Życie w proszku. Heroina w Chicago

Życie w proszku. Heroina w Chicago

Chicago to heroinowa stolica Ameryki. Heroina jest tania, mocna i łatwo dostępna. Po opanowaniu Chicago jak gangrena opanowała północno-zachodnie przedmieścia. Heroinista to nie obdarty Murzyn z getta – częściej biały dzieciak z dobrego domu.

Nie wiadomo, ilu jest w Chicago polskich heroinistów, ostrożne szacunki specjalistów od uzależnień mówią o setkach, głównie młodych ludzi. Kolejne setki polonijnych nastolatków są o krok od pierwszej działki, biorąc leki przeciwbólowe, często wykradane z domowych apteczek.

Kiedy Mirek pierwszy raz wziął heroinę, Daniela nie było jeszcze na świecie, Adam był w piątej klasie podstawówki. Mimo pokoleniowych różnic ich heroinowe życiorysy są przerażająco podobne. To ta sama historia, inni są tylko statyści i dekoracje. Wszyscy trzej mieszkają od wielu lat w Chicago, ukończyli amerykańskie licea, świetnie mówią po angielsku. Wszyscy są z rozbitych rodzin. Żadna patologia, względnie normalne dzieciństwo. Żaden z nich nie przypomina stereotypowego narkomana. Wszelkie statystyki są przeciwko nim. Z nałogu wychodzi najwyżej co dziesiąty leczący się heroinista, co siódmy umrze na skutek przedawkowania.

Daniel pracuje w ośrodku leczenia uzależnień, studiuje, w przyszłości chce zostać psychologiem. To młody, wesoły, pełen energii mężczyzna. Godzi się na spotkanie, choć zwykle nie ma czasu, z jego planem dnia doba powinna być o kilka godzin dłuższa. Spotykam go w modnej kawiarni w pobliżu uniwersytetu. Ma 21 lat, nie pije, nie pali, biega 10 mil dziennie, gra na gitarze.

Mirek jest najstarszy, za dwa tygodnie skończy 52 lata, co samo w sobie jest niezwykłe, bo heroiniści tak długo nie żyją. Zaprasza mnie do siebie, jest sobota po południu, Mirek właśnie skończył pracę. Pracuje przy systemach hydraulicznych, to ciężka robota – kopanie rowów, kucie betonu. Jest niewysoki, żylasty, silny. Mówi, że fizyczna praca trzyma go w pionie. Jego pasją jest muzyka, kiedy zaczyna opowiadać o płytach i koncertach – ożywia się. Nie znam nazw większości zespołów, o których opowiada.

Adam ma 35 lat i jest kierowcą ciężarówki, jeździ na lokalnych krótkich trasach. Wysoki, przystojny brunet w drucianych okularach. Szczupły, wysportowany. Ma brązowy pas taekwondo. Wzbudza zaufanie, kupiłbym od niego samochód albo pakiet ubezpieczeniowy. Siada przede mną facet o inteligentnym spojrzeniu, starannie dobiera słowa. Gdybym go mijał na ulicy, nie przyszłoby mi do głowy, że jest narkomanem.

