Bez tytułu

O prezesach firm amerykańskich

W czasie kampanii wyborczej przed pierwszą kadencją prezydent Bush zwykł przedstawiać swoją wizję sprawowania urzędu prezydenckiego jako chief executive officer (skrót CEO) w dużej firmie. Ta angielska nazwa po polsku oznacza prezesa zarządu a póki co, sam termin utrzymuje się bez zmian. W języku angielskim, kilkadziesiąt lat temu, w powszechnym użyciu było słowo president dla oznaczenia funkcji tej, którą w polskim życiu gospodarczym sprawował prezes. Ta ewolucja w nazewnictwie biznesowym najszybciej wystąpiła w Stanach Zjednoczonych. W bardzie zachowawczej Wielkiej Brytanii jeszcze dalej używa się słowa president dla prezesa zarządu w spółkach. Dotyczy to również funkcji polskiego wiceprezesa do spraw finansowych a po angielsku chief finance office (skrót CFO)  zastrzec trzeba, że taki wiceprezes nie jest głównym księgowym. Gdy doszło do bankructwa amerykańskiego koncernu Enron, największą winę udowodniono właśnie samemu chief executive officer oraz chief finance officer, przez kreatywną księgowość (czytaj fałszerstwa finansowe), w której obracano setkami milionów dolarów a bardzo duże kwoty przekazywano na prywatne konta.

Frima Enron a po niej Worldcom stały się, pisze Robert J. Samuelson w bieżącym komentarzu, powszechnie znanymi symbolami skandalicznych praktyk w amerykańskim biznesie. Do niedawna jeszcze o amerykańskich CEO i CFO pisało się jako o architektach Nowej Ekonomii. Teraz pisze się, że w Ameryka to korporacyjny Watergate. To prawda, ale przy całej nagonce na szefów amerykańskich firm, dodaje Robertson, zapomina się, że zmiany, jakie zaszły na tych stanowiskach, nie przysłużyły się najgorzej amerykańskiej gospodarce. Szefowie przestali być biurokratami, podjęli walkę o większe zyski.

Szefów firm nazywa się teraz brutalami i egoistami, którzy zamykają fabryki, zmniejszają składki na ubezpieczenie zdrowotne i obcinają zarobki a jednocześnie dla siebe załatwiają olbrzymie wynagrodzenia. Skoro liczby są najlepszą ilustracją, trzeba podać, pisze autor, że w 2004 roku średnie wynagrodzenie szefów 179 wielkich firm wyniosło 9,84 miliona dolarów  a to jest wzrost o 12 procent w stosunku do wysokości wynagrodzeń w 2003 roku. W tym samym okresie 20032004 wynagrodzenie pracowników wzrosło tylko o 4,5 procenta. Gdy pisze się o zwiększaniu zysków, dokonywanym obsesyjnie i z zimną krwią, często pomija się korzyści społeczne a najczęściej fakt, że następująca przy tym większa wydajność pracy, jako produkt uboczny pogoni za zyskami, jest źródłem wyższego poziomu życia. Ta wydajność jest efektem wielu czynników, ale najważniejszymi są nowe technologie, wykształcenie pracowników, wysokość inflacji i zarządzanie.

W latach 60. i 70., szefowie firm wywodzili się prawie zawsze spośród pracowników tej samej firmy, a ich głównym zadaniem były ochrona firmy i dbanie o jej dobrą opinię. Ich wynagrodzenie było takie samo, pisze dalej Robertson, jak wynagrodzenie biurokratów na stałym etacie. Rentowność i wydajność traktowano jako rzeczy pewne, bo zarządzanie amerykańskimi firmami uznawane było za najlepsze. Nastawienie zmieniło się pod wpływem bodźców zewnętrznych, czyli konkurencji z zewnątrz i z kraju. Na stanowiskach kierowniczych rady nadzorcze zaczęły zatrudniać ludzi spoza firmy, o wymaganych cechach jak indywidualistyczne podejście, charyzma i zdolność do wyciskania coraz większych zysków przez lepsze wyniki gospodarcze. Zmiana podejścia doprowadziła do nadużyć i oszustw, czyli do nadmiernie rozdmuchanych wynagrodzeń w trakcie negocjacji z kandydatami. Ilustruje to wzrost wynagrodzeń dla szefów  o 146 procent w latach od 1993 do 2003 roku. Obecnie szefowie przedsiębiorstw nie mają żadnych zahamowań, bo wychodzą z założenia, że skoro mają osiągać maksymalne zyski, to przysługują im także maksymalne wynagrodzenia. Takie nastawienie prowadzi do fałszowania księgowości, aby wykazać, że zyski i ceny akcji giełdowych pozornie rosną.
Jeszcze o nominacji Boltona  nadal
kontrowersje

