Bezsenność w Seattle

Seattle już od pierwszej chwili robi dobre wrażenie. To stosunkowo młode miasto zachwyca położeniem, nowoczesną architekturą i … kameralnością. Tak, choć liczy ponad milion mieszkańców daje się tu odczuć jakąś prowincjonalność, miłą wprawdzie, ale prowincjonalność. Seattle już same w sobie atrakcyjne, dodatkowo stanowi wspaniałą bazę wypadową na okalające je góry, morza z licznymi wyspami, półpustynie za pasmem Gór Kaskadowych. Niedaleko stąd również do miasta Vancouver (sto kilkadziesiąt mil) dumy kanadyjskiej prowincji Kolumbii Brytyjskiej.

W Seattle jest chyba wszystko, czego może oczekiwać turysta, pod jednym wszakże warunkiem, że przyjedzie we właściwej porze roku, tj. latem lub wczesną jesienią. Później, aż do kwietnia, maja, mokry dzień jest regułą, a nie wyjątkiem. Mieszkańców miasta nie może zatem zdziwić widok koszulki z napisem: „Seattle. Pora deszczowa: 1 stycznia 31 grudnia”. Rzeczywiście, dwa pasma górskie zatrzymują potężne ilości wody a na położoną sto kilkadziesiąt mil na północ od miasta wulkaniczną górę Mt. Baker spada ogromna ilość śniegu jednego roku zanotowano tu 1140 cali śniegu czyli prawie 29 metrów! Obfitość opadów sprawia, że na wschodnich skłonach Gór Olimpijskich i wielu innych wysokich górach występuje nawet las deszczowy. A trzeba pamiętać, że to cały czas umiarkowana strefa klimatyczna a nie tropiki czy subtropiki.

Wysokość otaczających Seattle gór sprawia, że w odległości zaledwie kilkudziesięciu mil od miasta z potężnymi lasami kontrastują lodowce. Jakby tego było mało, woda jest nie tylko na wysokościach, ale też pod nogami, i to w wyborze. Ci, co nie lubią bowiem słonej wody, głębokiej i nadzwyczaj długiej zatoki Puget Sound, mają do dyspozycji słodkowodne jeziora w samym mieście, w tym ogromne, prawie trzydziestokilometrowe jezioro Washington. Na spółkę z zatoką obejmuje ono Seattle w kleszcze, determinując przy tym system komunikacji miasta.

Domy na wodzie
Jezioro Washington jest prawdziwym skarbem miasta, i to także w dosłownym sensie. Tysiące domów ma bezpośredni dostęp do niego. Wspaniałe willepałace usadowione wzdłuż jego wybrzeża kosztują jednak krocie. Marian Strutyski, inżynier z firmy produkującej ciężarówki Kenworth, za swój dom położony w pięknej dzielnicy w Bellevue, 300 metrów od jeziora, wyjawił, że za swoją posiadłość nie byłby w stanie kupić nawet nadbrzeżnej parceli. Jest jednak za co płacić. Bezpośredni dostęp do ogromnego jeziora, które ma połączenie z oceanem, możliwość cumowania przed domem hydroplanu (wcale nie taka wyjątkowa rzecz w Seattle) i wspaniały widok na akwen, dla wielu stanowi pokusę nie do odparcia. Trudno się więc dziwić, że Bill Gates właśnie tutaj wybudował swój nowoczesny pałac. Ale jezioro stanowi bogactwo dla wszystkich, nie tylko dla zamożnych. Woda jest tu czysta, w lecie nagrzewa się do przyzwoitej temperatury, zapraszając do kąpieli. Zachęca do tego ciepłe, ale nie za gorące lato, które nie męczy wilgotnością, jak w Chicago.

Najlepiej rowerem lub kajakiem
Do zwiedzania Seattle i jego okolic wspaniale nadaje się canoe, kajak lub rower. Jezioro Washington łączy bowiem z oceanem kanał i rzeka. Obok samego śródmiecia przepływa ona przez małe jezioro, Union Lake, w którym przeglądają się wieżowce miasta. Do ciekawostek tego miejsca należy małe osiedle pływających domów. Warto przespacerować się po lekko falujących ulicach. Ponieważ dostęp do tego miejsca jest ograniczony trzeba zachowywać się tak, jakby się było właścicielem któregoś z domów lub gościem gospodarzy. Już bliżej ujścia, przed śluzami, w których można zobaczyć przepływające łososie, usadowił się mały port rybacki. Wolny od fetoru patroszonych ryb, dodaje Seattle uroku, wzbogacając i tak już urozmaicony obraz miasta. Tutaj osiedlali się kiedyś Skandynawowie, co nadal jest widoczne po wyglądzie okolicznych dzielnic. Nie trzeba dodawać, że można skosztować tu najświeższych owoców morza w jednej z kilku restauracji. A ryby i wszystko inne co można wyciągnąć z morza jest tu rzeczywiście świeże. Piotr Pawlukiewicz, brat muzyka Jana Kantego, chwalił kiedyś Waszyngton jako miejsce, gdzie można znaleźć najlepsze w Ameryce ostrygi. Niełatwo go jednak przekonać, aby wskazał miejsca, gdzie dałoby się uzbierać choć wiadro tych smakołyków.

