Życie po życiu

Paweł ma misję na następnych 10 lat. Dla Mirka liczy się tylko „dziś” przeżyte w trzeźwości. Paweł staje przed setkami ludzi i mówi „jestem złodziejem”. Mirek jest zdania, że byłego ćpuna może zrozumieć tylko inny ćpun. Paweł wierzy, że to Duch Święty podsunął mu życiową misję. Mirek nie boi się piekła, bo mówi, że już tam był. W święta Zmartwychwstania Pańskiego dwie różne historie ludzi, którzy otrzymali szansę na drugie, nowe życie.

fot.Pexels.com

fot.Pexels.com

Paweł

W wieku 8 lat, kiedy wyszedł ze sklepu Kmart w Chicago, usłyszał od swoich towarzyszy „Gratulacje! Właśnie coś ukradłeś!”. Z bluzy z kapturem wydobył płytę kompaktową. W tym momencie coś się zmieniło. Gdzieś pomiędzy uczuciem dezorientacji poczuł również, że właśnie nabył nową umiejętność, niczym jazda na rowerze. Nie czuł, że stało się coś złego. O osobach, które z nim wtedy były, nie chce w ogóle rozmawiać. Paweł był zadowolony, że odtąd nie musiał już prosić rodziców o słodycze i drobnostki, bo mógł je sam zdobywać. Myślał, że skoro umie to robić, to powinien. I robił – przez następnych 12 lat.

Pamięta, jak w soboty jeździł z rodzicami na zakupy i będąc już w trzecim sklepie, nie miał miejsca w kieszeniach, bo zapełnione były towarem skradzionym z poprzednich dwóch sklepów. Wyciągał wówczas te rzeczy, żeby zrobić miejsce na więcej. Znał środki bezpieczeństwa, rozmieszczenie kamer, wiedział, gdzie na pewno nie zostanie złapany. Często nawet nie używał tego, co ukradł, tylko wyrzucał. Jeśli była okazja, a czegoś nie ukradł, czuł się źle. Co niedziela był z rodzicami na polskiej mszy w Chicago. Był nawet ministrantem. Wiedział, że nie powinno się kraść, lecz… nie miał ochoty przestać. Poza tym kradzież ze sklepu to przecież nic takiego – myślał sobie. Sklepy mają przecież pieniądze. A tylko może trzy razy ukradł coś indywidualnej osobie.

Paweł był bardzo zdolnym uczniem. W siódmej klasie zaproponowano mu nawet przeskoczenie kilku klas. Wolał jednak zostać z rówieśnikami. Rodzice zawsze chcieli osiedlić się w cieplejszym klimacie, więc gdy miał 17 lat przeprowadził się do Kalifornii. Tam też skończył liceum i od razu wskoczył na drugi rok studiów. W Kalifornii też kradł – i szło równie dobrze jak w Chicago. W którymś momencie to było jak uzależnienie. Jeżeli czegoś nie ukradł, czuł, że marnuje szansę. Przez około 12 lat nigdy nie został złapany – ani przez rodziców, ani przez pracowników sklepów.

Nie mogę więcej kraść

W wieku 20 lat skończył studia z zarządzania i finansów, a parę miesięcy później dostał pracę w firmie samolotowej Boeing. Była to wówczas jedna z 10 najlepszych firm w kraju do rozpoczęcia kariery. Jednocześnie w 2008 r. sytuacja ekonomiczna w kraju zaczęła się psuć. Wielu ludzi wokół miało problemy finansowe.

– Nie pochodzę z bogatej rodziny, nie skończyłem Harvardu, a dostałem tak świetną pracę. Firma oferowała wspaniałe świadczenia, program opłacający jakąkolwiek szkołę, najlepsze dostępne ubezpieczenie i roczne wynagrodzenie wynoszące na start 45 tys. dolarów. Dla mnie to było jak milion dolarów. Byłem bardzo wdzięczny. Moi koledzy byli ciągle na studiach, ludzie wokół mieli problemy finansowe, a ja mogłem kupić i zapłacić za wszystko, na co miałem ochotę. Pomyślałem wówczas, że niczym nie mogę usprawiedliwić dalszej kradzieży. Podjąłem decyzję, że nie mogę więcej kraść.

