilota. Z powodu tejże, Gutek był w ciągłym stresie, który się przekładał zarówno na kondycję fizyczną i psychiczną żeglarza.

 

Pozostali skiperzy co prawda nie mieli kłopotów z autopilotami, ale również prześladowały ich drobne awarie. Brytyjczyk Chris Stanmore-Major na SPARTANIE miał kłopoty z akumulatorami, które notorycznie mu się rozładowywały z powodu nadmiernego obciążenia, natomiast doładowując je tylko silnikiem obawiał się braku paliwa. Pod koniec regat płynął bliżej Australii, aby ewentualnie wejść awaryjnie do któregoś z jej portów. Kanadyjczykowi zabrakło wody i jedzenia – w momencie wejścia na metę w Wellington miał na pokładzie jeszcze dwie butelki wody i zero jedzenia. Najmniej problemów miał Amerykanin Brad van Liew na jachcie PINGOUIN. Brad meldował tylko, że jest straszliwie zmęczony fatalną pogodą.

 

Przez prawie cały czas regat w czołówce regat byli trzej żeglarze: Kanadyjczyk, Amerykanin i Polak. Prowadzenie zmieniało się, najpierw stawkę prowadził Kanadyjczyk, później zmienił go Polak, końcowo w połowie regat na prowadzenie wyszedł Amerykanin, który nie oddał go aż do mety. Jego przewaga nad pozostałą dwójką w pewnym momencie wynosiła ponad 400 mil morskich. Natomiast walka o drugie miejsce była bardzo zaciekła. Wielokrotnie wynosiła tylko kilka mil. Zadecydowała zupełnie nietypowa taktyka polskiego skipera.

 

Po raz pierwszy w historii tych regat komisja regatowa zostawiła do decyzji skiperów, którą stroną opłynąć wyspę South Island (większa z wysp, na których znajduje się Nowa Zelandia). Podczas rozmowy telefonicznej Gutek wyjawił mi plan opłynięcia South Island od strony południowej. Zazwyczaj samotni żeglarze opływają ją od strony Morza Tasmana. W tym roku warunki meteorologiczne ułożyły się tak, że dawały szansę żeglarzowi, który zaryzykuje żeglugę od strony Pacyfiku. Po rozmowie z Gutkiem szybko zrobiłem kilka symulacji komputerowych na portalu GribUS i wyszło mi, że warto zaryzykować. Podczas następnych kontaktów e-mailowych z Gutkiem potwierdziłem jego przypuszczenia. Przyjęta strategia opłaciła się, Polak przypłynął na metę niecałe 24 godziny później niż Brad, niwelując przewagę Amerykanina o więcej niż połowę. Kto wie, czy gdyby nie awaria autopilota, Polak nie przypłynąłby do Wellington pierwszy? Derek Hatfield przypłynął do Wellington 18 stycznia trzy dni po zwycięzcy i dwa dni po Gutku. Kolejność na mecie wyglądała następująco:

 

I miejsce zajął amerykański żeglarz Brad van Liew na jachcie PINGOUIN w czasie 30 dni, 10 godzin, 0 minut.

 

II miejsce wywalczył polski żeglarz Zbigniew Gutkowski ‘Gutek’ na jachcie OPERON RACING w czasie 31 dni, 8 godzin, 27 minut.

 

III miejsce zapewnił sobie Kanadyjczyk Derek Hatfield na jachcie ACTIVE HOUSE w czasie 32 dni, 17 godzin, 30 minut.

 

Brytyjczyk Chris Stanmore-Major na jachcie SPARTAN był jeszcze w drodze podczas pisania artykułu, mając 366 mil do mety.

 

Belg Christophe Bullens na jachcie FIVE OCEANS OF SMILES wycofał się z regat.

 

Podsumowując drugi etap regat trzeba przyznać, że polski skiper spisał się wyjątkowo dobrze. Drugie miejsce w tak znakomitym czasie jest świetną pozycją wyjściową do zmagań na etapie z Wellington do Punta del Este w Urugwaju. Trasa regat prowadzi dookoła złowrogiego przylądka Horn. Z rozmów z Gutkiem wiem, że planowane jest zainstalowanie na jachcie nowego autopilota innej firmy. Toteż mimo że Polak ma najcięższy, najstarszy i praktycznie najwolniejszy jacht z całej flotylli to, to co pokazał do tej pory pozwala mi twierdzić, że po modyfikacjach na pokładzie OPERONA Gutek ma wielkie szanse na odebranie prowadzenia Bradowi. Na marginesie powiem, że Brad i Gutek prywatnie się bardzo lubią, a wspólne przeżycia i rywalizacja tę przyjaźń scementowały. Brad każdorazowo wita Gutka na kei w portach docelowych i wyraża się o Polaku z wielkim szacunkiem. Myślę, że może w Punta del Este Gutek powita Brada na kei z równym szacunkiem. Tego Gutkowi życzę.

 

Kpt. Andrzej W. Piotrowski

Chicago

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*