“Z czasem uczymy się pokory”. Polscy wolontariusze z Chicago na misjach

“Z czasem uczymy się pokory”. Polscy wolontariusze z Chicago na misjach

Od ponad dziesięciu lat grupa polonijnych wolontariuszy z Chicago wyrusza w różne strony świata, by wspomagać i wspierać Misjonarzy Ubogich (ang. Missionares of the Poor). O ofiarnej pracy ochotników opowiadała nam Marta Robak, liderka chicagowskich wolontariuszy związanych  z parafią św. Ferdynanda.

Anna Rosa: – Kenia, Uganda, Haiti, Jamajka, Indie, razem kilkanaście misji rozrzuconych w różnych częściach świata, do których wyjeżdżacie kilka razy w roku. Kto zainicjował powstanie i działalność tak prężnej grupy?

Marta Robak: – Przez 10 lat pracowałam w amerykańskiej szkole przy parafii św. Ferdynanda w Chicago, gdzie miałam przyjemność poznać siostrę Annę Strychasz. Przyjechała ona do naszej parafii z Kanady. To ona pewnego dnia zapytała mnie, czy nie chciałabym dołączyć i jechać z nią na misję. I tak to się wszystko zaczęło. Miałam wtedy bardzo małe dzieci – syn miał niecałe 3 lata, córka zaledwie kilka miesięcy, ale udało się nam zorganizować wyjazd na Jamajkę. To tam znajduje się serce wszystkiego – dom formacyjny braci misjonarzy. To tam mieszka ponad 600 rezydentów – dzieci, ludzi starszych, chorych na AIDS, osób niepełnosprawnych i upośledzonych. Tak zaczęła się nasza współpraca z Misjonarzami Ubogich (ang. Missionares of the Poor). Jest to katolicka organizacja założona w Kingston na Jamajce w 1981 roku, ale bracia pochodzą z różnych regionów świata – z Indii, Kenii, Ugandy, Haiti czy Trynidadu.

Jak wygląda podróż misyjna? 

– Zbieramy grupę wolontariuszy i wybieramy datę. Coraz więcej osób czuje potrzebę niesienia pomocy i chce wyjeżdżać jako wolontariusze. Nowi wolontariusze najczęściej chcą jechać z kimś, kto już był na misji i jest obeznany z sytuacją, zwłaszcza jeśli jedziemy do Afryki. Do Kenii i Ugandy jeździmy w grudniu, zaraz po świętach, następny wyjazd jest latem. Na Jamajkę wyjeżdżamy trzy razy w roku, bo kontynuujemy tam nasze projekty misyjne. Niesamowite jest to, że dzieląc się tym, co robimy, przyciągamy innych. Mamy osoby z całych Stanów Zjednoczonych, mamy nawet wolontariuszy z Polski i miejscem zbiórki jest na przykład Kenia.

Czy nie spotykacie się z zarzutami, ze jeździcie na wakacje w egzotyczne miejsca, ze wystarczy tylko kupić bilet, a potem wrzucać zdjęcia w otoczeniu umorusanych dzieci na ścianki portali społecznościowych?

– Owszem, zdarza się to, choć nieczęsto. Przed każdym wyjazdem misyjnym mamy kilka spotkań, rozmawiamy z kandydatem na wolontariusza, pokazujemy zdjęcia, opisujemy pracę i obowiązki. Namawiamy, by osoby jadące pierwszy raz wybrały na przykład Jamajkę, ponieważ misja jest bliżej, można jechać na krócej i tam właściwie znajduje się serce wszystkiego, co robimy. To nie są wakacje pod palmami, to praca i poświęcenie. Bardzo przytłacza, gdy wchodzi się do sali, w której znajduje się 80 łóżeczek, wszystkie dzieci są niepełnosprawne, trzeba je podnieść, umyć i nakarmić. Są to dzieci bez rąk i nóg, z różnymi rodzajami upośledzenia fizycznego i umysłowego. Proszę mi wierzyć, po takim doświadczeniu większość naszych wolontariuszy chce wracać na misję! Czasem ludzie pytają nas, ile nam za to płacą. Nie wiedzą, że sami kupujemy bilety, bierzemy wolne w pracy, zostawiamy rodzimy, żeby pojechać i pomagać jako wolontariusze. Da się to wszytko pogodzić, wiem z doświadczenia, bo zaczynałam jako młoda mama godząc macierzyństwo, studia, pracę.

