Apoteoza karaibskiego rejsu w 2011 r.

Pomimo ogłaszanego wszędzie kryzysu zainteresowanie rejsami na luksusowych statkach jest coraz większe. Ilość linii oceanicznych stale wzrasta, a każda z linii dokupuje coraz to więcej i coraz to większe statki. Wielu z nas uważa, że taki rejs na Karaiby, to najwspanialsza okazja spędzenia wygodnie i komfortowo swoich wakacji. To właśnie jest powodem, że od kilkunastu lat korzystamy z tej formy wypoczynku. Do największych pod względem ilości statków i napewno najpopularniejszych należy Carnival Cruise Line, która też ma kilka nowych statków-kolosów i należy do najtańszych. Druga w kolejności, to Holland America Cruise Line. Kolejne to Celebrity Cruises, oraz Norwegian Cruise Line. Do bardziej luksusowych i przy tym nieco droższych należy Princess Cruises, a chyba Linia o największym luksusie i najwyższych cenach to Royal Caribbean International Cruise Line, robiąca też rejsy transatlantyckie, na Hawaje i do Australii. Droga Oceania Cruises specjalizuje się w rejsach yachtami, transatlantyckich, azjatyckich i północno-europejskich.

 

Princess Cruisess organizuje też 108-dniowe rejsy dookoła świata, za „tylko” – bagatelka – 22 tysiące dolarów (cena zniżona z 49, 500$). Jeszcze droższy jest podobny rejs przez The Yachts of Seabourn, na 86 dni za 39, 500$ (cena zniżona z 79, 000$). Istnieje jeszcze Disney Cruise Line, która preferuje przede wszystkim rodziny z dziećmi, oraz mała „Discovery” pływająca na Bahamy na 1 do 3 dni. Wybór więc jest duży i na każdą kieszeń.

 

Cena oczywiście zależy od jakości kabiny. Najtańsze to kabiny wewnętrzne, bez okien, najdroższe to te na samej górze, oraz te z balkonami. Najnowsze statki to ogromne 12- lub 14-piętrowe kolosy, nazywane samowystarczającymi miastami pływającymi. Jest tam prawie wszystko: kilka jadalni-restauracji, otwarty bufet – przeważnie na górnym, słonecznym, 12 pokładzie, kilka basenów kąpielowych, kilka – od 6 do 12 jacuzzi, sale gimnastyczne wyposażone całkowicie w sprzęt do ćwiczeń, siłownie, tory do biegania i chodzenia, wodne zjeżdżalnie dla dzieci i młodzieży, Spa do zabiegów i masaży, kilka sal z orkiestrami do słuchu lub do tańca, olbrzymi amfiteatr przeważnie na 1000 widzów na cowieczorne pokazy rewii typu „Las Vegas”, przeróżne sklepy robiące dodatkowe biznesy na odpowiednio droższych na statku artykułach (a szalejących kupujących nigdy nie brakuje), galerie malarstwa i galeria-studio fotograficzne. Ich zawodowi fotografowie (na każdym statku) uwijają się jak w ukropie, strzelając tysiące zdjęć wszędzie: przy wejściu na statek, przy zejściu, w portach postoju, w restauracjach, na pokładach i najwięcej na schodach zawsze pięknie wyposażonego, centralnie ustawionego, wysokiego atrium. I pomimo wariacko wysokiej ceny i mimo, że prawie każdy ma teraz swój aparat, ogromne ilości ludzi jednak kupują te swoje zdjęcia.

