600-lecie bitwy

Słońce prażyło niemiłosiernie z bezchmurnego nieba, ale upały wcale ludzi nie odstraszały. Ciągnęli ze wszystkich stron. Starsi i młodzi, z dziećmi i niemowlętami na wózkach, pieszo, na rowerach, motocyklach, autami, vanami i autokarami.  Na obszarze ogromnego trójkąta, pomiędzy wioskami Grunwald, Stębark i Łodwigowo, prawie wszystko było już przygotowane. W środę 14 lipca zaczęły się pokazowe turnieje rycerskie, gry i zawody łucznicze, ale zagospodarowanie terenu zaczęło się wiele dni wcześniej. Trzeba było zbudować i ustawić obozy dla wojsk polskich, litewskich, tatarskich, czeskich, ruskich i krzyżackich. Zbudowano dwa publiczne prysznice, szpital polowy, cztery stałe punkty medyczne, dwa zespoły ratownictwa medycznego obsługiwane przez kilka karetek pogotowia i helikoptery, postawiono kilkadziesiąt przenośnych toalet oraz po południowej stronie całą masę dużych namiotów i straganów handlujących dosłownie wszystkim.

Najwięcej było oczywiście ze starą, średniowieczną zbroją, kołczugami, rynsztunkiem rycerskim, chełmami z przyłbicami, mieczami różnej wielkości – w cenie około 300 do 400 złotych. Były też kopie, halabardy, łuki, kusze, przeróżne tarcze i proporce. Ciekawe były metalowe rękawice rycerskie i nawet cieszyły się powodzeniem. I co ciekawe, ludzie to całe żelastwo kupowali. Wszystko było wyprodukowane przez polskich rzemieślników i miłośników dawnego rycerstwa. Były też stoiska z książkami – związanymi tematycznie z historią i śreniowieczem, z wyrobami ludowymi, z dawnymi strojami i obuwiem z ciżemkami, z wyrobami ze skóry wraz z torbami i saszetkami, z polskim i litewskim garncarstwem, z rzeźbami w drzewie ludowych rzeźbiarzy i snycerzy, ze sławnymi polskimi miodami pitnymi, z wielorakimi miodami pszczelimi, ze swojskim, wiejskim chlebem (gdzie częstowano też pajdami ze smalcem) i naturalnie stragany z setkami pamiątek i koszulek “T”.

 

Drogi łączące wymienione wioski zamienione zostały na jednokierunkowe, z głównym wjazdem i wyjazdem we wsi Stębark. Pomimo to, korki były tak wielkie, że aby się tam dostać, trzeba było przyjechać wcześnie rano. Główna droga, jedyna wybrukowana z szerokimi schodami, doprowadzająca na szczyt wzgórza i do pomników biegła od środka drogi Stębark – Grunwald. Stworzono też pola namiotowe, wewnątrz trójkąta dla uczestników, wojska i harcerzy oraz zewnętrzne dla gości. Również na zewnątrz tych objazdowych dróg okoliczni gospodarze stworzyli dziesiątki pól parkingowych, nieźle przy tym zarabiając. Cena od auta od 10 do 20 zł na dzień. Jeszcze inni na całym obrzeżu postawili dziesiątki stoisk z napojami chłodzącymi i przekąskami. Polskie browary miały też swoje wielkie reprezentacyjne stoiska.

 

Na miejscu byliśmy już o 8 rano, w czwartek 15 lipca, chociaż uroczystości państwowe z apelem prezydenckim zaczynały się dopiero o godzinie 14:00. Niestety, rano panował tam wielki chaos i zupełny brak informacji. Niby na mapce zaznaczony był punkt informacji, ale ci, co tam siedzieli, nic nie wiedzieli i nie umieli o niczym poinformować. Takie same były służby porządkowe: ‘‘Panie, ja nie stąd, ja nic nie wiem”. Trzeba było samemu chodzić w dół i w górę i dowiadywać się od ludzi.