Pierwszy raz

wziąłem z kolegą, obaj byliśmy pijani – mówi Daniel. – Miałem wtedy 16 lat, on 25 i niedawno wyszedł z ośrodka. Kolega powiedział: „Wziąłbym heroinę”, a ja podchwyciłem ten pomysł. On zadzwonił i za chwilę przyjechały dwie dziewczyny – lesbijki. Całą czwórką pojechaliśmy na West Side, diler już czekał. Kupiliśmy wtedy z tym kolegą dwie działki po 10 dolarów każda. Pojechaliśmy z powrotem w nasze rejony. Zaparkowaliśmy na parkingu koło „pawilonów”, przy Cumberland i Foster, tam jest taka górka. Dziewczyny wstrzyknęły sobie, a my wciągnęliśmy po pół worka do nosa. Od razu wiedziałem, że na to uczucie czekałem całe życie, było błogo i przyjemnie. Jestem, nie ma mnie, znowu się budzę, wszystko mi się podoba. Straciłem rachubę czasu, ale nagle jedna z tych dziewczyn mówi: „Hej, z nim jest coś nie tak”. Patrzę, a mój kumpel jest cały siny, te pół worka w nos wystarczyło, żeby przedawkował. Wyciągnąłem go z samochodu na śnieg. Pierwsze co mi przyszło do głowy, to znaleźć ten drugi worek, który miał w kieszeni. Przeszukałem, ale chyba jedna z tych lesbijek, już go zwinęła. Pamiętam, że przyjechało pogotowie, jak podeszli to zacząłem rzygać. Tego chłopaka wzięli na pogotowie, a my pojechaliśmy dalej ćpać. Następnego dnia on wyszedł ze szpitala i poszliśmy pod tą górkę szukać zaginionej działki. Pierwszy raz w żyłę wziął siedem miesięcy później. Kumpel miał strzykawki. Nie chciał, ale ja naciskałem. Jak wąchasz, na haj musisz czekać nawet pół godziny, a dożylnie – 7 sekund. On zmieszał, zagotował i strzeliliśmy. Jak się obudziłem nazajutrz, to już wiedziałem, że naprawdę ćpam, że to już nie żarty.

Mirek od razu załadował w żyłę. Miał 28 lat, a za sobą wiele lat palenia marihuany, picia, brania kokainy, LSD i grzybów halucynogennych. – Moi dwaj najlepsi kumple brali herę. Tego dnia wyciągnąłem rękę i powiedziałem „ładuj”. Kolega mi wstrzyknął. Coś tam poczułem, wymiotowałem i to było przyjemne, a nie męczące jak rzyganie po wódzie.

Adam też wziął z kolegą. Lubił zapalić crack, czuł pobudzenie i euforię, nie lubił zejścia. Żeby się uspokoić, wziął heroinę – raz, potem drugi. Na początku nie podobało mu się to opiatowe przymulenie. Zaskoczył, kiedy miał 23 lata, inne narkotyki zaczęły go już nudzić. Brał i jeździł ciężarówką. Palił crack i wciągał heroinę, na zmianę. Za kierownicą, w czasie jazdy. – Trzy lata tak jeździłem. Nieraz zasnąłem za kierownicą, jeździłem na zerwanym filmie, nie wiem jak. Jechałem, śpiąc. Kiedyś obudziłem się, jadąc przez zagajnik pomarańczowy w Kalifornii. Dopiero GPS pokazał mi, gdzie jestem, nie wiedziałem nawet, czy jadę załadowany czy pusty. Innym razem ocknąłem się na parę metrów przed zderzeniem z inną ciężarówką, w ostatniej chwili zjechałem w rów. Nigdy nie miałem wypadku. W żyłę pierwszy raz też wziąłem w trasie. Wziąłem ze sobą kolegę, który chciał się w czasie jazdy odtruć. Tyle że ja miałem przy sobie swój towar, także odtrucie nie wyszło, a towar się skończył. Dojechaliśmy do Las Vegas i kupiliśmy crack i heroinę, ale inną, nienadającą się do wąchania – „black tar”, bo wygląda jak kawałek smoły. On mi strzelił. Parę dni później strzelił mi inny znajomy. Podpatrzyłem, jak to robią, i w końcu sam zrobiłem sobie zastrzyk – na parkingu koło Walmartu, gdzieś w Tennessee.

