Cuda i tragedie na śląsku

(Korespondencja własna „Dziennika Związkowego”)

Warszawa  – śląsk w kontekście tragedii kojarzy się przede wszystkim ze styczniową katastrofą budowlaną w Chorzowie, gdzie pod zawalonym dachem hali wystawowej zginęło 65 osób.

Ale nie był to typowo śląski wypadek. Niedawno także z powodu obciążenia śniegowego zawalił się dach kina „Silver Screen” w Gdyni, niegroźnie raniąc trzy osoby. Zalegający zlodowaciały śnieg spowodował podobne uszkodzenia kilku supermarketów, magazynów, hal fabrycznych i szkół o płaskodachowej konstrukcji. śląsk żył i w dużej mierze nadal żyje stalą i węglem, także miedzią, a pozyskiwanie tych ostatnich kopalin zawsze się wiązało z dużym ryzykiem i zagrożeniem dla życia i zdrowia.

Tego kraj był w ostatnich dniach świadkiem. Jeszcze przez około tygodnia pozostanie na obserwacji 30letni górnik Zbigniew Nowak, który cudownie ocalał w zasypanej węglem i gruzem kopalni „Halemba” w Rudzie śląskiej. Słowo „cud” we wszystkich przypadkach powtarzają ratownicy, jego koledzy i media. Nowak bowiem spędził 111 godzin w zasypanym chodniku w całkowitych ciemnościach na głębokości kilometra (ponad pół mili).

Mieszkańcy śląska, zwłaszcza ci, którzy w rodzinach mają do czynienia z górnictwem, modlili się w kościołach i wstrzymywali oddech, gdy przez pięć dni ratownicy usiłowali do zasypanego górnika dotrzeć. Siedział skulony, w kompletnej ciemności, przystawiając twarz do uszkodzonej przez tąpnięcie rury wentylacyjnej, jedynego źródła powietrza. Otuchy dodawały mu odgłosy stukania a następnie głosy ratowników, bo wiedział, że pomoc nadchodzi. Ratownicy pracowali na okrągło bez wytchnienia, niczym krety ręcznie przekopując się przez ponad 200metrowy, kompletnie zasypany kamieniami i żelastwem chodnik. Kiedy już mało kto wierzył, że górnik żyje, usłyszeli jego głos.

Pierwszy wstrząs w „Halembie” wystąpił o godz. 5.30 po południu. W zagrożonym rejonie pracowało trzydziestu górników i wszyscy zostali bezpiecznie wycofani. Chwilę później w rejon zagrożenia zjechali dwaj pracownicy. Mieli oni ocenić stan wyrobiska po wstrząsie. Parę minut po 6., czyli w pół godziny po pierwszym wstrząsie nastąpiło znacznie silniejsze tąpnięcie przypominające eksplozję, połączoną z trzęsieniem ziemi. Jeden z górników sprawdzających pierwszy wstrząs zdołał się wydostać, ale Nowakowi, który zajmował się pomiarem metanu, droga ucieczki się zasypała.

Było to szczęście w nieszczęściu, bo jako „metaniarz” Nowak wiedział, jak w takich sytuacjach się zachować. Wiedział, że sam nie może ruszyć się w żadną stronę, gdyż atmosfera może nie nadawać się do oddychania, ale sprzyjało mu szczęście. W rejonie, gdzie został uwięziony w chwili wstrząsu, pękła rura, przez którą docierało do niego powietrze. W pierwszych kilkunastu godzinach akcji ratownicy przeszukali około 100 metrów wyrobiska, jednak bezskutecznie. Cały czas próbowali dotrzeć do górnika dwiema różnymi drogami, dlatego że po tąpnięciu nie wiadomo było, na jakie warunki natrafią. Akcja była utrudniona z uwagi na zwiększone stężenie metanu. Miejscami atmosfera nie nadawała się do oddychania i ratownicy musieli pracować w maskach tlenowych.

W dwa dni po tąpnięciu nadzieje na dotarcie do zaginionego wzrosły. Urządzenia zarejestrowały sygnał, prawdopodobnie z lampki górnika. Ale lampka ta mogłaby wydawać sygnały, nawet jeśli jej właściciel już nie żył. Następnego dnia ratownicy znajdowali się już około 22 metrów (ponad 71 stóp) od źródła sygnału, ale im bliżej tym trudniej było się przekopywać. Natrafiano na przeszkody jak skrzyżowane stalowe stojaki blokujące. Trzeba było rozcinać zagradzające drogę pogięte rury i stalowe elementy obudowy chodnika.

Większość prac musiała być wykonywana ręcznie w korytarzu tak wąskim, że nie można było się mijać. Aż wreszcie kilka minut po 4 nad ranem ratownicy usłyszeli głos zaginionego górnika. Prosił o jabłko i wodę mineralną.
„Można powiedzieć, że to był cud  powiedział Bogusław Wypych, szef akcji ratowniczej.  Gdyby nie to, że on sam był w stanie się wyczołgać, gdybyśmy musieli dotrzeć do niego z noszami, to akcja ratownicza trwałaby jeszcze dwie, a może nawet trzy zmiany”. Nowak o własnych siłach przeczołgał się przez wydrążony przez ratowników otwór w zwałowisku. Ten prowizoryczny tunel na końcowym etapie miał zaledwie 30 centymetrów (12 cali) wysokości, bo ratownicy postanowili jak najszybciej do niego dotrzeć i kopali coraz niższy otwór.