Pamięta, jak około roku 2009 wracał z wycieczki z Las Vegas. Miał przy sobie dużo gotówki. Postanowił, że wstąpi do sklepu Sears i zwróci pieniądze za perfumy wartości 50 dol., które parę lat wcześniej ukradł na prezent dla swojej byłej dziewczyny. Wytłumaczył kasjerce, o co chodzi, przyznał się do kradzieży sprzed paru lat i zaoferował zwrot 55 dol. w gotówce. Było to bardzo trudne, kasjerka nie chciała uwierzyć ani przyjąć pieniędzy. Pokazał jej, że ma przy sobie setki dolarów. W końcu udało się ją przekonać. Poczuł ulgę i satysfakcję, że naprawił swoje zło, że mógł powiedzieć o tym innym ludziom. Przed kolegami nie chciał mieć do końca życia reputacji złodzieja. Jednocześnie pomyślał sobie, że na pewno nie jest pierwszą osobą, która coś ukradła i chce oddać. I że musi być na to jakiś lepszy sposób. Poczuł, że zaczął się rodzić jakiś większy projekt.

Darowanie winy

Powoli rodziła się idea Unsteal.org – strony internetowej, za pośrednictwem której zrehabilitowani złodzieje i kleptomani mogą anonimowo oddać sklepom równowartość towaru, który ukradli. Jednak Paweł nie był pewny, czy ta trudna i dziwna misja się uda. Świadomy niesprawiedliwości społecznych i faktu, że białym mężczyznom w tym kraju wiele przewinień uchodzi na sucho, umówił się na spotkanie z miejscowym prokuratorem. Przyznał się do wszystkich kradzieży i poprosił o wymierzenie kary. Chciał być wolny od wyrzutów sumienia. Prokurator bardzo się zdziwił, lecz po uważnym wysłuchaniu historii Pawła zdecydował, że nie poniesie konsekwencji. Uzasadnieniem był fakt, że Paweł nie kradł już od paru lat, żałuje swoich uczynków, ponadto próbuje naprawić wyrządzoną szkodę. Wybaczenie ze strony wymiaru sprawiedliwości było jednym z serii małych zwycięstw, które sprawiły, że Paweł nabierał pewności co do pomysłu Unsteal.org. Pierwszym sukcesem było samodzielne stworzenie strony internetowej oraz znalezienie partnera, którym zgodził się być Terrence Shulman, ekspert w dziedzinie kradzieży sklepowych i kleptomanii, autor kilku książek na ten temat. Jednak najtrudniejszym zwycięstwem było nadanie statusu organizacji niedochodowej 501(c)3 przez amerykański urząd skarbowy.

Paweł ma 29 lat. Oprócz działalności niedochodowej w Unsteal.org prowadzi własną firmę konsultingową w dziedzinie przemysłu lotniczego i kosmonautycznego. Po półtorarocznym pobycie w Rockford myśli o powrocie do Kalifornii. Jego celem na najbliższych 10 lat jest wprowadzenie do wszystkich sklepów w całym kraju metalowych skrzynek, do których złodzieje mogliby anonimowo zwracać równowartość skradzionego towaru. Takie skrzynki są na razie w trzech sklepach w Rockford.

W marcu Paweł Gwizdala stanął przed wypełnionym po brzegi kościołem swojej byłej parafii w Chicago i powiedział: „Jestem złodziejem”. Jak sam mówi, to był radosny moment.

