Bułgaria modna ponownie

Za dawnych lat 50. i 60. ubiegłego stulecia oraz panującego socjalizmu i komunizmu Bułgaria była najchętniej odwiedzanym krajem z całego bloku wschodniego. Kiedy Bułgaria postawiła na turystykę i wykorzystując swoje wspaniałe plaże wybrzeża Morza Czarnego zaczęła je zagospodarowywać szybko budując wielkie ilości hoteli, stała się jedynym dostępnym dla nas oraz wschodnich państw krajem trochę pół-tropikalnym, przede wszystkim trochę innym od naszego, gdzie już rosły palmy, gdzie było ciepłe morze z długimi plażami, gdzie było dużo ruin staro-greckich i bardzo ciekawych, egzotycznych dla nas cerkwi z pięknymi ikonami. Powstało wówczas wiele znanych kurortów nad Morzem Czarnym, a kilka z nich zyskało europejską sławę. Złote Piaski, Albena, Bałczik, Drużba czy Słoneczny Brzeg ściągały też turystów dolarowych, zachodnich. To było kolejnym magnesem. Tu na plażach mogli spotykać się Niemcy wschodni z zachodnimi, nasi z tymi z Anglii, Francji, Szwajcarii lub Japonii, mogli porozmawiać i co było częste pohandlować i kupić dolary.

 

Po skończeniu rocznego studium Kierowników Wycieczek Zagranicznych w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Katowicach i zdaniu państwowych egzaminów – w tym trzech z języków obcych – stałem się przewodnikiem i tzw. pilotem wycieczek zagranicznych w Orbisie, okręgu krakowskiego i zakopiańskiego. Często wówczas prowadziłem polskie dwutygodniowe grupy na wczasy w Złotych Piaskach. Zawsze byliśmy „przyuczani” przez naszych przełożonych z „bezpieki” o konieczności kontrolowania naszych turystów i obowiązku donoszenia do władz o jakichkolwiek kontaktach ich z ludźmi z zachodu. Nienawidziliśmy tego i nigdy nikt na powycieczkowych „przesłuchaniach” nikogo nie wsypał. Mimo że w każdej grupie była ich (bezpieki) wtyczka kontrolująca nas pilotów. Przy okazji przypominam, że w tamtych latach aż do roku 1970 nie istniała żadna turystyka zachodnia, a wyjazd do zachodnich krajów był praktycznie zupełnie niemożliwy. Pamiętam jak w 1971r. otrzymałem do prowadzenia pierwszą grupę na „zachód” do Egiptu i jaka była to wtedy sensacja. Ale ponieważ w tym samym roku otrzymałem zaproszenie do USA – które wybrałem – oddałem tę wspaniałą wycieczkę koledze pilotowi z Orbisu Zakopiańskiego.

 

W Bułgarii były też tanie, trudno u nas dostępne, owoce – świetne słodkie winogrona, brzoskwinie i przedni koniak „Pliska”. Potem doszedł inny koniak „Słoneczny Brzeg” (Slanchev Briag). W Złotych Piaskach powstało pierwsze kasyno gry, gdzie wszyscy mogli grać, ale tylko za dolary. Można też było jeździć po całej Bułgarii, zwiedzając nie tylko całe wybrzeże od Kavarny do Burgas i Sozopolu, lecz też do Sofii, Plovdiv, Rila czy Kamiennego Lasu. Z czego nasi turyści chętnie korzystali, a ja często ich tam oprowadzałem. Język bułgarski należy do grupy języków słowiańskich, podobny trochę do rosyjskiego i nawet nie znając go można się było jakoś dogadać. Gorzej było z pisownią. Bułgarzy, podobnie jak Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini i inne republiki posowieckie, używali i dalej używają tzw. cyrylicy. Jest to pismo stworzone przez bułgarskich mnichów, braci Cyryla i Metodego, w połowie IX wieku w latach późniejszych udoskonalone. Nam, ówczesnej młodzieży, nie sprawiało to jednak żadnego kłopotu, bo po wojnie wszyscy musieli się uczyć w szkołach obowiązkowo rosyjskiego języka.

