Bez Polonii nie byłoby wolnej Polski

Bez Polonii nie byłoby wolnej Polski

Rozmowa z prof. Dominikiem Pacygą, historykiem chicagowskiej Polonii.

Grzegorz Dziedzic: – Swoją naukową karierę w dużej mierze poświęcił Pan badaniu historii chicagowskiej Polonii. Skąd wzięło się zainteresowanie tą tematyką?

Dominik Pacyga: – Urodziłem się i wychowałem w Chicago, dorastałem wśród Polonii, która zawsze mnie fascynowała. Jako dziecko słuchałem historii ludzi i miejsc i zacząłem zastanawiać się, jak to się stało, że mieszkamy i żyjemy właśnie tutaj, a nie w Nowym Jorku czy Lake Forest. Jestem imigrantem w trzecim pokoleniu, moi dziadkowie przybyli do Ameryki z Podhala przed pierwszą wojną światową i osiedlili się na południu Chicago, w dzielnicy Back of the Yards. Dlaczego właśnie tutaj, jak to się stało, że znalazłem się w tej dzielnicy zamieszkanej przez klasę pracującą? Moje lata studenckie, a mówimy o przełomie lat 60. i 70. zbiegły się z rosnącą rywalizacją zamieszkujących Chicago grup etnicznych oraz zainteresowaniem w poszukiwaniu własnych etnicznych korzeni. Nagle Polonią zaczęli interesować się naukowcy i historycy. Mi też udzieliło się to zainteresowanie. Ale przede wszystkim chciałem się dowiedzieć, kim jestem ja sam. Skąd się tutaj wziąłem.

Wychował się Pan w Back of the Yards. Jak wspomina Pan dzieciństwo i młodość?

– Wychowałem się wśród górali, wokół wszyscy mówili po góralsku. Moi dziadkowie pracowali w rzeźniach. Moja matka też pracowała w tej branży. Ojciec nie, bo szczerze tej pracy nie znosił i imał się innych zajęć. W końcu zaciągnął się do wojska, walczył podczas drugiej wojny światowej, był odznaczony jako bohater wojenny. Moi rodzice zakończyli edukację na ósmej klasie, jak większość ludzi w naszym sąsiedztwie. Po prostu musieli zaraz po szkole podstawowej pójść do pracy. Wiedliśmy normalne życie rodziny należącej do klasy pracującej. Byłem pierwszą osobą w mojej najbliższej rodzinie, która poszła do liceum, a potem na studia.

W odróżnieniu od ojca, pracował Pan jednak przez pewien czas w pobliskich rzeźniach.

– Tak. Śmieję się, że byłem „ostatnim polskim kowbojem”. W 1969 roku pracowałem w lecie w stalowni, ale nie znosiłem tej pracy. Zatrudniłem się więc w Stockyards, gdzie pracowałem podczas rozładunku i pędzenia zwierząt, na początku świń, a potem bydła. Jeździłem na koniu, ale bardzo kiepsko. No cóż, my górale nie jesteśmy najlepszymi kawalerzystami (śmiech). Koń był przerażony i ja też. Po tej przygodzie zatrudniłem się w rzeźniach jako strażnik i pracowałem tam aż do zamknięcia Stockyards. W tym czasie ukończyłem college i poszedłem na uniwersytet.

Południe Chicago, przemysłowe rejony stalowni i rzeźni były domem dla tysięcy imigrantów z Polski, choć współcześnie wolimy myśleć, że Polonia skupiała się głównie na tzw. Polskim Trójkącie, w okolicy kościołów św. Stanisława Kostki i Świętej Trójcy.

– Nawet na północy Chicago, Polonia skupiała się głównie w okolicy rzeki Chicago, bo tam znajdowały się garbarnie i przemysł skórzany. Stanisławowo i Trójcowo zapachem przypominały Back of the Yards, czyli dystrykt mięsny. Trójkąt Polonijny, zwany kiedyś Polskim Śródmieściem (ang. Polish Downtown – red.) na przełomie XIX i XX wieku to była bardzo uboga dzielnica, o zagęszczeniu ludności wyższym niż w slumsach Kalkuty. Wiele domów nie miało kanalizacji. To była pierwsza polska dzielnica, której mieszkańcy wybudowali pierwszy polski kościół w Chicago – św. Stanisława Kostki. Kolejną dzielnicą było Wojciechowo, w okolicach kościoła św. Wojciecha. Polacy mieszkali także w Bridgeport, w Back of the Yards i w South Chicago, przy stalowniach. Także w Hegewish, na dalekim południu. Przyjmuje się, że założycielem pierwszej polskiej społeczności w Chicago był Antoni Smargorzewski, który zmienił nazwisko na Sherman. Pochodził spod Poznania i mówił po niemiecku, w związku z czym prowadził wiele interesów z mieszkającymi w Chicago Niemcami. Za pośrednictwem jego biura podróży do Chicago przybyło bardzo wielu Polaków. Pierwsi chicagowscy osadnicy pochodzili z poznańskiego i ze Śląska. Ważną figurą był też jeden z twórców Stanisławowa, Piotr Kiełbasa i ksiądz Wincenty Barzyński – proboszcz kościoła św. Stanisława Kostki, działacz Zjednoczenia Polskiego Rzymsko-Katolickiego i budowniczy wielu polskich kościołów.

