Andrzej Kulka. W podróży urodzony

Urodził się… w podróży. I tak się to zaczęło. Rodzice mieszkali w Krakowie. Mama – po latach starań o odwiedzenie swojej matki w Kijowie – pewnego dnia dostała wreszcie pozwolenie. O wyborze daty nie było mowy, więc choć była w ostatnim miesiącu ciąży, pojechała. Dojechać nie zdążyła. Dostała bólów w pociągu przed Warszawą i urodzila w szpitalu na Woli. Po powrocie do Krakowa i wpisaniu synka do paszportu, aby mógł „przekroczyć” granicę, dokończyła przerwaną podróż. Tak więc w ciągu pierwszych 10 dni życia Andrzej Kulka pojechał pierwszy raz za granicę.

„I to jest nieuleczalne – mówi. – Za granicę ciągnęło mnie zawsze”. W Krakowie chodził do szkoły podstawowej im. Dębowskiego na Krzemionkach, do liceum im. Mickiewicza, koło kościoła na Skałce. Jeszcze w podstawowej jeździł z rodzicami na każde wakacje za granicę – do Bułgarii, na Węgry, do Rumunii, później do Jugosławii.

 

Zasmakował w podróżach i bywało tak, że jechał z Krakowa autostopem do Bułgarii, witał się z rodzicami na kempingu koło Warny i razem ze swoją paczką ruszał autostopem dalej. Studiując geologię na Akademii Górniczo-Hutniczej i na Uniwersytecie Jagiellońskim, jeździł autostopem po Europie Zachodniej – Niemcy i Francja – i wyjechał po raz pierwszy w daleką podróż do Azji – do Afganistanu. Przewodnikiem grupy był człowiek zafascynowany przygodami. Za jego sugestią wyrwali się na kilka dni do Pakistanu, a stamtąd na trzy dni do Indii – do Amritsaru, świętego miasta Sikhów. To był początek fascynacji wielkimi podróżami.

 

Z tamtych czasów pochodzi jedno z mocnych wrażeń, które przeżył w… mauzoleum Lenina, ale nie z powodu jego zawartości. „W ramach wymiany studenckiej zaproponowano nam – wybranym najlepszym studentom – wycieczkę do Związku Radzieckiego, co mnie by w ogóle nie interesowało, gdyby nie Syberia. Lecieliśmy do Moskwy, z Moskwy do Omska, z Omska do Chabarowska, wcześniej do Bratska i do Irkucka. Dwa tygodnie ‚balangi’ po Syberii, plus Jenisej, Ob, Irtysz i przepiękny Bajkał. Ale trasa zaczynała się od Moskwy. Jako studenci z wymiany musieliśmy zaliczyć wizytę w mauzoleum Lenina. Jedno, co mnie tam zaskoczyło i wręcz wzruszyło, to kamień, z którego jest ono zbudowane. Jest to bardzo rzadki i bardzo piękny kamień, labradoryt – skała wulkaniczna, składająca się z potężnych kryształów ciemnozielonych i szarozielonych. Skała, o której tylko słyszałem na zajęciach ze spektrografii, wydobywana pierwotnie jedynie na Labradorze w Kanadzie. Ale znaleziono ją również na półwyspie Kola, na północ od Murmańska, i z tej właśnie skały zbudowano mauzoleum”.

 

W czasie stanu wojennego zrobił w Almaturze kurs pilota (przewodnika) wycieczek. Kursy odbywały się na UJ, miały bardzo wysoki poziom – socjologia, psychologia, geografia, języki… Zrobił specjalizację w angielskim i francuskim. W czasie stanu wojennego, kiedy granice były właściwie zamknięte, mógł w Almaturze występować z ofertami wycieczek do krajów komunistycznych, m.in. do Mongolii. A to był bardzo ciekawy, azjatycki kraj z historią Złotej Ordy, Czyngis-chana, Kublaj-chana, Batu-chana… Świeżo upieczonemu przewodnikowi, zaczynającemu pracę w krakowskim Instytucie Geologicznym, udało się załatwić w banku przydział tugrików – mongolskiej waluty. Bilety kupione przez Aerofłot kosztowały, dzięki ówczesnym przelicznikom, dosłownie grosze. Zorganizował trzy 2-tygodniowe wycieczki do Mongolii.