 

Nic więc dziwnego, że po prawie czterdziestu latach nieobecności w Bułgarii zawsze mnie tam ciągnęło. Już od paru lat planowałem wypad do tego kraju, ale albo brakowało mi towarzysza, albo podawano mi w polskich kasach za wysoką cenę. W tym roku znalazłem chętnych na taką wyprawę (w Polsce i z Polski), jednocześnie trafiając w kasie międzynarodowej na wyjątkowo uprzejmą kasjerkę, która po podaniu normalnej wysokiej ceny docelowej powiedziała, że powinno nas wynieść to taniej gdybyśmy kupowali bilety kolejowe odcinkami, w kolejnych krajach. Było to pewne ryzyko, ale wszyscy je wybraliśmy i faktycznie na tym wygraliśmy, bo bilety były o połowę tańsze. Na pierwszym odcinku z Warszawy do Budapesztu też dostaliśmy specjalne bilety na pociąg „Chopin” za tylko 122 zł. Wobec tego kupiliśmy kuszetki i wypoczywając, wygodnie jak w hotelu, już rano o 8 byliśmy na dworcu Keleti w Budapeszcie.

 

Ponieważ mieliśmy zaplanowany całodniowy pobyt w Budapeszcie, najpierw kupiliśmy bilety z kuszetkami do Varny, dopiero potem skorzystaliśmy ze wspaniałej, parogodzinnej kąpieli w znanych źródłach gorących wód mineralnych, w Szechenyi Furdo. Na Węgrzech wymiana: za 1$ – 219 forintów.

 

Wieczorem byliśmy już w wygodnych kuszetkach, a w południe, wypoczęci, już w Bukareszcie, stolicy Rumunii. Przy wymianie dostaliśmy za 1$ – 2.80 lei. Tu była przesiadka na pociąg do Ruse, na granicy z Bułgarią. Tworzy ją tutaj szeroko rozlany Dunaj, za którym dość duże miasto Ruse stanowi kolejną przesiadkę na bułgarski pociąg do Warny, już na wybrzeżu Morza Czarnego. W Ruse była okazja, żeby zamienić pierwsze dolary na bułgarskie lewa. Za 1$ otrzymuje się 1.5 lewa. Przedziały były wygodne, prawie puste, ale łazienki zupełnie nie do użycia. Nie było ani papieru toaletowego, ani papierowych ręczniczków, ani mydła, ani nawet wody. Do Warny przybyliśmy z małym opóźnieniem, przed 21:00, ale na dworcu czekały na nas jeszcze dwa biura z zakwaterowaniem. Ponieważ był lipiec i środek sezonu, liczyliśmy się z pewnymi trudnościami w hotelach. Faktycznie, wszystkie hostele i małe hotele były zajęte, wybraliśmy więc 4-osobowy apartament – oczywiście z kuchnią, łazienką i gorącą wodą – w centrum miasta za 60 lewa, czyli 40$. Jak na takie miejsce, całkiem niezła cena.

 

Rano zaczęło się zwiedzanie. Varna to największy port, trzecie największe miasto Bułgarii i znany kurort z plażami. Dla nas Polaków znane również ze śmierci pod Varną polskiego i węgierskiego króla Władysława III Warneńczyka (stąd jego nazwa) – syna Władysława II Jagiełły, w bitwie z Turkami pod wodzą sułtana Murada II, w 1444 roku. Ale że po paru dniach deszczu była właśnie piękna, słoneczna pogoda, zwiedzanie Mauzoleum Warneńczyka odłożyliśmy na inny dzień. Wszyscy wylegli na plaże, które zaludniły się całkowicie plażowiczami i słonecznymi parasolami. Słońce prażyło, piasek parzył, parasole były niezbędne. Były jednak osoby – w większości panie – które smażyły się na rozkładanych leżakach, nie bacząc na skutki takiego opalania.

 

Korzystając więc z wyśmienitej pogody wybraliśmy się lokalnym autobusem do osławionego kurortu, do Złotych Piasków, po drodze odwiedzając w Varnie cerkiew św. Mikołaja, Wieżę Zegarową z 1880 r., Teatr Dramatyczny z Operą i główną katedrę Najświętszej Marii Panny z XIX w, czyli „Uspenie na Presveta Bogoroditsa” ze złotymi kopułami i cennymi ikonami.