Wypadki w pracy i wysoka śmiertelność wśród polskich robotników były bezpośrednią przyczyną powstania organizacji polonijnych, oferujących ubezpieczenia na życie.

– Zgadza się. Amerykańskie firmy ubezpieczeniowe nie chciały ubezpieczać pracujących w niebezpiecznych zawodach Polaków. Powstały zatem organizacje polonijne. Związek Narodowy Polski i Zjednoczenie Polskie Rzymsko-Katolickie nie oferowały początkowo ubezpieczeń dla niezamężnych kobiet, powstała więc organizacja kobieca – Związek Polek w Ameryce.

Od samego początku swojego istnienia Polonia była podzielona i skonfliktowana. Jaka jest geneza tego konfliktu?

– Pytanie, które było przyczyną konfliktów i rywalizacji pomiędzy organizacjami i związanymi z nimi parafiami brzmiało „czym jest polskość?”. „Kto jest prawdziwym Polakiem?”. Związek Narodowy Polski stanął na stanowisku, że Polakiem jest każdy, kto wierzy w niepodległą Polskę i działa na rzecz niepodległości. Mogłeś więc być Żydem, protestantem, ateistą czy socjalistą, ale jeśli droga była ci idea niepodległościowa, byłeś Polakiem. Natomiast Zjednoczenie Polskie Rzymsko-Katolickie twierdziło, że Polakiem może być tylko i wyłącznie katolik. To był od początku konflikt ideologiczny. Oczywiście powstało więcej organizacji, jak choćby zrzeszające kobiety, czy górali. Polacy w Chicago od zawsze uwielbiali maszerować w paradach i kłócić się we własnym gronie.

Czy konflikty te przenosiły się ponad płaszczyznę jedynie ideologiczną?

– Zdarzały się przypadki przemocy, walki uliczne pomiędzy wrogimi parafiami, ale też przemoc w obrębie parafii. Kiedy do kościoła św. Stanisława Kostki przybył jeden z pierwszych kapłanów, został siłą wywleczony z plebanii i pobity przez parafian, którzy nie chcieli, aby został proboszczem. Zastąpił go ksiądz Bakanowski, który z przezorności i troski o własne bezpieczeństwo stale nosił przy sobie broń. Kiedy powstał kościół św. Trójcy, związany ze Związkiem Narodowym Polskim, rozpoczęła się zacięta rywalizacja pomiędzy parafiami – Trójcowem i Stanisławowem. Walki i zamieszki miały miejsce także w innych parafiach, choćby w parafii św. Józefa w Back of the Yards. Władze Archidiecezji Chicagowskiej nie dawały sobie rady z tymi konfliktami, nie rozumiały ich i uważały za czysty chaos. Okolice polskich kościołów często patrolowała policja, która niejednokrotnie musiała rozdzielać grupy walczących Polaków. Podkreślmy, że walczących o to, czym tak naprawdę jest polskość. Na przełomie wieków podstawowym pytaniem w Chicago było „z jakiej jesteś parafii?”.

Polacy w Chicago od początku byli ofiarami stereotypów. Jak postrzegana była wczesna Polonia?

– Pierwsza fala emigracyjna to byli głównie ubodzy i niewykształceni chłopi. Ciężko pracujący, ale często analfabeci. Polacy byli postrzegani jako naród gwałtowny, kłótliwy i skory do przemocy. Taki stereotyp utrwalił się również za sprawą polskiego anarchisty, zabójcy prezydenta McKinleya, Leona Czołgosza. Polskie gazety przypisywały mu co prawda żydowskie pochodzenie, ale Czołgosz był Polakiem z Detroit. Zamach i zabójstwo prezydenta zbiegły się z narastaniem nastrojów antyimigracyjnych. Nie zdajemy sobie sprawy, że po tym zamachu Polacy byli postrzegani podobnie, jak współcześnie muzułmanie po zamachach 11 września. Stereotyp utrwaliły zamieszki na placu Haymarket i zamach na chicagowskich policjantów. Proboszcz kościoła św. Stanisława Kostki mówił co prawda podczas kazania, że nie istnieją Polacy anarchiści. Ale to nie była prawda, wśród anarchistów było wielu Polaków. Polonia była różnorodna, ale zawsze przywiązana do swojej tożsamości, polskiej kultury i tradycji. Stąd w Chicago tak wiele polskich pięknych kościołów. Polscy imigranci byli w większości biednymi ludźmi, ale nie żałowali pieniędzy na budowę kościołów. Pytani, dlaczego je budują odpowiadali, że „najważniejsze, to zostać pochowanym przy dźwiękach naszych dzwonów”.