 

Można jeszcze dodać gwoli informacji, że właściwe rejsy karaibskie dzielą się na trzy geograficzne strefy operacyjne: Karaiby wschodnie, południowe i zachodnie. Trasy na Karaiby wschodnie to wyspy Bahama, Turk & Coicos, Wyspy Dziewicze USA i Brytyjskie, Puerto Rico, Dominikana na Hispanioli, oraz północna część Małych Antyli. Karaiby południowe to południowa część Małych Antyli, łącznie z piękną, rajską wyspą Santa Lucia, Aruba, Bonaire, Curacao – czyli sławne wyspy wspólnoty holenderskiej A, B, C – oraz dawniej Wenezuela. Obecnie, od paru lat już tam statki – z powodu złych stosunków politycznych – nie dopływają. A szkoda, bo to bardzo ciekawy kraj. Karaiby zachodnie to najczęściej kraje Ameryki Środkowej jak Honduras, Guatemala, Belize, Maksyk, oraz wyspy Jamajka i Caymany ze stlicą Georgetown.

 

Oprócz tego istnieją jeszcze, trochę droższe rejsy panamskie ze zwiedzaniem Kanału Panamskiego, oraz po stronie zachodniej i Pacyfiku, do portów zachodniego wybrzeża Meksyku i na Alaskę. Na północno-wschodniej części USA, są też rejsy do Kanady i na Bermudy.

 

W październiku tego roku udało nam się „skrzyknąć” miłą grupę podróżniczek-seniorek i wykupić kilka najtańszych – po okazyjnej cenie – kabin na potężnym, nowym statku „Norwegian Star”, obsługiwanym przez linię Norwegian Cruise Line, na trasie zachodniej z Tampy na Florydzie. Część grupy poleciała samolotem w przeddzień rejsu, czyli w sobotę bezpośrednio do Tampy, a część pociągiem do Nowego Orleanu i dalej wynajętym samochodem do Tampy i North Port, na Florydzie. W Nowym Orleanie, w Louisinie, było już ciepło i słonecznie. Zwiedziliśmy więc w ciągu paru godzin kilka atrakcji tego byłego francuskiego miasta. Downtown z tramwajami i kolejkami Street Car, French Quarter ze sławną Bourboun Street i jej klubami-restauracyjkami jazzowymi, French Market ze straganami pamiątek i różnokolorowych masek karnawałowych, starą Mennicę Państwową, złotą statuą Joanny d’Arc, Park Louisa Armstronga z jego najnowszym trójgłowym pomnikiem, sąsiedni cmentarz z katakumbami oraz Plac Jacksona z jego pomnikiem i Katedrą św. Ludwika. No i oczywiście wybrzeże Mississippi z rejsami statkiem parowym „Natchez”.

 

Trzeba tu przypomnieć, że najpopularniejsze rejsy na Karaiby to rejsy tygodniowe. Na 7 nocy i 8 dni. Statek kończy swój rejs w niedzielę rano, np. w Tampie, a zaczyna nowy po południu, między 4 a 5, tego samego dnia w niedzielę.

 

Nasz „Norwegian Star” okazał się 14-pokładowym kolosem zabierającym 2, 5 tys. pasażerów i mający załogę w ilości 1100 osób. Walizki już na dole – z numerami kabin zabierają tragarze, a my po okazaniu odpowiednich dokumenów otrzymujemy rejsowe ID, którymi się legitymujemy przy wyjściach i wejściach na statek, na poszczególnych postojach w portach.

 

Kabiny najczęściej są 2-łóżkowe, ale po rozłożeniu ukrytych w ścianie, mogą być piętrowe, 3 lub 4-osobowe. Otrzymuje się też przydział restauracji, do której wieczorami należy przychodzić ubranym wizytowo. Można też jeść zupełnie swobodnie, sportowo ubranym, na górze w wielkiej restauracji z bufetem i samoobsługą. A jedzenie, ach to zupełna fantazja! Chyba właśnie z tego jedzenia, czyli „wielkiego żarcia” słyną przede wszystkim morskie rejsy. Oczywiście, codziennie zwiedza się jakieś inne atrakcje nowych krajów, ale jedzenie to zupełny luksus. Wszystko wliczone w cenie rejsu. Łącznie z rozrywkami i rewiami ze wspaniałymi artystami. Płaci się tylko za alkohole.