 

Ceny za bilety autobusowe od 3 do 5 lewa, czyli tanio. Ale taksówki, aby były konkurencyjne, też są tanie – 10 lewa. Po drodze wysiedliśmy, aby odwiedzić bardzo znany, wykuty w skale przed wiekami klasztor – Aladża Monastyr. Dobudowano tu zewnętrzne, żelazne schody przy wejściu na drugie i trzecie piętro, co chyba zwiększyło ilość zwiedzających. Było ich wielu. Na plażę dostaliśmy się, jakąś prywatną taksówką i tu dopiero okazało się jakie wielkie zaszły zmiany. Cały teren pozaplażowy zabudowany był ogromną ilością kiosków, straganów i sklepików. Dobudowano wiele nowych hoteli, najczęściej luksusowych, drogich, a całe plaże zastawione były parasolami, leżakami, sprzętem do sportów wodnych i prywatnymi, zadaszonymi łożami z masażystkami. Trudno było nawet znaleźć kawałek wolnego piasku. Woda Morza Czarnego była wspaniała. Czysta i cieplutka. Za parasol zapłaciliśmy 7 lewa na cały dzień. Kąpaliśmy się i odpoczywali na zmianę parę godzin. Po południu pojechaliśmy taksówkę za 5 lewa do kolejnego kurortu Albena. Kiedyś był to kurort przede wszystkim dla turystów zachodnich, dużo droższy, o piramidalnych i schodkowatych hotelach i szerokiej, pięknej plaży. Teraz również plaża była dużo szersza niż w Złotych Piaskach, ładniejsza i o wiele mniej zatłoczona. A woda w czasie kąpieli równie wspaniała.

 

Na przystanku zobaczyliśmy, że są autobusy do kolejnego kurortu, do Bałczik. Po parogodzinnej kąpieli skorzystaliśmy z tego i jeszcze zwiedziliśmy Bałczik. Miasteczko położone na górzystym wybrzeżu słynie z tego, że miała tu swój pałac – zbudowany z wieżą w kształcie minaretu – królowa rumuńska Maria, wnuczka królowej Wiktorii. Kraina ta to ówczesna Dobrudża, po wojnach bałkańskich włączona do Rumunii, którą Bułgarii zwrócił dopiero Hitler w 1940 roku. Przy górnym placu zbudowano tu luksusowy hotel Bałczik. Brakło już czasu, aby odwiedzić dalej na północ położony kurort Tuzlata mający lecznicze, błotne kąpiele, oraz miasteczko Kavarna z bardzo ciekawym, skalistym przylądkiem Nos Kaliakra.

 

Wieczorem wróciliśmy do Warny na dalsze zwiedzanie miasta, na kolację i owoce, m.in. poziomki, maliny, słodkie winogrona, czereśnie i soczyste arbuzy.

 

Kolejnego dnia byliśmy umówieni rano z naszym tanim taksówkarzem z Albeny na wycieczkę do Kamiennego Lasu, czyli Pobiti Kamani, za tylko 30 lewa – wyjątkowo tanio. Z czekaniem na nas i z powrotem do Warny. Ten jedyny na świecie park jest cudem geologicznym, okrągłych, wysokich na kilka metrów słupów – ostańców skalnych. Na obszarze około 50 km kwadratowych istnieje około 15 skupisk tych skalnych słupów. Główne skupisko ma około 800 km długości i już od wielu lat udostępnione zostało do zwiedzania. Aż się wierzyć nie chce, że takie cudo jest mało znane i mało tu zwiedzających. Można je trochę porównać do naszego Skamieniałego Lasu w Arizonie, jednak są to zupełnie inne twory skalne, nie mające w ogóle struktury skrzemieniałego drzewa. Jest kilkanaście teorii naukowców na temat powstania tego lasu kamiennego, ale właściwie dalej jest to nie wyjaśnione. Geolodzy potwierdzili, że początek powstawania niezwykłych, cylindrycznych i często wydrążonych w środku słupów skalnych, sięga wstecz około 50 milionów lat. Uznano też, że skupiają energię, a najbardziej nasilone centrum energetyczne – jedyne ogrodzone kamieniami przez człowieka – nazwano Kamiennym Kręgiem Energii. Oczywiście skorzystaliśmy z niego również. Natrafiono tam też na ruiny starożytnej świątyni, gdzie pod ołtarzem archeolodzy znaleźli trzy sarkofagi, jeden w drugim. Największy był z alabastru, średni ze srebra a najmniejszy ze złota wysadzany drogimi kamieniami. Przy wyjeździe spotkaliśmy jedyną autokarową grupę z przewodnikiem angielskim.