Jak długo trwa taka misja?

– Jeżeli wyjeżdżamy do Afryki, to dwa tygodnie. Na Jamajkę lub Haiti, około tygodnia.

Jeśli już ktoś podjął decyzję, jego kandydatura została przyjęta, co dalej? Jak wygląda przygotowanie do wyjazdu na misję?

– Próbujemy kupić bilety tak, by lądować na miejscu w tym samym czasie. Jest to bezpieczne, zwłaszcza dla osób jadących po raz pierwszy, i wygodne dla braci, bo wyjeżdżają po nas i jest to dla nich oszczędność czasu i benzyny. Zawsze bardzo się cieszą z naszych przyjazdów, mają ogromny sentyment do grupy z Chicago. Myślę, że to dlatego, że wielu z nas też jest imigrantami, jak bracia, którzy w większości pochodzą z Indii, Filipin i zostali rzuceni w inny świat.

Idea niesienia pomocy jest piękna, ponadkulturowa, budująca wspólnotę. Jak się w tym odnajdujecie?

– Na początku wiele osób zarzucało nam, że jeździmy gdzieś do serca Afryki, a nie pomagamy Polakom w Polsce. Odpowiadałam, że zostaliśmy zaproszeni tam, gdzie była potrzeba. Zawsze powtarzam, że nie chodzi o to gdzie, ale w jaki sposób i komu się pomaga. Znajdź organizację, znajdź miejsce, gdzie trzeba pomoc i pomagaj. Zawsze zapraszamy do współpracy.

Jakiej rady mogłabyś udzielić początkującemu wolontariuszowi? 

– Przyjeżdżając z bogatego, zachodniego kraju, mając codziennie dostęp do wszelkich dóbr cywilizacji i usług na najwyższym poziomie, mam wrażenie, że próbujemy wtargnąć w cudze życie i na siłę je zmieniać. Z czasem uczymy się pokory i tego, że nie zawsze to, czego my chcemy, jest dobre dla innych. Też próbowałam zmieniać cudze życie.

Co na przykład próbowałaś zmienić?

– Misja to, oprócz pracy, czas by się pomodlić, porozmawiać z samym sobą, z wartościowymi ludźmi, których się tam spotyka; czas, by cieszyć się prawdziwa wspólnotą z innymi. Będąc na misji po raz pierwszy, drugi czy piąty, w ogóle nie przywiązywałam do tego uwagi. Tam było tyle pracy do zrobienia, tyle dzieci do nakarmienia, że myślałam: dajcie mi spokój z tą modlitwą, z tymi rozmowami! Jednak szybko się człowiek uczy, że bez tej wspólnej modlitwy, bez przerwy na oddech nie da się tego ogarnąć. Jedziemy tam na tydzień, na dwa i jak wariaci chcemy wprowadzać w cudze życie nasze przyzwyczajenia. Nie da się, to nie działa. Jeśli masz 120 dzieci na dwóch salach i na okrągło pierzesz pościel i ubrania, bo dzieci się moczą i brudzą, to nie ma czasu na składanie tego w kostkę. Kiedy pojechałam po raz pierwszy, dopiero co przeprowadziliśmy się na przedmieścia i urządziliśmy dom. Nasze dzieci były małe, pokoiki wycackane, szafeczki czyściutkie i ślicznie… Tam, na misji, nie ma czasu na cackanie się.

Nauczyłaś się czegoś o świecie, o ludziach, o sobie?  

– Dużo nauczył mnie ojciec Paul w Indiach. Pewnego razu i powiedział mi proste słowa: „uspokój się”. Ojciec Paul jest niesamowitym człowiekiem. Kiedy było trochę czasu w niedzielę, mówił: – Chodź, zobacz naszą kulturę, zobacz kraj, w którym żyjemy, poznaj ludzi, wtedy zmieni się twoje zdanie na temat tego kraju i jego mieszkańców.