 

Na trzeci dzień, przy pięknej, słonecznej pogodzie przybijamy do dużej, górzystej wyspy Roatan należącej do Hondurasu. Na portowym molo wita wszystkich taneczno-muzyczna grupa potomków murzyńskich Indian Caribów, zwanych tu Garifunami. Po wyjściu poza port załatwiamy sobie własny transport dużym vanem, bo doszło do nas jeszcze 4 naszych polskich przyjaciół z Florydy. Dla tych co się boją lub dla tych co lubią wygodę, a nie dbają o „kieszeń”, każdy statek organizuje wszędzie na postojach wycieczki lokalne. Jeżeli załatwia się to samemu, poza portem, wychodzi 4-krotnie taniej.

 

Jedziemy więc sami na kilka godzin na piękną, zachodnią plażę Tabayana. Kierowca przyjedzie po nas o umówionej porze. Przy dobrze zagospodarowanej plaży znajdują się trzy luksusowe hotele dla tych, co przybywają tu na dłuższy wypoczynek. Wzdłuż długiej, piaszczystej plaży rosną urocze, fotogeniczne palmy i krzewy z kwiatami, stoją kolorowe parasole i mnóstwo leżaków, a woda jest kryształowo czysta, turkusowa i cieplutka. Wymarzona do kąpieli. Jak wszędzie w tych krajach po plaży wędrują lokalni sprzedawcy z pamiątkami i pięknymi muszlami. Wracamy zachwyceni i mocno „podpieczeni” na statek, aby jeszcze zdążyć na bufetowy lunch. Po południu mając jeszcze parę godzin czasu wybraliśmy się pieszo poza miasteczko Coxen Hole, do pobliskiej atrakcji – bardzo ostatnio rozpowszechnionej w „dżunglowatych” krajach – w kanionie i dżungli, zwanej Conopy Sky Tour, czyli zjeżdżanie na stalowych linach zawieszonych na ogromnych, wysokich drzewach, wysoko nad kanionami i dżunglą. Pomimo początkowego strachu, większość się zdecydowała i bohatersko zakończyła tę karkołomną przygodę. Brawo dla naszych nieustraszonych seniorek!


Kolejnego dnia w Belize (dawna Kolonia Brytyjska zwana Brytyjskim Hondurasem) nie możemy przybić do portu Belize City, bo jest za płytko. Wobec tego co parę minut dowożą nas małe, kilkudziesięcio osobowe motorówki. Dzisiaj wybieramy się dość daleko, prawie 100 km do sławnych 1000-letnich ruin starożytnych Majów, do Altun – Ha. Załatwiamy na pół dnia taniego vana, który na miejscu czeka na nas aż skończymy zwiedzanie. Kiedyś wielkie miasto i centrum handlowe Majów z okresu klasycznego i postklasycznego o wielu piramidach i kilku placach, można zwiedzić w kilka godzin. Światową sławę uzyskało po odkryciu przez dr Davida Pendergasta z Królewskiego Ontario Muzeum, największej na świecie głowy bożka słońca Kinich Ahau wyrzeźbionej z jaspisu. Wspinamy się na niektóre piramidy, bo z góry jest świetny widok, w tym obowiązkowo na największą Piramidę Słońca i robimy wiele pamiątkowych fotografii.

 

A pogoda cały czas nam dopisuje. Jest słonecznie i gorąco. Właśnie tej pogody gratulowała nam prowadząca wieczorne rewie menażerka, wspominając poprzednie dwa rejsy nieustannego deszczu i zachmurzenia. Po powrocie do Belize City trzeba było odczekać trochę w kolejce do motorówek, aby dostać się z powrotem na statek.