Heroina w dwóch postaciach fot.Wikipedia

Heroina w dwóch postaciach fot.Wikipedia

Dime, czyli działka

kosztuje na ulicy 10 dolarów. 10 działek to „jeb”. Na początku wystarczy jedna, może dwie działki dziennie. – Przez pierwsze parę miesięcy potrafiłem nie brać codziennie, jakoś udawało mi się wytrzymać do wypłaty, a w weekend zabawić się ostrzej – opowiada Mirek. Pracował jako kierowca rozwożący artykuły medyczne do szpitali, w tym strzykawki. W tamtych czasach, na przełomie lat 80. i 90., jednorazowe strzykawki to był rarytas, bo były dostępne wyłącznie na receptę. Mirek mógł mieć ich praktycznie każdą ilość. Miał mieszkanie, pracę i służbowy samochód, z którego mógł korzystać w weekendy. Podczas jednego z nich kompletnie pijany i naćpany rozbił ten samochód. Nikomu nic się nie stało, nie dostał nawet DUI, ale podziękowano mu za pracę. Niedługo potem stracił mieszkanie i w wieku 30 lat został bezdomnym. Pomieszkiwał u znajomych, to tu, to tam, po parę miesięcy. Pracował dorywczo, kilka razy w tygodniu chodził na Belmont i Milwaukee, na „ścianę płaczu”, dniówkę dostawał od razu po robocie. Pogorszenie następowało na tyle wolno, że nie był w stanie tego zauważyć. Brał już po 4, a nawet 6 działek dziennie. Po przebudzeniu, żeby podnieść się z łóżka, w pracy, żeby utrzymać młotek w ręku, po robocie na zmęczenie, a wieczorem na sen. – Ciągle brakowało mi pieniędzy, zacząłem kombinować i kraść. Włamywałem się do domów i mieszkań. Czasem, kiedy wchodziłem, właściciele spali w swoich łóżkach, było i tak, że chodzili po domu z telefonem albo siedzieli przed telewizorem. Wtedy brałem co mi wpadło w ręce, czasem narobili krzyku. Nie liczyło się nic, cel był tylko jeden – za wszelką cenę zdobyć pieniądze na heroinę. Z kolegą kradliśmy w sklepach, co popadło, albo na zamówienie. Mieliśmy stałych odbiorców, na przykład sklep spożywczy zamawiał 120 puszek kawy. Objeżdżaliśmy Walgreensy, z każdego wynosiliśmy po cztery puszki na głowę, potem do następnego. Można powiedzieć, że prowadziliśmy przedsiębiorstwo zaopatrzeniowe i hurtownię w jednym, tyle że towar musieliśmy ukraść. No i włamania. Do dzisiaj przy Fullerton istnieje taki ruski pawnshop, przez te wszystkie lata zaniosłem tam ponad 4 kilo złota. Wszystkie pieniądze szły w żyły. Mieszkałem już wtedy głównie na ulicy, spałem w samochodzie, na przystanku, w parku. Bez kontaktu z rodziną, przyjaciół, bo heroinizm to samotna jazda. Wszyscy wiedzieli, że jestem ćpunem i złodziejem, moi znajomi byli tacy jak ja.

W końcu zaczęliśmy z jednym kolegą handlować heroiną. Od dilera braliśmy 20 gramów czystej hery, w młynku do kawy mieliliśmy tabletki nasenne i mieszaliśmy to razem. Wychodziło z tego 700 działek, które sprzedawaliśmy w 2–3 dni. To 5 tys. dolarów czystego zysku, tylko że nie dla nas. Pieniądze brał nasz hurtownik, to był jego zysk. Nam płacił w towarze, co było ok, bo pieniądze mają znaczenie tylko o tyle, że można za nie kupić herę. Wtedy brałem już 4 działki z rana, żeby poczuć się lepiej i cokolwiek poczuć, „sicka” zdjąć. Potem co dwie godziny. W końcu aresztowali nas, ale nie mieliśmy przy sobie towaru, bo właśnie go sprzedaliśmy. Domniemanie przestępstwa. Przesiedziałem 8 miesięcy. Po wyjściu pojechałem z powrotem do tego kumpla. Najpierw zjadłem tacosy, a potem on spytał: „Chcesz przygrzać?”. Przedawkowałem wtedy po raz trzeci w życiu – jedną torebką.