 

„Żyliśmy tam na pół dziko – opowiada, uśmiechając się do wspomnień. – Woziliśmy ze sobą namioty, gotowaliś-my sobie posiłki na ogniu na „zagariełkach” – małych kuchenkach na benzynę, które działały albo nie; benzynę mieliśmy albo nie; trzeba było rozpalić ognisko, żeby zjeść śniadanie. Rozbijaliś-my swoje namioty Wars-2 i Wars-3, świetne zresztą, na terenie dawnej stolicy Dżyngis-chana w Karakorum, przy świątyniach wewnątrz murów, na co nam dyrektor tego zespółu muzealnego pozwolił bez problemu. Dla niego to było naturalne, że młodzież z Polski rozbija namioty, bo to tak jak ich ger, błędnie zwany jurtą. Wieczorem ceremonialnie spożywaliśmy kumys”.

 

Rok później zaczęły się kolejne piękne wyjazdy – do Indii, Nepalu, na Cejlon, do Birmy, Tajlandii, Singapuru, – jeden za drugim.

 

Wyjechać do Indonezji było wtedy trudno; Polakom nie dawano wiz. Andrzej był już rok po studiach, ale dalej prowadził wycieczki Almaturu. „Napisałem piękny program – z przejazdem przez Bali, archipelag Nusantary i inne takie miejsca. Konsul przeczytał to, wyszedł do poczekalni i pyta, skąd ja wiem, że to wszystko tam jest. ‚Czytam; to przecież jest w literaturze’. Dostaliśmy wizę w ciągu jednego dnia”.  Wycieczka trwała 6 tygodni.

 

A później Tajlandia, Malezja, Singapur, znów Indie. W sumie był na wycieczkach przez prawie dwadzieścia lat, w tym raz prywatnie przez sześć miesięcy w Indiach.

 

W lecie prowadził wycieczki Almaturu. Jako pracownik naukowy Instytutu Geologicznego zarabiał równowartość 20 dolarów na miesiąc. Mógł za to przeżyć w Indiach nie dłużej niż kilka dni. „Ale były metody. Uczestnicy wozili ze sobą aparat fotograficzny Zenit plus kupioną po drodze butelkę wódki. Za to można było przeżyć miesiąc. Do tego mieliśmy przydziały po 100 albo 120 dolarów i to już wystarczało”. Oczywiście trzeba było wiedzieć, jak i gdzie podróżować – najtańszymi lokalnymi pociągami, mieszkać w najtańszych hotelach, jeść przeważnie to, co mieli ze sobą – zupki w proszku, makarony, ryż, trochę warzyw. Można było przeżyć. Nikt nie narzekał na standard żywienia. Każdy był szczęśliwy, że mógł wyjechać, zobaczyć Indie, Himalaje, rafy koralowe na Cejlonie…

 

Wtedy pierwszy raz pojechał do Japonii. Trudno było przekonać konsula do wydania wizy, bo noclegi były już w Japonii bardzo drogie, przydział wynosił 120 dolarów, a wtedy najtańszy przejazd między Osaką a Kioto kosztował około 40 dol. A w programie był przejazd od Nikko aż po Hiroszimę i z powrotem, do tego noclegi.

 

„Zastosowałem wybieg. Znalazłem numery teleksu do hoteli w Japonii. Koleżance, która pracowała w ZSP, piętro nad Almaturem, wysyłałem teleksy z pytaniami do tych hoteli. Ona według moich instrukcji odsyłała mi, niby z Japonii,  potwierdzenia moich rezerwacji dla grupy. Z taką stertą potwierdzeń pojechałem do konsula i patrząc mu w oczy przedstawiłem „dokumenty” o zrobionych i zapłaconych rezerwacjach. Konsul popatrzył na to nieco sceptycznie, ale wizy dostaliśmy”.