 

Na szczycie wzgórza, gdzie stoją dwa pomniki (jeden Światowida) upamiętniające tę największą, średniowieczną bitwę, gdzie zjednoczone wojska polsko-litewskie z pomocą wojsk tatarskich, ruskich, czeskich rozgromiły i prawie zupełnie zniszczyły teutońską armię Krzyżaków wraz z ich Wielkim Mistrzem Ulrichem von Jungingenem, historycznego dnia 15 lipca 1410 roku, postawiono trybuny i wielkie zadaszone podium dla oficjeli. Również na szczycie wzgórza, tuż za ogrodzeniem oficjalnego placu, postawiły swe namioty: Poczta Polska sprzedająca widokówki i piękne bloki filatelistyczne z Grunwaldu, Bank Polski ze wspaniałymi, pozłacanymi 2-złotówkami z Grunwaldu, Wojsko Polskie rozdające wszystkim plakaty, reklamówki o wojsku, długopisy, ołówki, breloczki i cukierki ‘‘krówki‘‘. Było też stoisko Litwy z kartkami z Żalgiris (to Grunwald po litewsku), bezpłatną wodą do picia i ciasteczkami.

 

Tuż przed rozpoczęciem uroczystości w paradnym szyku weszły na wzgórze gwardie honorowe wojsk polskich i litewskich oraz harcerze. Wojskowa orkiestra i chór przybyły tam trochę wcześniej.

 

Parę minut po godzinie 14:00 zaczęły przyjeżdżać delegacje wielu państw i czterech prezydentów ze swoją liczną obstawą. Była więc pani Dalia Grybauskaite – prezydent Litwy, prezydent Rumunii – Trian Basescu, prezydent Mołdawii – Mihai Ghimpu, Wielki Mistrz Krzyżacki biskup doktor Bruno Platter z Jerozolimy oraz ze strony polskiej prezydent-elekt Bronisław Komorowski i Jerzy Buzek jako reprezentant Unii Europejskiej.

 

Zaczęła się prezentacja konnych rycerzy w pełnym rynsztunku. Radiowy narrator – a trzeba przyznać, że nagłośnienie było bardzo dobre – przedstawiał poszczególnych najsławniejszych rycerzy i ich współczesnych odtwórców. Był więc król polski Władysław Jagiełło, książę litewski Witold, dowódca pułków smoleńskich brat Jagiełły Semen Lingwen Olgierdowicz, Wielki Mistrz Krzyżacki Ulrich von Jungingen, Zbigniew z Oleśnicy oraz wielu innych. Było też paru jeźdźców tatarskich, którzy w czasie odtwarzania bitwy dokonywali cudów zręczności w jeździe konnej.

 

W czasie kiedy orkiestra i chór odśpiewywał Bogurodzicę, przed podium przedefilowały wspaniale wyszkolone gwardie narodowe Polski i Litwy. Odbył się galowy raport dla czterech prezydentów, odśpiewanie hymnów litewskiego i polskiego i zaczęły się przemówienia. Pani prezydent Litwy Dalia Grybauskaite otrzymała gromkie brawa, kiedy po przemówieniu w języku litewskim, powtórzyła je w całości po polsku. Podobało się też wszystkim bardzo emocjonalne przemówienie Jerzego Buzka. Natomiast wielu znudziło przydługie gadanie Wielkiego Mistrza Krzyżackiego Bruno Plattera z Jerozolimy. Głos zabrał również polski prezydent-elekt Bronisław Komorowski.

 

Kolejno odbyło się złożenie wieńców przez wszystkie delegacje pod pomnikiem Światowida i spacer ich z dużą ochroną przed tłumem widzów czekających cierpliwie za ogrodzeniem. Przed tym samym tłumem odbył się jeszcze pokazowy turniej rycerzy konnych, walczących na kopie i miecze. Po nim, tłumy zaczęły się rozchodzić po obozach i straganach, oglądać życie obozowe XV wieku, podziwiać stroje, wyroby, kuchnię, ponieważ wszyscy zatrudnieni cały czas byli ubrani według wymogów tamtej epoki.

 

Wielu z widzów pozostawało przez te kilka dni w swoich namiotach na wyznaczonych do tego celu polach namiotowych lub w kamperach na polnych parkingach. Inni dojeżdżali każdego ranka z okolic i nawet z dość odległych miast.