Historię chicagowskiej Polonii opisuje Pan w swoich książkach, ale od niedawna także w serii podcastów nagrywanych dla radia WPNA 103.1 FM. Jak doszło do powstania tego cyklu?

– Na pomysł cyklu historycznych podcastów dla radia WPNA 103.1 FM wpadli jego dyrektor Jacek Niemczyk i Magda Marczewska. Zaproponowali mi nagranie kilku pierwszych odcinków. Było to coś nowego, bo nigdy dotąd nie nagrywałem podcastów, ale mam doświadczenie w występach w telewizji, radiu i filmach dokumentalnych. W radiu dostałem pełną dowolność tematyczną, a że od kiedy przeszedłem na emeryturę, czuję się jak taki stary baca, który opowiada historie, to cykl w sam raz dla mnie. Cieszę się, że cykl ukaże się także po polsku w „Dzienniku Związkowym”.

Podcasty nagrywane są po angielsku, dzięki czemu historię Polonii będą mogli poznać także Amerykanie, nie tylko polskiego pochodzenia, a także młode pokolenie Polonii, które często sprawniej posługuje się językiem angielskim. Dlaczego ważne jest, aby te historie dotarły do młodych?

– Amerykanie często nie wiedzą, kim są, jakie są ich korzenie. Dryfują w tej niewiedzy, a ludzie tacy jak ja pomagają im zarzucić kotwicę i odnaleźć swoją tożsamość. W Ameryce wnuki nie rozmawiają z dziadkami, ignorują ich. To wielki błąd. Moja żona jest Sycylijką, mamy dwie córki. Im też pomagałem w odkryciu korzeni. Często jeździliśmy do Włoch i do Polski, moja młodsza córka mówi trochę po polsku, uczyła się polskiego na wakacyjnych kursach na Uniwersytecie Jagiellońskim. Rozumienie kultury własnych przodków jest bardzo istotne. Bez tego ludzie nie znają nie tylko swojej historii, ale nie rozumieją historii w ogóle, nie potrafią uczyć się na błędach przeszłości.

Historia chicagowskiej Polonii jest bardzo bogata ale mam wrażenie, że nieznana i niedoceniana w Polsce. 

– Polonia zawsze była wierna Polsce i oddana polskim sprawom. Nawet jeśli, tak jak w czasach komunizmu, Polonia pozostawała w konflikcie z polskimi władzami, zawsze można było na nią liczyć w potrzebie, w czasach kryzysów i w obliczu kataklizmów. Oddanie Polonii najlepiej obrazuje historia polonijnego czynu zbrojnego i amerykańska rekrutacja do Armii Hallera. Polscy historycy często traktują Polonię i emigrację nieco po macoszemu. Ja natomiast twierdzę, że emigracja była kluczowa dla odzyskania przez Polskę niepodległości. Bez pomocy amerykańskiej Polonii, bez pieniędzy płynących do Polski z USA nie byłoby wolnej Polski. Wolna niepodległa Polska była dla Polonii sprawą pierwszą i najważniejszą.

Dziękuję za rozmowę.

gdziedzic@zwiazkowy.com

Dominik A. Pacyga

Imigrant w trzecim pokoleniu, urodził się w Chicago w 1949 roku. Profesor historii (emerytowany w 2017 r.) w Columbia College w Chicago. Studia doktorskie ukończył w 1981 roku na Uniwersytecie Illinois w Chicago. Jest autorem i współautorem sześciu książek poświęconych historii Chicago i chicagowskiej Polonii, m.in. “Slaughterhouse: Chicago’s Union Stock Yard and the World It Made” (2015), “Chicago: A Biography” (2009) i “Polish Immigrants and Industrial Chicago” (1991, 2001). Obecnie pracuje nad książką “Polish Chicago”. Laureat nagród Oskara Holeckiego i Mieczysława Haimana przyznawanej przez Polish American Historical Association oraz nagrody Catholic Book Award. Profesor wizytujący na uniwersytetach: Chicagowskim, Illinois i Oksfordzkim. W latach 2013-14 wykładał w Instytucie Studiów Amerykańskich i Polskiej Diaspory na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Współpracuje z wieloma muzeami, instytucjami pomocowymi i organizacjami etnicznymi w celu zachowania i prezentowania historii.

 

fot.arch. prof. Domika Pacygi, Muzeum Polskie w Ameryce, arch. Dziennika Związkowego

Comments

  1. Yaroon
    Yaroon 26 marca, 2018, 09:05

    Bez Armii Czerwonej i Radzieckiego żołnierza – na pewno nie byłoby wolnej Polski. Potem Związek Sowiecki się rozpadł i niczyja w tym zasługa, że Polska i inne kraje socjalistyczne, bloku wschodniego odzyskały (na moment!) wolność.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*