 

Polecieli samolotem do Chabarowska, stamtąd pociągiem do Nachodki w pobliżu Władywostoku i promem do Jokohamy. A na miejscu jeździli pociągami, czasem na gapę. W dużych miastach, jak Tokio i Jokohama, spali w schroniskach młodzieżowych, a w Kioto, które jest drogie, spędzili trzy noce bezpłatnie w kościele. Kardynał Wojtyła właśnie został papieżem, w związku z tym nawiązali kontakt z kościołem w Kioto, który zaoferował im noclegi. W Hiroszimie spali na „karimatkach” (cienkich piankowych matach) na przystani w Miyajimaguchi, skąd rankiem wyruszają promy na wyspę Itsukushima. Około drugiej nad ranem przyszła policja, zapytali czy wszystko w porządku i pozwolili im dalej spać.

 

Po Japonii było jeszcze kilka innych wyjazdów z Almaturem, które Andrzej prowadził w lecie, podczas studenckich wakacji. W zimie jako geolog terenowy prowadził prace w Karpatach, Pieninach i Tatrach; kiedy śnieg zasypał już grunt, miał już praktycznie wolne i bez trudu dostawał – jako pracownik naukowy – sześć tygodni urlopu. A w lecie brał drugie sześć – urlopu bezpłatnego. Letnie wycieczki były skalkulowane tak, że uczestnicy opłacali jego koszt przelotu i noclegów, a w środku zimy jeździł prywatnie do Indii i Nepalu. Żył tam na zasadach handlowych. Za aparat fotograficzny Zenit można było w Indiach przez miesiąc jeździć, spać i jeść. A wolno było wwieźć dwa – jeden na filmy kolorowe i slajdy, drugi na czarno-białe. Z resztek pieniędzy kupowało się ładne bawełniane spódnice „bananowe”, które sprzedane w Polsce dawały pieniądze na kolejny bilet. W ten sposób podróżował do Indii, Tajlandii, Singapuru, Malezji.

 

Wreszcie przyszedł czas na podróż dookoła świata. To już było trudniejsze – około tysiąca dolarów. Wtedy dostał pracę w zachodnich Niemczech – dwa tygodnie na wiosenne pielenie chmielu i dwa jesienią na zrywanie tytoniu. To wystarczyło na bilet dookoła świata.

 

Poleciał do Singapuru rumuńskimi liniami Tarom. Cały odcinek Azji do Afganistanu, po Singapur, łącznie z Japonią, Mongolią i Indonezją już znał, więc zaczął od Australii i Nowej Zelandii, potem południowy Pacyfik – Wyspy Fidżi, Wyspy Cooka, Polinezja Francuska, czyli Tahiti, Bora Bora, Huahine, Raiatea, Tahaa…, a stamtąd do Los Angeles. Tam dostał list od koleżanek z Chicago: jak już tam jest, niech je odwiedzi. A ponieważ miał karnet na przejazd Greyhoundem na dowolnych trasach w ciągu miesiąca – przejazdy wykupione kiedyś przez kolegę – mógł jeździć za darmo po całych Stanach. Porzucił myśl, aby jechać z Los Angeles do Mexico City, skąd miał już wykupiony bilet do Hawany, a stamtąd do Warszawy i zamknąć podróż dookoła świata.

 

Odłożył ten odcinek na później, bo na granicy w Los Angeles uśmiechnięci Amerykanie (to były czasy prezydenta Reagana) dali mu wizę na pół roku, a marzyła mu się Niagara, Nowy Jork, Wielki Kanion, Alaska i Hawaje. Pojechał więc Greyhoundem do Chicago. „Koleżanki mnie umyły, wyprały, nakarmiły, po czym nie chcąc być na ich garnuszku ponad trzy dni, znalazłem pracę w sklepie tekstylnym, choć nie umiałem odróżnić wełny od bawełny. Ale okazałem się zdolnym pracownikiem”.

 

Po miesiącu wziął pierwszy urlop i pojechał na Hawaje jako przewodnik z biura Travel Ideas. „Tam pracował Jurek Skwarek, wspaniały człowiek, nestor polonijnych przewodników w Chicago. Miał ofertę prowadzenia tej wycieczki, ale w tym czasie jechał na Pacyfik, a ja akurat tam już byłem; za garść praktycznych informacji o Tahiti i Polinezji Francuskiej powiedział mi, jak prowadzić grupę na Hawaje. Przez siedem dni nikt z uczestników wycieczki nie zorientował się nawet, że ja na Hawajach nigdy nie byłem. To kwestia przygotowania”.