 

Piątek 16 lipca to średniowieczny festyn i jarmark, różne turnieje, gry i zabawy oraz po południu generalna próba inscenizacji, mającej się odbyć w sobotę 17 lipca. Ponieważ upał był jeszcze większy niż w czwartek, rycerze, tak konni jak i piesi, nie wkładali ciężkiej zbroi tylko całą bitwę odgrywali w sukmanach, pantalonach i różnych myckach na głowach. Tylko broń mieli taką, jak na bitwie. Ale ta próba wcale nie wyglądała na generalną. Taka imitacja bitwy ze zwolnionymi przepychankami. Część widzów była zawiedziona. Machali ręką, że to dla nich stracony dzień.

 

No i nastał wreszcie dzień główny całej inscenizacji bitwy, sobota 17 lipca. Zapowiadano co prawda wielkie upały i ogromne korki na drogach, ale to co nastąpiło przerosło wszelkie oczekiwania. Żeby się tam dostać musieliśmy przyjechać już o 6 rano, potem wiele godzin czekać na apel i bitwę w niesamowitym upale 40 stopni C. Tłumy ludzi były przeogromne. Niektóre media oceniały je na trzysta tysięcy, ludzie, w tym i ja, porównując je z tłumami w czasie wizyt papieża Jana Pawła II – obliczali je na ponad pół miliona osób. Głośniki co chwila podawały ostrzeżenia o potrzebie nakrycia głowy, o konieczności picia dużej ilości wody i o pilnowaniu przez rodziców dzieci, bo dużo ich się gubiło. W tej niespotykanej w Polsce gorączce mało to pomagało. Karetki pogotowia bez przerwy wywoziły omdlałych lub nieprzytomnych. Nawet konie padały pod rycerzami. Nic więc dziwnego, że cała inscenizacja bitwy rozegrała się na zwolnionych obrotach. Nie podobało się to niektórym widzom, którzy znowu mówili, że lipa, że zeszłoroczne pokazy były bardziej prawdziwe.

 

Narrator wyjaśniał przez głośniki, jak doszło w 1410 r. do tej wielkiej bitwy i jaki był jej przebieg. Że oficjalnie uważało się za początek sporów Polsko-Krzyżackich sprowadzenie Krzyżaków do Polski przez Konrada Mazowieckiego w 1228 roku. W 1308 r. Krzyżacy podstępnie zajęli Pomorze Gdańskie odcinając Polsce dostęp do morza, potem w 1329 ziemię dobrzyńską i Kujawy w 1332 r.

 

Kazimierz Wielki odzyskał co prawda Kujawy i ziemię dobrzyńską po pokoju kaliskim, ale Krzyżacy zajęli je ponownie w 1409 r. To i ciągłe grabieże ziem polskich i litewskich były głównymi powodami wypowiedzenia wojny Krzyżakom. Do konfrontacji doszło właśnie tu, pod Grunwaldem, w również bardzo gorącym dniu 15 lipca 1410 roku. Krzyżacy mieli 14 tysięcy jazdy, kilka tysięcy piechoty i artylerię. Zjednoczone wojska polsko-litewskie miały 24 tysiące jazdy i kilka tysięcy piechoty i artylerii. Zjednoczone wojska polsko-litewskie miały 24  tysiące jazdy i kilka tysięcy piechoty.

 

Jagiełłę, dowodzącego całą bitwą, uznano za wielkiego i mądrego stratega, po raz pierwszy przyjmującego wschodni, mongolski styl walki. Zwlekał z rozpoczęciem bitwy – osłabiając przy tym na upale rycerzy – samemu chowając swoją jazdę w lesie. Kiedy Wielki Mistrz wysłał mu w prowokacyjnym darze dwa miecze, że może mu brakuje zbroi – Jagiełło je przyjął, odmówił jeszcze modlitwę, odśpiewano hymn “Bogurodzicę“ i bitwa się zaczęła. Najpierw Jagiełło wypuścił około 400 Tatarów i lekką jazdę litewską, na których uderzył Wielki Mistrz ciężko zbrojną jazdą. Ci w popłochu – lub mogła to być ich wschodnia taktyka – zaczęli uciekać, wyciągając na środek pola jazdę Krzyżaków. Na to czekał Jagiełło, uderzając z okrążenia całą siłą swojej ciężko zbrojnej konnicy.