Obudziłem się cały mokry

na tylnym siedzeniu samochodu – wspomina Daniel. – Ludzie, którzy cucili mnie i obkładali lodem, mieli przerażenie na twarzach. Odleciałem na cztery godziny, a jak otworzyłem oczy to pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to „naćpać się”, a przecież przed chwilą prawie umarłem. Nic się nie liczyło, nic nie mogło się równać do ćpania. Wszystko, co kiedykolwiek przeżyłem i lubiłem – gitara, seks, jedzenie, sport – było o 90 procent mniej przyjemne niż branie heroiny. Miałem absolutną obsesję brania. Jak nie miałem heroiny, wstrzykiwałem cokolwiek, nawet wodę. Kiedyś przypomniałem sobie, że trzy miesiące wcześniej robiłem na komodzie kreski z heroiny. Zebrałem wszystko co było na blacie, cały ten kurz i bród, zagotowałem na łyżce i władowałem. Innym razem przygotowywałem sobie zastrzyk w lesie. I nagle ta rozpuszczona hera mi wypadła i wsiąkła w ziemię, a ja poczułem taki straszny smutek, jakby zastrzelili mi całą rodzinę. Nigdy potem nie czułem takiego doła. Musiałem brać, bo bałem się zejścia, sicka, myślałem, że coś mi się stanie, że umrę, że mi pourywa stawy. A jak już na parę dni przestawałem ćpać, to było tak, jakbym włączał pauzę pilotem. Jak po tygodniu szedłem ćpać, wciskałem „play” – czułem, że idę żyć. Heroina to było moje życie. Byłem już wtedy na ulicy z moją dziewczyną, braliśmy razem. Wiedziałem, że życie na ulicy nie jest ok, ale myślałem, że to dla mnie jedyna opcja. Niby obchodziło mnie, że mama płacze i się martwi, a z drugiej strony kiedy nie ćpałem, to czułem się nie fair wobec siebie, jakbym samego siebie pozbawiał najlepszej rzeczy na świecie.

sick – głód, zespół odstawienia, charakteryzuje się bólami stawów i mięśni, silnym niepokojem i obsesyjnymi myślami o wzięciu narkotyku

spot – miejsce, gdzie można kupić heroinę, w Chicago najwięcej spotów jest na West Side

diler – osoba sprzedająca narkotyki

dope – heroina

crack – kokaina do palenia

Książkę o narkomanie,

który przestał brać, mama kupiła Adamowi jakieś 5,5 roku temu. – Przeczytałem i zadzwoniłem na podany na końcu numer, do ośrodka odwykowego w Kalifornii. Miła pani powiedziała mi, że miesiąc leczenia kosztuje 90 tys. dolarów. Dodzwoniłem się do najdroższego rehabu w Stanach, ale myślałem, że to wszędzie tyle kosztuje – śmieje się Adam. – Mieszkałem wtedy z ojcem i właśnie się wydało, że ukradłem mu pieniądze z konta. Dał mi do wyboru – leczenie albo wypad z domu, na ulicę. Wybrałem leczenie, bo była zima, a nie dlatego, że chciałem przestać brać. Heroina dawała mi poczucie, że jestem kimś wyjątkowym, chodziłem po ulicach i sklepach, patrzyłem na tłum i myślałem: „Jacy wy biedni jesteście, co wy wiecie?”. Ale styczniu 2011 r. wylądowałem w Haymarket – to taki duży ośrodek dla narkomanów i alkoholików w downtown, akurat powstał program po polsku. Na terapii poznałem dziewczynę – Agnieszkę, też narkomankę. Zostaliśmy parą, choć terapeuci i koledzy z terapii mówili, że to głupi pomysł i recepta na ćpanie. Wkrótce po wyjściu pojechaliśmy na jakieś wesele. Wypiliśmy po parę drinków, popatrzyliśmy na siebie i bez słowa pojechaliśmy na spot. Po dwóch miesiącach codziennego brania wyrzucili mnie z pracy, zaczęliśmy kraść w sklepach. Przestraszyłem się i razem wróciliśmy do ośrodka. Aga wyszła wcześniej. Po 28 dniach, czekała na mnie z heroiną przy drzwiach. Znowu to samo. Panika z samego rana, bo nie ma hery, a idzie sick. Szybka akcja, nerwy, kłótnia, pożyczanie pieniędzy, zastawienie telefonu w lombardzie i pierwsza działka. Potem przez cały dzień chodziliśmy po sklepach z uśmiechami na ustach. Zakochana para. Kradliśmy markowe ubrania i perfumy. Diler brał od nas każdą ilość towaru. Płacił dopem. Złapali nas wiele razy, ale zawsze wypuszczali. W końcu Agnieszkę zamknęli na dłużej, bo była złodziejką recydywistką. Poszedłem na trzecie leczenie. Tym razem po programie zostałem w ośrodku, na oddziale, z którego można wychodzić na miasto. Ale Agę wypuścili i znowu zacząłem brać. W każdy dzień to samo, ćpanie, kradzieże, diler, ćpanie, sklepy, diler. Zacząłem się modlić, żeby coś się w końcu stało. Aresztowali mnie i przesiedziałem pięć miesięcy.