 

Po powrocie dostał propozycję pracy w Travel Ideas i pracował tam trzy lata. Potem w Galaxy Travel, razem z Tadeuszem Rekiem. Ich drogi się rozeszły, każdy założył swoją firmę. Wtedy właśnie powstała działająca do dziś Exotica Travel.

 

Andrzej wciąż prowadzi wycieczki, w biurze pracuje niestrudzenie jego żona od dwudziestu lat i partnerka biznesowa, Jolanta. Też urodzona w podróży!

 

Mają dwoje wspaniałych dzieci. Paulina jest uczennicą trzeciej klasy w liceum Northside College Prep, bardzo dobrze się uczy. Była na Balu Amarantowym, została pierwszą damą dworu królowej balu. Syn Aleksander jest na pierwszym roku studiów, ma zamiar iść w kierunku komputerowym.

 

Exotica Travel wozi klientów praktycznie po całym świecie, z wyjątkiem Antarktydy.

 

Szczególną popularnością cieszą się Alaska, Peru, Japonia, Afryka Południowa, Argentyna z Brazylią, Ameryka Środkowa, ale biuro co roku stara się dołożyć coś nowego, jak Botswana albo Papua Nowa Gwinea, albo Gwatemala czy rejs na Karaibach. Na jesień Andrzej planuje wyjazd do Laosu, Kambodży i Wietnamu z takimi atrakcjami jak Angkor Wat i zatoka Halong w Wietnamie.

 

Cieszy go wciąż praca przewodnika, wtajemniczanie wycieczkowiczów w zakamarki historii pokazywanych miejsc, w rozległy świat egzotycznych kultur. Jak opowiada jeden z uczestników jego wycieczek, kiedy przydzielony na podstawie umowy miejscowy przewodnik podaje łamaną angielszczyzną nudne, powszechnie znane informacje, Andrzej potrafi – pod pretekstem nieznajomości angielskiego przez część grupy – przejąć głos i opowiadać po polsku fascynujące historie, których ma zawsze pod ręką niewyczerpaną, jak się zdaje, ilość.

 

Nie ogranicza się do wycieczek. Jest znanym autorem polskojęzycznych przewodników turystycznych i albumów. Brak takich wydawnictw zauważył wkrótce po przyjeździe do Chicago. Napisał i już w 1992 roku wydał pierwszy polski przewodnik po Hawajach, w 1994 – po Chicago; wprawdzie z czarno-białymi zdjęciami, ale też z wieloma ciekawymi i przydatnymi informacjami. Rok później, w 1995, ukazała się kolorowa wersja przewodnika po Hawajach. A potem napisał i ilustrował własnymi, zapierającymi dech zdjęciami pierwszy polski przewodnik po 42 parkach narodowych USA. Tych parków jest 57, wtedy było 53, ale niektóre są trudno dostępne, na przykład na arktycznej Alasce, na Samoa Amerykańskim…

 

Potem wydał album o parkach narodowych USA, też pierwszy polski; naprawdę polski, a nie tłumaczenie. A wkrótce potem – o swojej największej pasji – Alasce.

 

W tej chwili był już we wszystkich parkach, więc ma materiały na kompletny album albo przewodnik, pierwszy polski album w dwóch identycznych wersjach: jedna większa – dla tych ze słabszym wzrokiem, a druga do kieszeni.

 

„Prawdopodobnie jestem jedynym Polakiem, który był we wszystkich. Niektóre miejsca są bardzo trudno dostępne, np. na Amerykańskim Samoa – koło Fidżi i Tonga. Żeby tam pojechać, trzeba naprawdę sporej gimnastyki”. Udało mu się to zrobić dwa lata temu. Niektóre parki Alaski są dostępne tylko z powietrza, na przykład park Wrota Arktyki – tam nie ma ani jednej drogi. Trzeba się dostać samolotem i na miejscu sobie radzić, mieszkając w namiocie, pośród wilków, niedźwiedzi… Trzeba wiedzieć, jakie ta dzika przyroda stwarza zagrożenia”.

 

Kiedy zacznie opisywać po polsku wszystkie pięćdziesiąt siedem parków narodowych? Jak tylko znajdzie trochę czasu.

 

Poczekamy.

Krystyna Cygielska

 

 

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*