– Jeżeli kradłeś, nie jesteś sam. Jeżeli czujesz się z tym źle, też nie jesteś sam. Wiem to, bo sam przez to przeszedłem. Kradzież jest złem i krzywdą dla całego społeczeństwa. Jeśli przestaniesz i naprawisz wyrządzoną szkodę, będziesz mógł być szczęśliwy. Myślę, że to Duch Święty podsunął mi pomysł stworzenia Unsteal, a także przetarł pierwsze szlaki. I że musiałem przeżyć to, co przeżyłem, żeby zyskać nowe, lepsze życie. Jest ono lepsze niż życie z tajemnicą i ciężkim sumieniem.

Mirek

Przyjechał do Stanów w 1981 r. Miał wówczas 18 lat. Zamieszkał z mamą na tzw. domku (czyli u pracodawcy matki) w Lake Forest na północnych przedmieściach Chicago. W liceum był średnim uczniem. Na wstępie zmagał się z językiem – był jedynym Polakiem, co początkowo stanowiło sensację dla kolegów. Marihuanę palili wszyscy wokoło, halucynogeny były trochę wyższym stopniem, lecz też były dostępne. Oczywiście był jeszcze alkohol. Wpływ otoczenia i młodzieńcza ciekawość sprawiły, że on też próbował. Mama chyba podejrzewała, że popalał marihuanę, ale nigdy nie było żadnej interwencji. Przecież chodził do szkoły, normalnie funkcjonował.

Po ukończeniu liceum dość szybko znalazł sobie pracę – w ogrodzie botanicznym, a później jako kierowca w centrum dializ. Praca była bardzo dobra i odpowiedzialna – woził krew do analizy. Strzykawki, probówki i inne niedostępne wówczas bez recepty przyrządy medyczne były zawsze w samochodzie – na wyciągnięcie ręki. Po jakimś czasie u matki zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. Przenieśli się do Chicago. Po kilku latach matka została zabrana do domu opieki. Odwiedził ją trzy, może cztery razy. Następnym razem odwiedził ją po ponad 20 latach, gdy odnalazł jej grób na cmentarzu.

Heroiny pierwszy raz spróbował w domu u kolegi. Od razu dożylnie. Kolega pomógł, ale bojaźń igieł bardzo szybko zanikła. Miał około 28 lat. To był najszybszy, najłatwiejszy sposób, aby natychmiast znaleźć się na haju i najmocniej to poczuć. Zaczęło się od weekendowego używania. Sobota–niedziela–przerwa pięć dni, potem znów sobota–niedziela. Po paru miesiącach przerwy między weekendami coraz bardziej się skracały. Normalne życie i funkcjonowanie stopniowo odchodziło na bok. Po dwóch, trzech latach od pierwszego razu był już bez pracy, mieszkania, samochodu. Żeby funkcjonować, potrzebna była codzienna dawka. Heroina stała się całym jego życiem. Tak było przez następnych 20 lat.

Przestałem być człowiekiem

– Mój najniższy punkt? Duchowo – kompletna czarna dziura. Zero uczuć, zero emocji, zero wartości. Zero kontaktu z drugim człowiekiem. Oszukiwanie wszystkich dookoła, totalna manipulacja, żadnych hamulców. Jedynym celem było zdobycie narkotyku – im więcej, tym lepiej. Potem już nawet „więcej” nie wystarczało. Fizycznie – oszustwa, kradzieże, rozboje. Pomieszkiwanie u znajomych, na ulicy, w opuszczonych domach, w kolejce miejskiej. Kilka razy trafiłem do policyjnego aresztu. Byłem w najciemniejszych, najstraszniejszych, najniebezpieczniejszych miejscach. Przestałem być człowiekiem.