Nie chciałam o tym słyszeć! Dzięki niemu zrozumiałam, że my, polscy imigranci mieszkający w USA, przyjeżdżający na drugą stronę globu służyć biednym, nie zmienimy świata. Dopiero teraz, po 10 latach, w ciągu których byłam na 37 misjach, to zrozumiałam. Ciągle mamy wolontariuszy, którzy myślą w ten sposób, którzy muszą to przeprocesować w sobie. Ale to mija. Człowiek uczy się, że czasem najważniejsza jest rozmowa, a nie próba zmiany czyjegoś życia lub świata na siłę, bo nam się wydaje, że tak jest najlepiej. Bracia też potrzebują rozmowy, zawsze pytają, co słychać w wielkim świecie, co słychać u naszych bliskich, co słychać u św. Ferdynanda w Chicago, bo tę parafię traktują jak własny dom.

Misja to przede wszystkim praca z ludźmi i dla ludzi. Jak układa się współpraca w grupie? 

– My, Polacy, mamy sentyment do misjonarzy i misji, mamy w sobie chęć niesienia pomocy, chęć bycia potrzebnym i chęć budowania wspólnoty. Jest to niesamowita grupa ludzi, którzy pracują do końca. Jeśli wysyłamy z Chicago kontenery z żywnością i lekami, dołączają się różne parafie, ludzie pracują od rana do wieczora, sortują, pakują. To łączy, daje poczucie bycia częścią wspólnoty.

Patrzę na ciebie i widzę, ze kiedy o tym opowiadasz, bije od ciebie niesamowita energia, radość i pewność, że wiesz, co robisz, że znalazłaś swoje miejsce.

– Myślę, że tak. Od dziecka chciałam to robić. Zafascynował mnie kiedyś misjonarz, który przyjeżdżał co dwa lata z misji w Kongo do naszego proboszcza, który był jego bratem. Oczy mi się świeciły, kiedy opowiadał o Afryce. To we mnie zostało. Los chciał, że trafiłam do Chicago, do św. Ferdynanda, spotkałam siostrę Annę i dowiedziałam się od niej o Misjonarzach Ubogich. Los też chciał, że wyjechałam na pierwszą misję. Pamiętam wielką złość na początku na wszystkich, na Boga zwłaszcza, że to nie ma sensu, że to porywanie się z motyką na słońce. Ks. Zdzisław Torba powiedział mi wtedy: – Albo będziesz zła na cały świat i obrażona na Pana Boga, albo możemy czegoś dokonać. Złość przełożysz na coś dobrego, albo już tu nigdy nie wrócisz.

I wróciłaś aż 37 razy. Nawiązały się silne więzi i przyjaźnie miedzy wami. Kiedy wyjeżdżacie np. na Jamajkę, to spotykacie osoby, z którymi zdążyliście się zaprzyjaźnić?

– Oczywiście! Bracia są ci sami, chociaż co kilka lat trafiają do innych placówek, ale nie ukrywam, że nawiązują się przyjaźnie między rezydentami, miedzy braćmi i wolontariuszami z innych części świata. Teraz szykuje się nam wesele, bo jeden z wolontariuszy poznał na misji dziewczynę, też wolontariuszkę, zakochali się w sobie i stwierdzili, ze chcą być razem.

Żyjemy w czasach, gdy komunikujemy się z całym światem w ciągu sekundy, ale podstawowe więzi międzyludzkie uległy rozpadowi. Kontaktujemy się ze sobą online, za pomocą mediów społecznościowych i czatów. Rzadko kiedy mamy czas i chęć patrzenia rozmówcy w oczy. Myślę, że tego ludziom brakuje. Jesteśmy istotami stadnymi, a sami skazujemy się na elektroniczną samotność. Czy wyjazd na misję zmienia sposób widzenia drugiego człowieka?

– Miałam przyjaciółkę, z którą byłyśmy na misji w Indiach, i ona powiedziała kiedyś: – Wiesz, nikt nigdy tak na mnie nie czekał.

Te dzieci chcą, by ktoś je przytulił, są chłonne kontaktu i bliskości drugiego człowieka. Zawsze powtarzam: musisz jechać z otwartym umysłem i sercem. Nie oczekuj niczego, bo możesz zobaczyć rzeczy, które będą dla ciebie okropne, i z którymi się nie zgadzasz. To są kraje Trzeciego Świata.