Zwiedzanie kajakami usianej wyspami i półwyspami zatoki, choć kuszące, nie jest jednak dość bezpieczne. Na skutek przypływów powstają tu bowiem silne prądy i wiry zagrażające nawet motorówkom i jachtom. Rowerem natomiast dojedzie się tu wszędzie, może za wyjątkiem ogromej wyspy na jeziorze Washingtona, którą łączy z miastem pływający most austostrada. Taki sposób zwiedzania Seattle stanowi prawdziwą przyjemność, tym bardziej, że rowerzyści nie muszą zbytnio obawiać się spalin, jak w Londynie, czy niebezpiecznego ruchu, jak w Nowym Jorku czy Chicago. Pod tym względem Seattle przypomina trochę tonący w zieleni Wiedeń. W mieście Microsoftu (faktycznie siedziba firmy znajduje się w pobliskim Redmond) istnieją dziesiątki, jeżeli nie setki kilometrów tras rowerowych, którymi z uwagi na łagodny klimat można poruszać się niemal cały rok. Gdy wyjątkowo w Seattle spadnie śnieg nikt nie usuwa go z dróg, czekając cierpliwie aż sam stopnieje. Dla wielu takie opady to widoczny znak działania opatrzności: nie trzeba wówczas usprawiedliwiać absencji w pracy czy w szkole.

Wieczorem koniecznie należy się wybrać na rejs promem do jednej z wielu miejscowości rozsianych po drugiej stronie zatoki. Najlepiej uczynić to na pół godziny przed zachodem słońca. Wówczas, wypływając z miasta będziemy mieli jego widok w gasnących promieniach słońca, a wracając godzinę później, ujrzymy Seattle w całej glorii świateł. Bilet w dwie strony kosztuje 5,5 dolara, znacznie mniej niż na specjalny rejs po zatoce czy do Juan Islands.

Wykończeniem wspaniałej architektury miasta, pośród gór i wód, są wzgórza, na których rozkłada się miasto. Najpiękniejsze z nich to z pewnością Magnolia, wyglądająca niemal jak wyspa przylepiona do Seattle. Tu właśnie (oprócz wzgórza Quinn Ann) znajdziemy jeden z najbardziej urzekających widoków na miasto, zatokę i Góry Olimpijskie (park narodowy). Park Discovery, perełka Magnolii, wznosi się kilkadziesiąt metrów nad Puget Sound. Tutaj można uchwycić w jednej linii zatokę, miasto i niemal cztero i półtysięczny wulkan (Mt. Rainer) wyrastający zaraz za Seattle.

Z wizytą u Polaków
W Seattle są dwa centra polonijne: Misja Polska przy kościele św. Małgorzaty Szkockiej na stoku Quinn Ann i Dom Polski powstały już w 1918 roku. Ponieważ Polonia w mieście nie jest aż tak liczna, wielu Polaków udziela się i tu, i tam. Są oni jednak bardzo aktywni udaje się im nawet czasami skusić artystów z Polski, by wychylili się poza Chicago, Nowy Jork czy Montreal i odwiedzili ten kraniec Ameryki. Tutejsi Polonusi są również niezwykle gościnni. Niełatwo byłoby zliczyć wszystkich, którzy doświadczyli ich pomocy i gościnności. Np. państwa Strutyńskich regularnie wizytowali piloci „LOTu”, którzy kształcili się w Seattle głównej siedzibie Boeinga (obecnie zarząd korporacji znajduje sie w Chicago).

Niemało przewinęło się tu również studentów, artystów, polityków, różnych emigrantów i po prostu ludzi potrzebujących pomocy. Dla Mariana i Barbary Strutyńskich, jak i dla wielu innych tutejszych Polaków życie Domu Polskiego i parafii splotło się z ich własnym tak bardzo, że nie wyobrażają sobie bez nich życia. Kilka lat temu ta mała społeczność doznała jednak ogromnego wstrząsu. Nowa grupa emigrantów pod wodzą Jerzego Janeczka, którego pamiętamy z filmów o Pawlakach i Kargulach, nie mogąc dojść do porozumienia z dotychczasowymi władzami w Domu Polskim, utworzyła konkurencyjną organizację kulturalnospołeczną. Podzieliło to dość radykalnie społeczeństwo polskiej polonii w Seattle.

Na szczęście, zadane rany, jak się zdaje, zagoił czas i … choroba nowotworowa Agnieszki, dziewiętnastoletniej emigrantki. To właśnie na koncercie w sali parafialnej (neutralny grunt), który miał na celu zebranie funduszy na ratowanie jej życia, zgromadziły się tłumy z obydwu obozów. W krótkim czasie zebrano kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Niestety, choroba okazała się silniejsza Agnieszka odeszła z tego świata. Wśród tutejszej Polonii pozostawiła po sobie nie tylko obraz żywej, zdolnej i ładnej dziewczyny. Pozostawiła coś jeszcze: organizowanie pomocy dla niej stało się okazją, by Polacy mogli się sami przekonać, że w ważnej sprawie są w stanie stanąć ponad podziałami.

Na deser kawa
Seattle, pomimo iż stanowi dużą, porównywalną z Warszawą metropolią, pozostaje miastem spokojnym i kameralnym. Wybierając się więc w okoliczne lasy, góry czy wody, człowiek zdaje się nie odczuwać zbyt wielkiej zmiany. I tu, i tam panuje intensywna zieleń. Gdybyśmy mieli jednak pecha i trafili na sezon deszczowy, nie zapomnijmy, że Seattle stanowi prawdziwą Mekkę dla kawoszy. To chyba stąd rozpoczął się obecny renesans kawiarń w Stanach Zjednoczonych kawiarń, które parzą prawdziwą kawę, a nie jej substytuty. A znalezienie jednej z nich, czy to ze znanych sieci Seattles Best Coffee lub Starbucks Coffee, czy jakiejkolwiek innej, nie zajmie zbyt dużo czasu. Popijając dobrą kawę w jednej z nich łatwiej można zrozumieć, dlaczego wymyślono urlop.

Ks. Marek Jurzyk

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*