 

W czasie bitwy bardzo zaciekle walczyły też trzy pułki smoleńskie pod wodzą brata Jagiełły Semena Lingwen Olgierdowicza. Ale był taki moment, że po wprowadzeniu do walki przez Ulricha von Jungingena 16 swoich najlepszych chorągwi i zdobyciu jakiegoś polskiego sztandaru, szala zwycięstwa zaczęła się przechylać na stronę Krzyżaków. Nawet był solowy atak wielkiego rycerza krzyżackiego o nazwisku Leopold von Kokeritz na króla Władysława Jagiełłę, ale udaremnił go błyskawicznie i pokonał Zbigniew z Oleśnicy ze straży przybocznej króla. Potem w okrążeniu znalazł się sam Wielki Mistrz. Bronił się dzielnie, ale zginął po upadku z konia. Wypuszczeni piesi chłopi zabijali wszystkich, nie biorąc nikogo do niewoli. Po rozgromieniu armii Krzyżaków zajęto ich obozy, tabory i wiele sztandarów. Wielka bitwa trwała ponad 11 godzin, przyniosła sławę i prestiż Polsce oraz polskiemu królowi Władysławowi Jagielle.

 

Można jeszcze dodać parę historycznych faktów o naszym sławnym królu. Jako książę Litwy, znany ze swych wojennych poczynań, metod walki, strategii i bezwzględności, został zaproszony przez panów krakowskich do objęcia korony polskiej na układzie w Krewie w 1385 roku.  Warunkiem było przyjęcie chrztu i poślubienie młodziutkiej polskiej królewny Jadwigi. Jadwiga miała wówczas 11 lat i już od 1378 r. była zaręczona z austriackim Wilhelmem Habsburskim. Pod naciskiem możnowładców krakowskich zerwała więc zaręczyny i w 1386 roku poślubiła Władysława Jagiełłę. W 1387 roku przyłączyła do Polski Ruś Halicką, potem pomogła w odnowieniu Akademii Krakowskiej. Zmarła na gorączkę połogową w 1399 r. w wieku 25 lat. Drugą żoną Jagiełły była poślubiona mu w 1402 r. 30-letnia Anna Cylejska, młodsza od króla o 18 lat. W 1408 r. urodziła im się córka, nazwana na pamiątkę pierwszej żony – też Jadwigą. I tak, jak pierwsza żona, dożyła tylko 25 lat, otruta przez czwartą żonę Jagiełły, niejaką Zofię Holszańską. Jagiełło panował przez 48 lat, ale jego potomkowie i dynastia istniała do śmierci Zygmunta II Augusta w 1572 r.

 

Obecnie, po zakończeniu inscenizacji bitwy i po przeżyciu tych najgorszych upałów, zaczęła się nowa gehenna. Przez nieudolną organizację policji drogowej, jedyna droga wyjazdowa przez Stębark została całkowicie zablokowana. Ludzie siedzieli w swych autach cztery do pięciu godzin, nie mogąc w ogóle się ruszyć. Ponieważ identycznie nie było żadnej możliwości dojazdu, moi przyjaciele też przez cztery godziny starali się tam dojechać, aby mnie odebrać. W końcu dali za wygraną i wrócili do Olsztynka, do domu. Całe szczęście, że mieliśmy telefony komórkowe i po skontaktowaniu się ustaliliśmy nową strategię. Musiałem przejść pieszo około 2 km wzdłuż czekających aut, do drugiego ronda, skąd zaczęły wyjeżdżać pomalutku pojedyńcze pojazdy, i łapać jakąś okazję, aby dostać się do Olsztynka. Kiedy wreszcie to mi się udało i po całogodzinnym kluczeniu polnymi drogami dostaliśmy się na szosę olsztyńską, dojechałem cudem do Olsztynka, gdzie czekali na mnie moi przyjaciele. Obeszło się więc bez nocnego koczowania pod lasem.

 

Jerzy Skwarek

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*