 

Trzecim odwiedzanym kolejno państwem był Meksyk. Pierwszy postój w miejscowości Costa Maya, na południowym końcu wielkiego półwyspu Yukatan. Zasłynął on tym, że tu odkryto największe ilości piramid Majów. Nasza podróżnicza grupka z Chicago, po zwiedzeniu barwnego, kolorowego portu i pięknej palmowej plaży w sąsiedniej miejscowości, Mahahual, tradycyjnie już wynajmuje vana i jedzie znowu na daleką trasę, aby odwiedzić ważne, równie starożytne ruiny Majów w Kohunlich. W uroczym skupisku mniejszych lub większych piramid odnajdujemy na zalesionym wzgórzu tę najważniejszą zwaną Piramidą Masek. Po obu stronach wielkich kamiennych schodów znajdują się pod zadaszeniem, ogromne wy-rzeźbione w kamieniu maski bożka słońca Kinich Ahau. Tu też można wspinać się na szczyt i oglądać wszystko z góry.

 

W Meksyku byliśmy jeszcze dnia następnego, tym razem na uroczej i dużej wyspie Cozumel. Środkowo-zachodnie wybrzeże zabudowano czterema portami z dokami, umożliwiającymi przybijanie kilku olbrzymich statków na raz. Nasz stanął w Punta Langosta, tuż przy centralnie położonym miasteczku San Miguel. Słynie z tanich i dobrych alkoholi i oczywiście meksykańskiej tequili. Wyspa ma wiele atrakcji turystycznych. Poza wieloma wspaniałymi plażami, do których należą piękna Chankanaab oraz Paradaise, dookoła są wielkie rafy koralowe (łącznie z czarnym koralem) czekające na nurków z odpowiednim sprzętem. Należą do nich: Palancar, Colombia, Santa Rosa, Maracaibo, El Mirador, Corona, Yucab i kilka innych. Pobudowano tu też wiele ogrodzonych basenów do pływania z delfinami, co dla wielu jest ogromną atrakcją. Dużą ciekawostkę stanowi też niedawno wybudowany skansen Maksyku o nazwie Discover Mexico. Można tu zobaczyć całą historię Meksyku i wszystkie najważniejsze piramidy i świątynie w miniaturze.

 

Parę naszych osób marzyło o popływaniu z delfinami, ale cena 129$ za 40 minut, skutecznie wszystkich odstraszyła. Wybraliśmy więc uroczą i bezpłatną plażę palmową Paradaise i kąpiel w cieplutkim i czystym Morzu Karaibskim. Pod koniec plażowania, pogoda się „złamała”, kropnął mały deszczyk, więc nie było żalu wracać na statek. Sobota to był dzień „na morzu”, odpoczynek, pokładowe rozrywki, jacuzzi, tańce na pokładzie i wieczorem w salach oraz pakowanie.

 

W niedzielę nastąpiło wyokrętowanie, a po wynajęciu vana jeszcze objazd Tampy z dojazdem na urocze plaże Clearwater i oglądanie pięknego zachodu słońca. Jeszcze jedna noc w motelu i już rano większa część grupy odlatuje na zasłużony odpoczynek do Chicago. Pozostali zwiedzają jeszcze stare kubańskie centrum Tampy o nazwie Ybor City, z nowym pomnikiem jego założyciela (i jednocześnie największej wówczas na świecie fabryki cygar kubańskich, właśnie tu w Tampie) – Vicente Martinez Ybora, oraz starą, kubańską, wykładaną w piękne obrazy kafelkami, restaurację Columbia. Odwiedzamy też nowoczesne centrum z pięknie komponującymi się wieżowcami z palmami, jedno z największych The Florida Aquarium, sąsiedni krążownik-muzeum „American Victory”, sławną w Tampie kolejkę-tramwaj Streetcar oraz dawny, piękny dworzec kolejowy, obecnie Muzeum i Uniwersytet milionera Henry’ego B. Planta, znane ze swoich wież zwieńczonych egzotycznymi kopułami w mauretańskim stylu. Powrotny lot do Chicago kończy nasze wspaniałe, tegoroczne wakacje.

 

Tekst i zdjęcia:

Jerzy Skwarek

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*