Jak to stało, że o parafii św. Ferdynanda wiedzą nawet w Afryce? 

– Parafia św. Ferdynanda i misja w Kenii są jak dłoń i rękawiczka. Kilka lat temu zaczęliśmy tam projekt budowy ośrodka dla dzieci i szkoły. Nie było tam nic, tylko blaszany daszek i drewniany barak bez okien i drzwi. Teraz, dzięki parafii św. Ferdynanda w Chicago, szkoła to piękny murowany budynek z dostępem do czystych łazienek i bieżącej wody. Wybudowaliśmy kuchnię, łazienki, kończymy plac zabaw. Zaczęliśmy od budowy domu dziecka, bo dzieci upośledzone fizycznie i umysłowo mieszkały w baraku bez okien. Porwaliśmy się na niemożliwy, jak nam się wydawało na początku projekt, ale udało się. I to udało się wspaniale!

Pieniądze pochodzą z datków?

– Tak, są to datki od osób prywatnych. Największy projekt to postny projekt u św. Ferdynanda, dzięki któremu za 140 dol. rocznie wysyłamy jedno dziecko do szkoły. Takich dzieci mamy już 120. Otrzymują one trzy posiłki dziennie, buty, plecak, z tego też opłacamy nauczycieli. Szkoła jest za darmo, a wszystkie dzieci mieszkają w slumsach.

Taka misja chyba zmienia sposób widzenia świata i naszego w nim miejsca.

– Ja osobiście znajduję tam ogromny spokój. Ludzie mówią, że jestem szalona jeżdżąc tam dwa razy do roku, ale ja tego bardzo potrzebuję. Z totalnej perfekcjonistki stałam się osobą otwartą na cierpienie i potrzeby innych. Uczę się, jak żyć ze wszystkim, co przynosi mi los i nie poddaję się w trudnych momentach. W lutym zdobyłam Kilimandżaro pomimo przeciwności losu, z którymi ja także się borykam. Byli ze mną przyjaciele z misji, którzy towarzyszyli mi w drodze na najwyższą górę Afryki.

A rodzina? Mąż musi cię bardzo wspierać. A dzieci? Czy nie brakuje im bliskości mamy, która ciągle jest na drugim końcu świata?

– Oczywiście, że wspiera, sam był na misji. Dzieci wyjeżdżają na misję razem z nami.

To fantastycznie. Można odbudować więzi rodzinne, złapać kontakt z własnymi dziećmi, które praktycznie nie odrywają się od telefonu. 

– Mój mąż wspiera mnie niesamowicie, choć nie jeździ tak często jak ja z dziećmi, bo ciężko pracuje. Natomiast nasze dzieci połknęły bakcyla od razu. Na początku pomagały sortować i pakować dary, potem zaczęły wyjeżdżać ze mną. Nasz dom jest bardzo otwarty na misjonarzy, często goszczą u nas, są członkami naszej rodziny. Mój syn poprosił ojca Paula o świadkowanie na bierzmowaniu, córka miała 6 lat, kiedy po raz pierwszy pojechała na misję. Napisała piękny list o tym, że wyjechała na wakacje, ale nie były to wakacje, i że poznała tam kolegę, który nie miał rąk i nóg, ale komunikowała się z nim przez uśmiech.

Jak odbierają takie misje ludzie z najbliższego otoczenia?

– Przede wszystkim ma się tu grupę wsparcia, grupę osób, które myślą podobnie. Ludzie z naszej parafii pytają o to, jak „nasze dzieci” w Kenii się miewają, co się u nich dzieje, kiedy będzie następna prelekcja i pokaz zdjęć. Myślę, że jest to niesamowita wspólnota zwykłych ludzi z naszej parafii ze zwykłymi ludźmi tam. Żyjemy swoimi sprawami, interesujemy się swoimi problemami, wspólnie radujemy się sukcesami, mimo że mieszkamy na dwóch krańcach świata.