Pierwsze próby trzeźwości sięgają jeszcze lat 90. Rozsądek podpowiadał, że coś było nie tak. Jednak nie było czasu, by szukać pomocy, bo najważniejsza była pogoń za narkotykiem. Zaczął odwiedzać centrum uzależnień Haymarket w Chicago, nie po pomoc, lecz po kilkudniową odnowę. Tam mógł zatrzymać się parę dni, najeść się i umyć. Nie było to łatwe, bo kilka dni bez narkotyku od razu prowadziło do choroby. Przez wiele lat ośrodek był niczym obrotowe drzwi, przez które ciągle wchodził i wychodził, mimo iż za każdym razem proponowano mu rozpoczęcie terapii. W 1999 r. udało mu się nawet ją ukończyć. Detoks, potem zamknięty program, mieszkanie w ośrodku przejściowym. Był czysty około trzy i pół miesiąca. Jednak to nie był jeszcze jego czas. Chodziło raczej o podleczenie i ustawienie się i… jedziemy dalej.

Po kolejnych 10–12 latach brania wpadł na genialny – jak mu się wówczas wydawało – pomysł, że alkoholem wyleczy heroinowy nałóg. Zaczął więc zapijać się do nieprzytomności. To była zamiana substancji, lecz to samo dno. Znów wszystko przestało mieć sens, góra była dołem i odwrotnie. I znów przypomniał sobie o Haymarket. Tym razem coś go jednak tknęło. Doszedł do wniosku, że ma już wszystkiego dość, że czegokolwiek się nie dotknął, wszystko ciągnęło go w dół. Poprosił kolegę, żeby odwiózł go na detoks. Był tam wówczas polskojęzyczny program. Mimo iż nie miał problemu z angielskim, terapia po polsku jakoś bardziej do niego trafiała. Zaczął słuchać. Pojawiła się ciekawość, myśl, żeby coś zmienić. Jednak proces był trudny i bardzo niecierpliwiący, a terapeuci wymagający. Gdy na początku usłyszał, że do końca życia nie wolno mu zaćpać lub wypić, był już prawie spakowany do wyjścia. Udało się zostać. Codziennie dowiadywał się więcej o podstępnej, skomplikowanej chorobie uzależnienia. Program ukończył w 2012 r. Od tego czasu jest trzeźwy.

Jutra może nie być

Mirek nie liczy czasu. Dla niego liczy się tylko „dziś”. Codziennie rano gdy otwiera oczy, o nic nie prosi, tylko dziękuje za kolejny dzień w trzeźwości. Stara się żyć najnormalniejszym życiem, a jednocześnie coś z siebie dawać. Wynajmuje mieszkanie, pracuje w „kontraktorce”, a część weekendów w ośrodku dla bezdomnych. Dużo mu daje kontakt z osobami takimi jak on. Lubi spędzać wolny czas na łonie natury. Chciałby kiedyś zobaczyć ojca, którego nie widział ponad trzydzieści lat i odwiedzić grób siostry w Polsce.

– Plan na życie? Być trzeźwym, nie krzywdzić nikogo po drodze, nie być egoistą, próbować być produktywnym. Poczuć, że jestem człowiekiem. Przecież jutra może nie być. Przyszłe życie jest tu i teraz. Może warto dzisiejszy dzień spędzić jak najlepiej. Przez resztę życia dokonywać dobrych wyborów. Wiem, gdzie byłem i nie chcę tam wracać. Moja trzeźwość nie byłaby możliwa bez siły wyższej. Zmartwychwstanie to wielkie słowo. Ja wiem jedno. Nie powinno mnie tu być, a jestem. To nie może być przypadek.

Paweł logo Unsteal ma wytatuowane na prawej dłoni. Celowo wybrał to miejsce, bo w wielu kulturach prawa ręka odcinana jest za kradzież. Jeden z tatuaży Mirka ma napis „dyscyplina” – niezbędne narzędzie w codziennym zachowaniu trzeźwości. To pamiątki przemiany i nowego życia, które zostało im dane. I przypomnienie, że każdy ma szansę na odkupienie.

Joanna Marszałek

j.marszalek@zwiazkowy.com

Categories: Polonia, Społeczeństwo

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*