Zmiany, „reformy”, niestabilność

Warszawa – Znaczna część światowych mediów i kształtowanej przez nie międzynarodowej opinii publicznej zarzuca Polakom nadmierny konserwatyzm. A konserwatyzm jak wiadomo, to zachowawczość, uporczywe trwanie przy tym, co jest, oraz niechęć do zmian. W rzeczywistości jest wręcz odwrotnie. Źródłem wielu polskich problemów była i pozostaje nadmierna zmienność, brak wszelkiej stabilizacji, czyli skłonność do sytuacji, w których nie ma nic trwałego, a wszystko jest na wodzie pisane.

Pierwszym z brzegu tego przykładem może być sprawa organizacji Piłkarskich Mistrzostw Europy wespół z Ukrainą w 2012 r. Wielka radość, jaka ogarnęła naród po ogłoszeniu tej decyzji w kwietniu br., niestety szybko ostygła w konfrontacji z rzeczywistością. Szybko powstały różne komplikacje a w ślad za nimi powątpiewanie, czy aby „się wyrobimy”.

Całej winy nie można przypisywać fatalnemu stanowi krajowej infrastruktury, zwłaszcza istniejących stadionów i dróg. Sytuację także skomplikował fakt, że w ciągu zaledwie pół roku Polska miała już troje ministrów sportu i trzech podlegających im szefów do spraw organizacji Euro 2012. Oznacza to wciąż zmieniające się koncepcje organizowania tej imprezy, a w Warszawie wybuchły nawet spory o lokalizację planowanego Stadionu Narodowego.

Nie były to jedynie zmiany dla zmian, nikt nie robił sobie zabawy z tej karuzeli etatów. Każde posunięcie było umotywowane. Minister Sportu Tomasz Lipiec musiał się podać do dymisji, gdy w jego resorcie wykryto aferę korupcyjną, a jego następczyni Elżbieta Jakubiak odeszła, po PiS przegrał wybory. Wprawdzie dla zachowania ciągłości i dla dobra sprawy zwycięska Platforma Obywatelska Donalda Tuska mogłaby mianować Jakubiak ministrem sportu w nowym rządzie, ale taka apolityczna propaństwowość jest rzadkością na polskiej scenie politycznej. Nastająca władza, bowiem zazwyczaj zaczyna rządzenie od wymiecenia pozostałości po poprzednikach i obsadzania urzędów własnymi ludźmi.

Pocieszającym jest tylko to, że nowy minister sportu Mirosław Drzewiecki podtrzymał decyzję swej poprzedniczki budowy Stadionu Narodowego na warszawskiej Pradze na błoniach obok rozsypującego się Stadionu Dziesięciolecia. Bo prezydent Warszawy, czołowa działaczka Platformy Obywatelskiej Hanna Gronkiewicz-Waltz chciała przenieść budowę na tańszy grunt (m.in. do podstołecznej Białołęki lub na teren wyścigów na Służewcu), żeby rzekomo zaoszczędzić pieniądze podatnika.

Sprawa nie kończy się jednak na tej jednej imprezie Euro 2012 ani na rządach jednej tylko Platformy. Niestabilność życia publicznego jest bowiem stałym elementem polskiej rzeczywistości. Skoro o ministrach sportu wspomniałem to warto choć parę słów poświęcić wciąż zmieniającym się ministerstwom w ogóle.

W okresie przedwojennym było Ministerstwo Spraw Wojskowych, a po wojnie zastąpiło je Ministerstwo Obrony Narodowej. Także w USA „Department of War” (Departament do spraw Wojny) przemianowano na „Department of Defense” (Departament). Narzucony krajowi PRL-owski ustrój był przyczyną zmiany m.in. Ministerstwa Wyznań i Oświecenia Publicznego na Ministerstwo Oświaty, a do prześladowania religii komuniści utworzyli osobny Urząd do spraw Wyznań.

Ale zmiany następowały także po odzyskaniu niepodległości w 1989 r. Ministerstwa łączono lub dzielono na przemian. Istniejące za rządów Mazowieckiego Ministerstwo Transportu, Żeglugi i Łączności kolejny rząd przemianowało na Ministerstwo Transportu, a Ministerstwo Rolnictwa, Leśnictwa i Gospodarki Żywnościowej w postkomunistycznym rządzie Millera stał się Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Zawsze takie zmiany są wyjaśniane jako racjonalne, niezbędne i zgodne z duchem czasu, niezależnie jak było naprawdę. Prawdziwe przyczyny bywają czysto polityczne. Gdy Prawo i Sprawiedliwość zawarło niefortunną – jak się okazało – koalicję z dwiema radykalnymi partiami, potrzebny był stołek dla koalicjanta z Ligi Polskich Rodzin, więc utworzono w tym celu Ministerstwo Gospodarki Morskiej.
Pod względem wprowadzania ciągłych zmian zawsze przodowali mimo wszystko komuniści. Ponieważ mało co komunistom wychodziło, obwiniano tzw. „trudności obiektywne”, a lekarstwem na nie miały być ustawiczne reformy, reorganizacje, tworzenie nowych urzędów, komitetów, komisji i innych ciał. Raz stawiano na daleko idącą specjalizację, co pociągało za sobą rozrost zatrudnienia. Potem ktoś stwierdził, że jest za dużo biurokracji i ogłoszono „kompresję etatów”.