Spójrz, jak olbrzymie znaczenie w życiu tych dzieci ma szkoła. My narzekamy na drożejące paliwo czy rosnące podatki, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że i tak żyjemy w luksusie i dobrobycie, bo mamy dach nad głowa, bieżącą wodę, elektryczność, a kiedy jesteśmy głodni, możemy bez problemu najeść się do syta. Dla tych dzieci centrum wszechświata i odskocznią do jakiejkolwiek przyszłości jest szkoła, którą wybudowaliście przy pomocy parafii św. Ferdynanda. 

– Mamy taką nadzieję, że dajemy im tę przysłowiową wędkę na przyszłość, że nauczymy je łowić, a one sobie poradzą. Na Jamajce mamy dwa ośrodki, w których zatrudniamy nauczycielki. Przychodzą one codziennie i uczą dzieci spraw podstawowych – jak trzymać łyżkę, jak bawić się piłką, jak rozwijać sprawność motoryczną. Przywozimy im zabawki edukacyjne, jeżdżą z nami nauczyciele, pielęgniarki, fizykoterapeuci. Ludzie są fantastyczni. Bracia to chłopcy, którzy wstępują do zgromadzenia w wieku 16-17 lat. Oddają dobrowolnie wszystko, co maja lub czego nie mają, pracują ciężko od świtu do nocy z chorymi dziećmi, myją je i przebierają, pracują w polu, współpracują z lokalną społecznością. To jest nasza wspólna rodzina.

Jak się ma do tego wszystkiego wielka polityka? Jesteście ponad granicami, różnicami kulturowymi i podziałami.

– Polityka nie ma wstępu. Oczywiście, doświadczamy złośliwości władz lokalnych. W Kenii na przykład rząd mówi, że nie możemy wysłać kontenera, bo tam nie ma biedy. Wtedy we mnie dosłownie gotuje się z frustracji, bo byłam tam wielokrotnie i widziałam tę nędzę na własne oczy. Fantastyczni natomiast są zwykli ludzie. Serce rośnie, kiedy polska staruszka przychodzi z wózeczkiem wypełnionym darami dla kalekich dzieci w Kenii, Ugandzie czy na Jamajce. Dołączają do nas inne parafie: św. Konstancji, Władysławowo, jezuici, cystersi, parafie w Lombard i wiele innych, dołączają się polskie szkoły, w których robimy prezentacje na temat lokalnych kultur i naszych podopiecznych. Dzieci z Polskiej Szkoły im Jana Pawła II w Lemont podczas naszej wizyty i pokazu zdjęć zbierały pieniądze na kubki i talerze do kuchni w Kenii. Na święta Bożego Narodzenia dzieci z polskich szkół robią paczki świąteczne dla afrykańskich dzieci, piszą do nich listy, a my zabieramy je ze sobą, bo wyjeżdżamy zaraz po świętach. Teraz polskie dzieci z Chicago zbierają pieniądze na wycieczkę dla swoich afrykańskich kolegów. Wiele dzieci z Kenii nigdy w życiu nie jechało autobusem i nie widziało lwa czy żyrafy, choć mieszkają w Afryce. Nigdy nie były w muzeum, nie były dosłownie nigdzie.

Jak wygląda zwykły dzień na takiej misji?

– Wstajemy przed świtem. Poranna msza zaczyna się koło 6 rano. To nie jest zwykła msza, to jest niezwykłe, tętniące radością widowisko, bo wszyscy śpiewają, grają i cieszą się. Całe tamtejsze zgromadzenie oparte jest na muzyce. Msze są cudne, tam się nie zaśnie na mszy, tam się nie można nudzić. Msza niedzielna trwa cztery godziny i ludzie nie chcą wracać do domu. Łączy ich wspólnota, wzajemny szacunek i nadzieja, bo pomimo biedy mają oni ogromną wiarę i cieszą się każdą małą rzeczą. Tam nie ma narzekania – za kromkę chleba dziecko całuje starszych w rękę. Po mszy jest śniadanie, następnie zaczynamy pracę. W Kenii możemy iść piechotą, bo wszyscy nas znają i traktują jak swoich. Nagle okazuje się, że jest czas na wszytko – na pracę, na modlitwę, wspólny posiłek, odpoczynek i rozmowy. Praca jest ciężka, fizycznie i psychicznie, ale ma się niesamowite wsparcie grupy, która  pozwala ci przeżywać wszystko na twój własny sposób.