Ćpanie to pełny etat

z dużą ilością nadgodzin – śmieje się Mirek. – Cały czas zapie..dol. Bez niedziel, świąt i wakacji. Wstajesz bez względu na pogodę, bo nie ma innej opcji, nie wolno dopuścić do głodu. Mieszkałem wtedy na „murzynowie”, pilnowałem domu dla ludzi, którzy je kupowali do remontów. W 2011 r. była ta wielka śnieżyca. Spadło tyle śniegu, że byłem totalnie odcięty od świata. Nie miałem heroiny, ale miałem dwa „ucha” wódy. Po nich obudziłem się po czterech dniach i poszedłem po więcej alkoholu. Piłem dwa lata, do zgonu, wódkę, potem najmocniejsze tanie piwo. Lęki, trzęsawki, cały alkoholowy repertuar. Heroinę zamieniłem na alkohol, wpadłem z deszczu pod rynnę. To takie samo g..no, tylko w innym opakowaniu. Przyszedł taki dzień, że mój najlepszy kolega przedawkował herę w tym domu, gdzie mieszkałem, i umarł na moich rękach. Miałem wszystkiego dość, byłem śmiertelnie zmęczony. Nie chciałem pić, nie chciałem ćpać, a nie miałem pomysłu, jak przestać. Na detoksach byłem z 15 razy, może więcej. Ale wtedy z tej desperacji poszedłem do Haymarket i skończyłem program. Dużo się dowiedziałem, co robić, a czego nie robić, dowiedziałem się wielu takich małych rzeczy, bez których nie byłbym dzisiaj czysty. Dostałem broń, żeby na tę wojnę o trzeźwość nie pójść w kalesonach.

Tą rzeźbę wykonała osoba uzależniona od narkotyków. Wisi w domu jednego z bohaterów reportażu. fot.Grzegorz Dziedzic

Tą rzeźbę wykonała osoba uzależniona od narkotyków. Wisi w domu jednego z bohaterów reportażu.
fot.Grzegorz Dziedzic

Zrobiłem wszystko, co mi powiedzieli

na terapii – Daniel poważnieje. – Jak już doszedłem do zupełnej rozpaczy i dałem się aresztować, zawieźli mnie do psychiatryka. Cieszyłem się, że śpię w łóżku z pościelą. Byłem tak zjedzony przez pchły, że studenci medycyny przychodzili mnie oglądać jak jakiś wybryk natury. Czułem się jak w książce „Lot nad kukułczym gniazdem”, którą przeczytałem, zanim wyrzucili mnie ze szkoły. Stamtąd mama zawiozła mnie do ośrodka w Rockford. Wiedziałem, że jeśli wrócę do ćpania, to nie dożyję dwudziestki. Nie wiem skąd, ale była we mnie pewność, że nie będę kombinował, że zrobię dokładnie to, co trzeba, żeby żyć na czysto. Dzisiaj mam 4,5 roku trzeźwości i takie życie, jakie wiodę – fajna praca, studia, mieszkanie – wydaje mi się nierealne. A jednocześnie zapominam, że ćpałem i spałem w opuszczonych domach. Dzisiaj nierealne wydaje mi się ćpanie. To wszystko jest jak sen. Nie myślę o heroinie, nawet o tym, żeby jej nie brać – bo jak będę myślał – w końcu ją wezmę. Pamiętam to uczucie zaraz po strzale, gorzki smak heroiny na języku, nawet w tej chwili, jak o tym mówię, to mam dreszcze. Nie biorę żadnych narkotyków, nie piję alkoholu. Czasami czuję się dziwnie, że mając 21 lat, nie mogę napić się piwa i zabalować w klubie. Ale taka jest moja historia, inni ludzie mają cukrzycę, a ja nie, oni nie są uzależnieni od heroiny – ja jestem. Tak po prostu jest.