Niewątpliwie najbardziej ekstrawagancki przykład w tej dziedzinie dostarczył szef partii Edward Gierek, gdy w połowie lat 70. ogłosił reformę administracyjną. Na miejsce istniejących 17 dużych województw na bazie wyselekcjonowanych dawnych powiatów powstało 49 województewek. Same powiaty zlikwidowano jako nikomu niepotrzebny przeżytek. Oczywiście, jak za Gierka, robiono to z odpowiednią oprawą propagandową. Władza miała być bliżej obywatela, więc zamiast wybierać się ze swoją sprawą do odległego miasta wojewódzkiego, województwo przyszło do petenta. Ponadto, jak trąbiły gierkowskie tuby propagandowe, reforma ta oznaczała awans miast powiatowych, które z dnia na dzień stały się wojewódzkimi.

Do dziś namacalnym reliktem owego eksperymentu są często dość okazałe gmachy b. urzędów wojewódzkich, Komitetów Wojewódzkich PZPR, Wojewódzkich Komend Milicji oraz sądów, szpitali i szkół przystojące miastom wojewódzkim. Prawdziwą przyczyną tworzenia 49 województw było jednak nie hasło „frontem do obywatela” czy awans zaniedbanych regionów, lecz po prostu obawa Gierka, że jakiś prowincjonalny szef partyjny zagrozi jego pozycji. Wiedział coś na ten temat, bo jako popularny szef PZPR na Śląsku sam zajął stanowisko Pierwszego Sekretarza po Władysławie Gomułce w 1970 r.

Rząd solidarnościowy Jerzego Buzka pod koniec lat 90. przeprowadził kolejną reformę administracyjną, która ustanowiła 16 dużych województw w dużej mierze zgodnych z podziałem sprzed gierkowskiego eksperymentu. Oznacza to, że od roku 1946 czterokrotnie zmieniano podział administracyjny kraju. Tysiące Polaków dziś mieszkało w jednym powiecie czy województwie, by nazajutrz znaleźć się już w innym, i to bez ruszania się z miejsca.
Zmiany te to znacznie więcej niż drobna niedogodność. To kolosalne marnotrawstwo! To wyrzucanie grubych milionów w błoto w imię niedowarzonych koncepcji i pustych najczęściej sloganów. Mało kto próbuje podliczyć, ile kosztuje wytwarzanie nowych tabliczek, szyldów, pieczątek, druków i innych graficznych znaków takich zmian oraz ile roboczogodzin wymaga nanoszenie korekt do dowodów osobistych i różnych innych dokumentów. Nie mówiąc o tworzeniu nowych gabinetów władzy z pełnym wyposażeniem.

Ponadto okres przejściowy zawsze powoduje sporo zamieszania. Gdzieś zapodziewają się papiery, nie wiadomo kto za co odpowiada, wiele spraw się odracza i powstają zaległości, dopóki nowe porządki się nie utrwalą i nowa władza nie okrzepnie. A przecież nigdy nie wiadomo, czy i kiedy jakaś nowa reforma nastanie i znowu wszystko zmieni.

Czasem zmiany są niezbędne, bo dyktuje je życie. Po ataku 9/11 na Amerykę nastała potrzeba zwiększenia środków bezpieczeństwa i do tego celu powołano Departament do spraw Bezpieczeństwa Krajowego (Department of Homeland Security). Ale jak na tak olbrzymi kraj, stanowiący tak wielką mozaikę różnorodności, trwałość jego instytucji jest zadziwiająca. Choćby fakt, że od 1959 roku USA składają się z 50 stanów (w tym czasie w Polsce były już reformy administracyjne), a od 1912 r., kiedy dołączyła Arizona, stanów było 48. Dodajmy, że Stany mają tę samą konstytucję z nielicznymi poprawkami od końca XVIII wieku. Polska w tym czasie (począwszy od trzeciomajowej) miała ich co najmniej siedem. Jednakże tych porównań nie należy zbytnio naciągać. Przed wewnętrznym atakiem na Nowy Jork i Waszyngton w 2001 r. ostatni raz obca siła zagroziła terytorium USA w roku 1812! Stany nie przeżywały rozbiorów, powstań, okupacji ani powtarzających się przemarszów obcych wojsk. Z drugiej strony, bardziej burzliwą historią nie można w nieskończoność usprawiedliwiać niestabilnego prawa, koniunkturalnych zmian i innych nieprzemyślanych „reform”, które nie od dziś są chlebem powszednim i zmorą Polaków.
Robert Strybel

Napisz komentarz


× jeden = 5