 

Ciekawa jest też związana z Kamiennym Lasem stara legenda: Bardzo, bardzo dawno temu, żył tu urodziwy młodzian, który posiadł od Boga dar nieśmiertelności i który wyjawił mu swoje sekretne imię. Ale Bóg ostrzegł go, że jest to śmiertelna tajemnica i że za ujawnienie jej straci nieśmiertelność. Zdarzyło się jednak, że pewnego razu zobaczył w wiosce piękną dziewczynę, w której się ogromnie zakochał. Od mieszkańców dowiedział się jednak, że jest ona przeznaczona na żonę dla jednego z wszechmocnych Tytanów żyjących w okolicy. Poszedł więc do nich, aby mu ją oddali, bo bardzo pragnie, aby została jego żoną. Tytani dali mu warunek, aby wyjawił im sekretne imię Boga. Miłość była silniejsza od daru nieśmiertelności, więc się zgodził, ale poprosił o dzień zwłoki. Rano w terminie ustawił wszystkich Tytanów w różne figury i kiedy wzeszło słońce, powiedział: „Ustawieni jesteście w kształcie liter wyrazu nazwy Boga”. I w tym czasie słońce jako kara Boża zamieniło ich w stojące słupy kamienne. A młodzi żyli długo i szczęśliwie, przy czym z miejsca, w którym stali trysnęła uzdrawiająca, woda płynąca dalej aż do dnia dzisiejszego.

 

Po powrocie do Warny odszukaliśmy autobus jadący do Neseberu i wkrótce byliśmy w jego sławnym Starym Mieście. Obok przystanku była restauracja, gdzie nawet mówiono po polsku i udzielano informacji. Spacerkiem obeszliśmy to wspaniałe, z greckich czasów miasteczko, położone na niedużej, skalistej wyspie połączonej groblą i szosą z lądem stałym i nowym miastem. Pierwszymi mieszkańcami – tak jak w całej Bułgarii – byli tu Trakowie, którzy pod koniec drugiego tysiąclecia BC założyli miasto Mesembria. Około 510 r. BC doryccy Grecy zajęli i zbudowali ufortyfikowane miasto. Bili własną monetę, zbudowali teatr, świątynię Apolla, przekształcając półwysep na grecką kolonię. Przez krótki czas miasto było opanowane, od roku 72 BC, przez Rzymian, ale w III wieku odzyskali je Grecy.

 

W V wieku zaczęły przybywać na teren całej Bułgarii i sąsiednich krain plemiona Słowian. Prawdopodobnie przyszli z terenów obecnej Polski i Ukrainy, osiedlając się na stałe i tworząc późniejsze państwa Bułgarii, Serbii, Chorwacji, Slowenii, Słowacji, Czech, Ukrainy, Rosji i Polski. Kiedyś łączył je wspólny język prasłowiański. Zaraz po Słowianach przybyli na ten teren byłej Tracji Bułgarowie pod wodzą chana Asparucha. Byli dobrymi wojownikami, jeźdźcami i politykami, a pochodzili z rejonu na wschód od Morza Czarnego. Nastąpiła asymilacja ze Słowianami, a w roku 681 utworzenie Pierwszego Bułgarskiego Cesarstwa ze stolicą w Pliska. Przetrwało ono około 200 lat. W VII wieku Neseber przejęli Bizantyjczycy umacniając obwarowania i lokując tu swoją wojenną flotę. Już w 812 r. miasto opanowali Bułgarzy, którzy pod wodzą chana Kruma dochodzili do rozkwitu i świetności. Nastąpiła ona pod koniec IX wieku za panowania cara Symeona.

 

Po wieloletnich walkach z Turkami, w 1371 roku, miasto – i prawie cała Bułgaria – przeszło pod panowanie Turków. Pomimo czterech dużych powstań, krwawo stłumionych przez Turków, cała Bułgaria pozostawała pod ich panowaniem przez prawie 500 lat, do roku 1878.

 

W tamtym 1878 roku Bułgaria uzyskała niepodległość, po zwycięskiej wojnie Rosji z Turcją. Na pewno było to jednym z powodów silnej prorosyjskiej sympatii, a w latach po II wojnie światowej i bułgarskiego komunizm dużego uzależnienia się od Rosji Sowieckiej.

 

Kiedyś było tu w Neseberze 40 cerkwi, pozostało 10. Ciekawa jest stara architektura bułgarska. Poza cerkwiami średniowiecznymi i starymi murami obronnymi z IV wieku, przy wąskich uliczkach stoją stare domki o parterze z kamienia i pięterku z wykuszami z drzewa. Wszędzie mnóstwo straganów z pamiątkami, ładnymi kartkami i lokalnymi muszelkami. Po zwiedzeniu i obfotografowaniu, przejechaliśmy kilka km na sławną plażę i kąpielisko Słoneczny Brzeg (Slanchev Briag). Ponownie wspaniała kilkugodzinna kąpiel w ciepłym Czarnym Morzu i wieczornym autobusem powrót do Warny. Mieliśmy już kupione sypialne bilety na nocny pociąg do Plovdiv, po odebraniu więc bagaży z naszego Biura Astra Tour mogliśmy spokojnie poczekać na odjazd. Żałujemy tylko, że brakło nam czasu na odwiedzenie Mauzoleum Władysława  III Warneńczyka.