Wiem, jak nie ćpać

mam tę wiedzę w małym palcu, znam to na wyrywki – mówi Adam. – Najdłużej w życiu byłem czysty 10 miesięcy i 5 dni. Duży wpływ miał nadzór kuratora, ten sądowy bat, nie chciałem wrócić do więzienia. Życie zaczęło się układać, praca, samochód, wynajęte mieszkanie. Chodziłem na mityngi, zaangażowałem się w program 12 kroków, ćwiczyłem sztuki walki. I przyszedł taki dzień, kiedy to mi się znudziło, takie zwykłe fajne życie zaczęło mnie mierzić. Chciałem się naćpać. Czekałem tylko na odpowiedni moment. Pewnego dnia mocno wkurzyłem się w pracy i pojechałem na West Side.

Mirek zaciąga się papierosem. – Życie jest monotonne, ale nie pozwolę, żeby ta monotonia mnie dopadła. Czasami jest ciężko i nudno, ale nigdy na tyle, żeby wrócić do ćpania. Dzisiaj to nie jest opcja, nic nie jest warte zaćpania. Nie tęsknię. Wiem, gdzie byłem. Nie powinienem już żyć, być tutaj, a jestem. Może jest jakiś powód. Moje uzależnienie mnie fascynuje. Ten moment, kiedy heroina podchodzi do mnie w ułamku sekundy i wszystko w mojej głowie mówi „pieprz to wszystko, idź ćpać”. To niesamowity narkotyk, zawładnie tobą całkowicie, odbierze ci duszę i całe dobro, które w sobie masz. Nie wiem, dlaczego akurat ja nie ćpam, a inni lecą. Nie myślę o tym za wiele. Po prostu staram się tym zająć jeden dzień na raz, pójść trzeźwy spać. To w 100 procentach mój wybór i decyzja na trzeźwe dziś. To cud, bo przez wiele lat wszystkie decyzje podejmowała za mnie heroina. Jestem czysty od 28 miesięcy.

Adam: – Przestać brać jest łatwo, ciężko jest nie zacząć znowu. Ostatnio znowu zaćpałem, w Wigilię. Dziesięć dni temu pojechałem z ojcem do Meksyku, na terapię ibogainą. To taki wyciąg z afrykańskiej rośliny, silnie halucynogenny. Przez dwanaście godzin dzwoniło mi w uszach, miałem jakieś wizje. Ale sick zniknął od razu. Podobno ten lek zmienia chemię mózgu, a receptory wracają do stanu sprzed ćpania. Może i tak, ale kilka dni temu znowu przyszło mi do głowy, żeby po pracy pojechać do dilera. Nie pojechałem, ta terapia kosztowała 5,5 tys. dolarów, głupio by było tak od razu zaćpać. Każdy ma swoją drogę do trzeźwości. Moja jest taka, że popełniam wszystkie możliwe błędy. Nie wiem, czego mi jeszcze brakuje, żeby być czystym. Ja naprawdę lubię trzeźwe życie. Nie chcę ćpać. Ale zawsze przychodzi ten moment, że mówię sobie: „Tylko ten jeden raz”, choć wiem, że na jednym się nie skończy. Gdybym wiedział, co zrobić, to bym to zrobił w tej chwili.

Grzegorz Dziedzic

gdziedzic@zwiazkowy

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.

 

Ośrodki leczenia uzależnień z terapią w języku polskim:

Zrzeszenie Amerykańsko-Polskie Punkt wyjścia – terapia otwarta

  • 3834 N. Cicero Ave.
    Chicago, IL 60641
  • tel.: 773 282-8206 wew. 349, 354, 347
  • www.polish.org

Haymarket Center – leczenie uzależnień – terapia zamknięta i detoks

  • 120 N. Sangamon St.
    Chicago, IL 60607
  • tel.: 312 226-7984 wew. 313 lub 134
  • www.hcenter.org

Poradnia rodzinna PoZdrowienie

tel. (773) 777 7000

Przydatne strony internetowe:

www. swiatelko.com

www.chicagona.org

Zdjęcie główne: fot.skeeze/pixabay.com/123RF Stock Photos

Categories: Polonia, Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*