W przyszłym roku minie 65 lat od podpisania Karty Atlantyckiej przez Roosevelta i Churchilla  w czasie tajnej konferencji na pokładzie okrętu zacumowanego przy wybrzeżach Nowej Fundlandii. Karta stanowiła zobowiązanie Stanów Zjednoczonych i Anglii do stworzenia warunków wolności i równości między państwami. Na tej podstawie powstała po wojnie Organizacja Narodów Zjednoczonych, która po zakończeniu zimnej wojny stała się, jak pisze dziennik „Washington Post”, instrumentem światowego bezpieczeństwa. Tę ocenę wystawia dziennik w kontekście nominacji Johna Boltona, wysokiego urzędnika (numer trzy) w hierarchii Departamentu Stanu, na amerykańskiego ambasadora przy ONZ i przypomina słowa sekretarza stanu pani Condoleezzy Rice, że Bolton jest jednym z „najsilniejszych głosów” w obronie interesów amerykańskich, tak jak poprzednio, jej zdaniem, Daniel Patrick Moynihan i kolejna kobieta Jeane J. Kirkpatrick.

Jak teraz pisze się o światowej organizacji w prasie amerykańskiej, przy okazji nominacji dyplomaty z Departamentu Stanu do pracy w Nowym Jorku? Organizacja Narodów Zjednoczonych, jak pisze dalej „Washington Post”, była skutecznie wykorzystywana przez Amerykę przy uchwalaniu rezolucji przeciwko wrogom  w tych przypadkach Amerykę reprezentowali umiejętnie działąjący dyplomaci. Pod tym względem, zaznacza dziennik, nominacja Boltona budzi wątpliwości.

Obrońcy nominata powiadają, że jest on doświadczonym urzędnikiem państwowym, pragmatykiem umiejącym posłużyć się Radą Bezpieczeństwa do realizacji interesów Ameryki. Jednak po ostatnich czterech latach pracy kandydata nie można tego stwierdzić z całym przekonaniem, bo pokazał się on jako zdecydowany przeciwnik Międzynarodowego Trybunału Karnego czy traktatów o kontroli zbrojeń. Twardo zmuszał inne państwa do podpisania bilateralnych umów, by nie stawiały obywateli amerykańskich przed Trybunałem, miał podważać wielostronne negocjacje z Koreą Północną nt. programu zbrojeń nukleranych prowadzonych przez to państwo, niepowodzeniem zakończył się program, przez niego nadzorowany, a dotyczący niszczenia rosyjskiego plutonu. Ponadto stawiał przeszkody na drodze do porozumienia między administracją i rządami Anglii, Francji i Niemiec w sprawie wspólnego stanowiska wobec Iranu (jak informuje dziennik, sekretarz stanu pani Rice podpisała to porozumienie w parę tygodni po odejściu Boltona z Departamentu Stanu).

Gdy takie zarzuty wysuwa „Washington Post”, inny dziennik, „New York Times”, pisze w artykule Davida Brooksa, że Bolton jest odpowiednim kandydatem na szefa amerykańskiej misji właśnie dlatego, że potrafi bronić amerykańskich interesów w ONZ, której Amerykanie nigdy nie zaakceptują jako niebezpiecznej iluzji, jako miejsca, gdzie spotykają się przedstawiciele władz nie pochodzących z wyborów czy technokraci potajemnie podejmujący decyzje. Nie można akceptować tej organizacji jako źródła prawa mającego nadrzędną rolę wobec prawa amerykańskiego. Nie pozwolimy, pisze autor, aby transnarodowe organizacje stanęły nad amerykańskimi prawami, przepisami i precedensami. W tych sprawach, dodaje Brooks, „Bolton jest na dobrej pozycji. To on doprowadził do zmiany ONZwskiej rezolucji uznającej syjonizm jako rasizm. On kierował pracami nad odrzuceniem Międzynarodowego Trybunału Karnego przez Stany Zjednoczone. Wielokrotnie dowodził on, że ONZ może być dobrym forum do współpracy między krajami, ale nigdy nie może stać się nadnarodową władzą (ustawodawczą)….”
źródła:
 o prezesach firm amerykańskich za dziennikiem „Washington Post”, wydanie na 13 kwietnia, artykuł „The New Economic Warriors”, autor Robert J. Samuelson, str. A17,
 o kontrowersjach przy nominacji Johna Boltona na szefa amerykańskiej misji przy ONZ, za 1) dziennikiem „Washington Post”, wydanie na 11 kwietnia, artykuł redakcyjny „The Bolton Nomination”, str. A18; 2) za dziennikiem „New York Times”, wydanie na 14 kwietnia, artykuł „Loudly, With a Big Stick”, autor David Brooks.

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*