 

Rano, przed 6, wypoczęci i wyspani byliśmy już w Plovdiv. Mieliśmy w naszym planie odwiedzić kolejny cud natury, czyli różowe piramidy Kardżali w górach Rodopy. Nie tracąc więc czasu dostaliśmy się autobusem przez Asenovgrad do miasta Kardżali. Ponieważ do skalnych piramid nie było żadnej komunikacji miejskiej, dostaliśmy się tam, czyli 5 km za miastem, taksówką. Kosztowała tylko 5 lewa, znowu bardzo tanio. Oczywiście od razu zamówiliśmy ją na powrót. Do różowych, skalnych piramid Kardżali, zwanych tu Swatba Wkamenenata, dostaliśmy się kilometrową, ostro pnącą się pod górę ścieżką. Były to bardzo ciekawe, białe i różowe ostańce skał wapiennych w najróżniejszych formach i rozmiarach.

 

Wiąże się z nimi krótka legenda: Dawno temu w prawiekach odbywało się we wsi wesele. Mama pana młodego pozazdrościła urody pannie młodej, przez co bogowie ukarali weselników zamieniając wszystkich w kamienne ostańce o różnych kształtach. Stojące na froncie dwie bliźniacze, różowe wieże skalne zupełnie przypominają parę młodą. Po obejrzeniu wszystkiego w tej głównej grupie, podczas dużego upału zeszliśmy do szosy, gdzie już taksówka czekała. Z Kardżali w ten sam sposób wróciliśmy do Plovdiv i pierwszym pociągiem dojechaliśmy do stolicy, Sofii.

 

Z hotelami nie było problemu. Mieliśmy do wyboru małe, większe i hostele. Wybraliśmy mały hotel „Sylwia” w pobliżu dworca. Był czysty, tani i komfortowy. Tym razem chcieliśmy najpierw pojechać w góry Rila, odwiedzić sławny klasztor – Rilski Monastyr, a dopiero potem Sofię. Wygodny autobus dowiózł nas rano przez Dupnicę do Błagojewgradu, skąd kolejny, lokalny, do miasteczka Rila, w górach Rila. Pozostałe 15 km pięknym, górskim wąwozem przejechaliśmy trzecim autobusem, wszystkie za małą opłatą od 2 do 5 lewa. Ozdobna brama prowadziła do wnętrza na dziedziniec i każdy, kto ją przekroczył, wydawał okrzyk zachwytu. Był to piękny 3-piętrowy klasztor, zbudowany w formie czworoboku o wewnętrznych ścianach wyłożnych piętrowymi, białymi kolumnami połączonymi łukami. Wewnątrz stała urocza, duża cerkiew Bogurodzicy z kopułami, otoczona łukową kolumnadą o wspaniałych, bardzo kolorowych wewnątrz freskach religijnych. Wewnątrz cerkiew była bogato zdobiona i posiadała cenne ikony. Klasztor nazwany jest imieniem fundatora, św. Iwana Rilskiego, patrona Bułgarii. Pochodzi z X wieku, ale z tamtych czasów została tylko – stojąca za cerkwią – wieża Chrejło. Cały obecny klasztor zbudowany był w latach 1812 do 1847. Stary klasztor zniszczony był przez Turków w XVIII wieku. We wschodnim skrzydle znajdowało się muzeum ze skarbami, drogimi ikonami i świętym krzyżem Rafaila. Na miejscu była poczta ze znaczkami, a wokół klasztoru miniwioska turystyczna. Można tu było kupić wiele pamiątek, ikony, kartki, sławny bułgarski olejek różany, napoje i lody. Cały czas było gorąco i słonecznie.

 

W programie mieliśmy zwiedzić jeszcze inne piramidy zwane „Czerwone Stabskie Piramidy”, po drodze przy wiosce Stab, tuż za miasteczkiem Rila.