Na czym zatem polega wasza praca? Czego należy się spodziewać jadąc na misję jako wolontariusz?

– To przede wszystkim karmienie dzieci o różnym stopniu niepełnosprawności i upośledzenia, przebieranie ich, mycie podłóg, mycie naczyń, pranie, słowem wszytko to, co robi się w domu, oraz spędzanie jak najwięcej czasu z ludźmi. Czasem trzeba potrzymać za rękę, wysłuchać historii, po prostu być obok i wspierać swoją obecnością. Zabawy z dziećmi, trzymanie na kolanach, smarowanie ich pokrzywionych kończyn – to jest potrzebne. Samo karmienie trwa kilka godzin, bo dzieci są bardzo kalekie. Wieczorem przygotowujemy kolację braciom, by podziękować im za wspaniałą pracę. Oni zawsze powtarzają, że dla nich jesteśmy zapewnieniem, że to, co robią, ma sens. Wiec gotujemy te gołąbki, pierogi i inne potrawy, by podziękować im, docenić ich poświęcenie. Zmienia się też sposób widzenia tych kultur. Na przykład w Indiach, gdzie temperatura w południe sięga 120 stopni Fahrenheita, na ulicach jest pusto, nikt nie pracuje. Na początku myślisz, że wszyscy są bardzo leniwi, ale jak sama zobaczysz, że ludzie dosłownie umierają z gorąca, zaczynasz rozumieć, że nie sposób pracować od 11 do 15.

Doświadczenie rzeczywistości na własnej skórze uczy respektu dla odmienności tamtejszego życia. 

– Dokładnie. Tamtejsze matki i ojcowie też chcieliby posłać swoje dzieci do szkoły, ale kiedy wypłata za całodniową pracę na plantacji herbaty lub w kamieniołomach to jeden dolar, a chleb kosztuje 1,20 dol., to jak mogą oni wysłać dziecko do szkoły, kupić mu podręczniki, kredki, tornister i buty?

Nie myślimy o tym, jak bardzo uprzywilejowani jesteśmy, żyjąc w dobrobycie i z pełna lodówką. Nasze dzieci są sfrustrowane i znudzone chodząc do szkoły, mając dostąp do komputerów,  najnowszych smartfonów i gier komputerowych, a część tamtejszych dzieci nie będzie miała szansy, by chociaż potrzyma w dłoni długopis czy flamastry.

– Oczywiście. Uczymy te dzieci rzeczy podstawowych: jak pompować balon, bo nie wiedza, co to jest balon; jak układać klocki jeden na drugim, bo nigdy w życiu nie widziały klocków i nie wiedza, co z nimi zrobić; jak zakładać buty, bo nigdy w życiu nie miały butów. Raz w roku staramy się zabrać do Kenii młodzież z koledżu. Są to dzieciaki z bardzo zasobnych domów, w których mają dosłownie wszystko, a mimo to chcą jeździć na misje do Afryki. Gdy zaczniesz z nimi rozmawiać, okazuje się, że praktycznie nie widują rodziców, bo pracują oni od rana do wieczora i nie mają czasu.

Gdy zabierasz własne dzieci na taką misje, jest to czas, kiedy uczą się czegoś ważnego. Nie jest to czas marnotrawiony na nudę przy hotelowym basenie czy mobilne gry. Budujecie silne więzi rodzinne. 

– To nie miałoby racji bytu, gdyby w misję nie była zaangażowana cała rodzina, gdyby nie jej pomoc i wsparcie. Buduje się niesamowita sieć wsparcia w całej grupie. Ktoś jest dobry w komputerach, ktoś projektuje strony internetowe, ktoś inny dobrze pisze, a ktoś ma znajomości i może znaleźć sponsorów.

140 dolarów – tyle kosztuje zmiana życia dziecka na lepsze. 

– Tak. To koszt rocznego utrzymania dziecka w szkole. Dla nas to żaden wydatek w ciągu roku. Więcej wydajemy na kawę w ciągu kilku miesięcy, dla takiego dziecka to rok edukacji i przepustka do lepszego życia.

Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia z archiwum Marty Robak

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17
  • 18
  • 19
  • 20
  • 21
Categories: Polonia, Wywiad, Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*