Ze łzami wzruszenia witali skrajnie wyczerpanego i osmolonego Nowaka najbliżsi. „Cieszę się z tego, że mąż żyje. Nie potrafię sprecyzować tej pierwszej myśli, to była radość, po prostu radość. Cieszyłam się, że po tylu dniach mogę go zobaczyć”  powiedziała pani Marlena. Wzruszenia nie krył ojciec górnika: „Dzisiaj jest najważniejszy dzień w moim życiu. Czuję się tak, jak w dniu, kiedy Zbyszek się urodził. Po raz pierwszy mogę zapłakać ze szczęścia!”

Jak Nowakowi udało się wytrzymać pięć dni pod ziemią, zwłaszcza bez picia, trudno na razie wytłumaczyć. Może to dlatego, że miał silny organizm i nie wpadał w panikę. Zdaniem ratowników, sił dodawały mu wiara w to, że nadejdzie pomoc, i odgłosy pracujących kolegów. Przyczyniła się do tego także dość wysoka temperatura w wyrobisku, sięgająca 28 stopni Celsjusza (82 stopni Fahrenheita), która chroniła przed wychłodzeniem organizmu.

Ale w chwili gdy bliscy, koledzy i w pewnym sensie cały śląsk świętował cudowne ocalenie Nowaka, w sąsiednim Zabrzu trwała inna akcja ratownicza. W kopalni „Siltech” na głębokości 380 metrów (1235 stóp) pod ziemią oberwały się ważące kilkaset ton skały stropowe, które zasypały chodnik i zgniotły jego obudowę na mniej więcej dziewięciometrowej (29stopowej) długości. Dwuosobowa brygada na zmianie nocnej miała naprawiać rurociąg na trasie przenośnika taśmowego. Jeden z pracowników poszedł zakręcić zasuwę na rurociągu, a drugi przygotowywał się do naprawy uszkodzenia i właśnie w tym momencie zawalił się strop.

Ratownicy próbowali z dwóch stron dotrzeć do zasypanego. Wykorzystano przyrząd, którym namierzono czujnik lampy przysypanego górnika. Podobnie jak w „Halembie” akcja była bardzo trudna, bo też trzeba było ręcznie wybierać gruz skalny, którym został zasypany chodnik, a jednocześnie zabezpieczał jego obudowę, by skały nie zagrażały ratownikom. Mimo trwającej ponad dobę akcji ratunkowej 37letni górnik „Siltechu” już nie żył, gdy dotarli do niego ratownicy. Został przyciśnięty belką i fragmentami stropu. Osierocił żonę, 16letnią córkę oraz 12letniego syna.

Górnik z zabrzańskiego „Siltechu” to druga w tym roku śmiertelna ofiara wypadków w polskim górnictwie. W święto Trzech Króli zginął górnik w katowickiej kopalni „Wujek”. W całym ubiegłym roku praca górnicza pochłonęła w Polsce 21 ofiar śmiertelnych, w tym 15 w kopalniach węgla kamiennego. Tyle samo górników odniosło ciężkie obrażenia.

Zbigniew Nowak cudownie ocalał, ale nie pobił rekordu najsłynniejszego uratowanego górnika, Alojzego Piontka. 23 marca 1971 r. w kopalni „Rokitnika” w Zabrzu nastąpiło tąpnięcie i zawał, w wyniku którego 10 górników zginęło, a ośmiu zostało rannych. Piontek przez tydzień siedział w zawalonym chodniku, zanim dotarli do niego ratownicy. Na głębokości 780 metrów (2535 stóp) Piontek przeżył 174 godzin, choć wszyscy stracili już nadzieję, a nawet naszykowano mu już trumnę. Opowiadał później, „nasikałem do hełmu i miałem czym wargi moczyć”. Był tak spragniony, że drzazgą z belki kłuł dziąsła, by leciała krew. Z głodu gryzł drewniany trzonek od łopaty. Ale wiedział, że go wyciągną  żywego lub martwego.

Wynoszony na powierzchnię zagorzały kibic pytał o wynik meczu (Górnik Zabrze przegrał z Manchesterem City). Do szpitala przyjechali wojewódzki szef partii i reżimowy minister górnictwa. By wynagrodzić Piontkowi przeżyty horror, przyznano mu dożywotnią rentę. Gierkowska propaganda sukcesu wykorzystała ten przypadek do swoich celów. Nakręcono o nim film, napisano poemat, książkę i komiks. Wówczas śląsk i górnictwo rządziły, a dobrze opłacani górnicy stanowili niekwestionowaną elitę klasy robotniczej.

Ale sam Piontek, który zmarł dopiero w roku ub., do pracy już nie wrócił i nigdy więcej pod ziemię nie zjechał. Nawet wiele lat po wypadku, gdy umówił się z telewizją, że zjedzie do kopalni, w ostatniej chwili zrezygnował. Czy cudownie ocalały metaniarz z „Halemby” Nowak będzie w stanie i będzie chciał wrócić do zawodu  dopiero się okaże.
Robert Strybel

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*