 

Ponieważ trafił się nam bezpośredni autobus z Rilskiego Monastyru do Sofii i ponieważ po drodze zobaczyliśmy wielki foto-mural o tych piramidach, zrezygnowaliśmy z ich zwiedzenia, jadąc prosto do Sofii. Foto-mural przedstawiał grupę skałek, wyerodowanych w kształcie małych czerwonawych słupo-piramidek, przypominający jakiś mizerny fragment naszego Parku Bryce Canion. Nie było więc to dla nas żadne cudo. Jedyne czego żałowaliśmy z tego regionu, to dość wysokie piaskowcowe piramidy na południe od nas, za Mielnikiem. Pozostało nam za to więcej czasu na zwiedzenie Sofii.

 

Wróciliśmy na inny, mały, południowy dworzec (autogara). To z niego właśnie odchodzą bezpośrednie autobusy do Rilskiego Monastyru. Tramwajem dojechaliśmy do centrum, gdzie już pieszo zaczęliśmy zwiedzanie. Sofia, stolica Bułgarii i największe 1.5 milionowe miasto, skupia około jednej piątej wszystkich mieszkańców kraju. Otoczone brzydkimi gmachami mieszkalnymi z czasów powojennych, jej środek, czyli centrum, zwany Sofią carską i bizantyjską, stanowi perełkę bułgarskiej architektury. Na jej miejscu stała pierwsza rzymska osada Serdika, z której pozostała tylko garstka ruin w rejonie bliskiej hali targowej Halite. Końcowy przystanek był w okolicy wielkiego gmachu Narodowego Muzeum Historycznego przy nowoczesnym bulwarze Vitosza. Północny jego koniec zamyka centralnie położony plac i cerkiew św. Nedelji z XIX wieku.

 

Było to również centrum starożytnej Serdiki. Wewnątrz znajdują się najpiękniejsze ikony z całego kraju. Przed wejściem jest tablica upamiętniająca nieudany zamach na cara Borysa III z wysadzeniem jej w powietrze w 1925 roku. Za placem stoi duży hotel Sheraton Bałkan, a z tyłu za nim pałac prezydencki z malowniczymi strażnikami. Dalej za hotelem widoczny był budynek CUM (Centralnyj Uniwersalnyj Magazin), obecnie nowe centrum handlowe, jedyny meczet Sofii – Bania Baszi i sławna, lecz nie podobająca się wielu autorom statua Sofii z 2001 roku.

 

Przechodząc dalej oglądamy rotundę i cerkiew św. Georgi z IV wieku, która jest najstarszym budynkiem w mieście, otoczonym resztkami rzymskich ruin. Przechodząc na skróty przez uroczy Park Gradski mijamy ładny Teatr Narodowy Ivana Vazova, dochodzimy do bardzo ładnej cerkwi św. Mikołaja (Chudotworec). Ma pozłacane, cebulowate kopuły a wewnątrz kryptę uwielbianego biskupa Serafina (zmarł w 1950 r.). Trochę dalej odwiedzamy najstarszą cerkiew stolicy z V wieku, od której miasto wzięło nazwę – cerkiew św. Sofii. Naprzeciwko niej stoi – chyba najpiękniejsza – duża cerkiew św. Aleksandra Newskiego. Cerkiew o lśniących, złotych kopułach, zbudowana w latach 1882 do 1912 w stylu neobizantyjskim, nazwana imieniem rosyjskiego cara, który zwyciężył Szwedów w 1240 roku. Był on również świętym patronem cara Aleksandra II, będącym u władzy w czasie budowy cerkwi. Wewnątrz jest sławna krypta Aleksandra Newskiego i muzeum chyba największej ilości ikon i artefaktów starobułgarskich. Po prawej stronie widoczny był budynek Bułgarskiego Parlamentu, a z tyłu Bibloteka Narodowa i Uniwersytet Sofii. Powróciliśmy pieszo po ulicy Moskowskoj, dalej tramwajem na dworzec kolejowy (gara), aby odebrać bagaż z hotelu i nocnym sypialnym pociągiem wygodnie dojechać do Belgradu, stolicy Serbii. Nie zapomnieliśmy też po drodze na dworzec kupić sławne bułgarskie koniaki „Pliska” i „Slanchev Briag”.

 

W Belgradzie byliśmy wcześnie rano, a po trzech godzinach udaliśmy się pociągiem do Budapesztu. Tu już czekał na nas wygodny nocny pociąg z kuszetkami do Warszawy, zamykający naszą ciekawą bułgarską przygodę w lipcu 2010 roku.

 

Tekst i zdjęcia:

Jerzy Skwarek

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*