Wieczór z Elżbietą

Wieczór z Elżbietą

Elżbieta Kochanowska – Michalik
fot.Sława Świderska

Elżbieta Kochanowska-Michalik przez wiele lat przygotowywała dla polonijnej publiczności i prezentowała – z zapraszanymi przez nią aktorami  – “Wieczory z Poezją”. Po ponad trzydziestu latach spędzonych w Ameryce wraca do Polski.  Z aktorką Elżbietą Kochanowską-Michalik rozmawia Ewa Uszpolewicz-Figurski.

Elżbieta Kochanowska-Michalik w Polsce grała w dwóch teatrach. Zaraz po dyplomie w łódzkiej filmówce dostała angaż w szczecińskim teatrze pod dyrekcją Józefa Grudy. Tam dostała nagrodę Najpopularniejszej Aktorki Szczecina. Po kilku latach zdecydowała się przenieść do Gdańska. W Teatrze Wybrzeże, za czasów Stanisława Hebanowskiego i Marka Okopińskiego, grała aż do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych.

Ewa Uszpolewicz-Figurski: – Gdańsk, to też moje miasto, więc pamiętam Elżbietę Kochanowską-Michalik (na afiszach widniała wówczas tylko pod swoim rodowym nazwiskiem – Kochanowska) z wielu znaczących ról na deskach Teatru Wybrzeże – w Sofoklesie, Fredrze, Gorkim, Kafce. W Szczecinie nie bywałam.

Elżbieta Kochanowska-Michalik: – Szczecin był prężnym ośrodkiem teatralnym i dla mnie – wówczas smarkuli zaraz po studiach – zaszczytem i wyzwaniem było grać w takim teatrze. Ale życie pisze swoje scenariusze  – mąż, lekarz z Trójmiasta i jeżdżenie 350 km w tę i z powrotem było męczące, zapadła więc decyzja o mojej przeprowadzce. I tu mój drugi ukochany teatr, w którym natychmiast dostałam angaż.

Ponad trzydzieści lat temu dostałaś zaproszenie do Stanów Zjednoczonych. Wzięłaś w teatrze bezpłatny roczny urlop.

– Po powrocie miałam zagrać Gertrudę w Hamlecie. Stulek (Stanisław Hebanowski) powiedział przed moim wyjazdem, że skoro zaczynałam karierę Ofelią, to teraz zagram Gertrudę. No i nigdy jej nie zagrałam, bo mój amerykański rok trwa 32 lata. Przyjechałam tutaj zobaczyć ten inny, odległy świat. Praca aktora opiera się na języku, więc jasne dla mnie było, że nie pójdę do amerykańskiego teatru, ale dość szybko znalazłam się w zespole radia 1030 Waltera Kotaby, wtedy z siedzibą w Northbrook. I siadałam przed mikrofonem przez długich 18 lat. Chociaż radio było dla mnie bardzo ważne, to wielokrotnie jadąc do studia mówiłam do męża, że jadę do teatru. Tęskniłam do grania i specyficznej atmosfery teatru. Po latach Andrzej Krukowski reżyserował mnie i Ryszarda Gajewskiego-Gębkę w sztuce „Sceny z życia kochanków”. Graliśmy ten spektakl w słynnym Teatrze Chopina.

Co w aktorstwie amerykańskim, polonijnym, najbardziej Cię zaskoczyło?

– To, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, to fakt, że o wszystko musieliśmy zadbać sami! Kostiumy, sponsorzy, dekoracje, organizacja, bilety. W Polsce była cała obsługa aktora, a tutaj nie. Tak samo mieli i mają tutejsi koledzy – Ewa Milde i Boguś Łańko i ich kabaret Bocian, teatry –  Agaty Paleczny, Andrzeja Krukowskiego, Kingi Modjeskiej i Teatr Przy Stoliku śp. Alisi Szymankiewicz . W miarę upływu czasu zaczęłam jednak w tym szczególnym doświadczeniu dostrzegać pozytywy, które określam poczuciem samodzielności i sprawczości. Męczące, ale rozszerzają pole widzenia i dodają siły.
Będąc już tutaj dowiedziałam się, że lata wstecz miały się tu dobrze polskie (polonijne) teatry, których było kilka, nie tylko teatr Ref-Rena. Myślę, że ich klęska zaczęła się od swobodnego wjazdu teatrów z Polski. Publiczność wolała pójść na spektakle z Polski niż na tutejsze produkcje. Szkoda.

Przez pierwsze lata tęskniłaś za Polską i Gdańskiem, za mamą, przyjaciółmi i teatrem?

– Odczuwałam wręcz fizyczny ból w splocie słonecznym  – taka obłędna była ta tęsknota. Kiedy dotarło do mnie, że stoję w swego rodzaju rozkroku między Polską a Ameryką, kategorycznie zdecydowałam się na tę drugą. Ból ustąpił. Zawsze idę do przodu. Wspominam oczywiście, z łezką lub bez, ale nie rozsiadam się we wspomnieniach jak w starym wygodnym fotelu. Lubię coś robić. Nie zdarzyło się, żebym nie pokonała lub nie ominęła przeszkód, które pojawiały się na mojej drodze.

Takie geny czy raczej wychowanie w określonych warunkach? A może jedno i drugie?

– Babcia z mamą zdołały uciec z rzezi wołyńskiej, ale wylądowały w Warszawie tuż przed Powstaniem Warszawskim. Tata z kieleckiego, z ziemiańskiej rodziny, był w AK, musiał się ukrywać. I mama i tata byli mocni psychicznie. W naszej rodzinie były raz bardzo duże pieniądze, raz wielka bieda – jedno i drugie znam, nie jest więc łatwo mnie złamać. Jestem słaba fizycznie, ale psychicznie silna. Od szóstego roku życia mieszkałam i uczyłam się u sióstr zakonnych de Notre Dame. To były wykształcone, mądre kobiety. Wspominam je jak najlepiej. Prosto z klasztoru poszłam do szkoły filmowej. Siostry były wspierające, ale później dowiedziałam się, że podobno modliły się, żebym nie została aktoreczką. Podobnie jak mój tata, któremu aktorstwo kojarzyło się z przedwojennymi – jak mawiał  –aktoreczkami z kabaretu i biedą z nędzą. Mama była na tak, ale najbardziej babcia, która mówiła – “Elżuniu, ty masz coś w sobie, co dasz na pewno ludziom”. Babcia i mama przychodziły na moje spektakle. Tata docenił mój zawód, kiedy zobaczył mnie na scenie w Szczecinie i od wtedy zaczął być ze mnie dumny.

Jak wspominasz swoje dzieciństwo?

– W domu byłam dość samolubnie wychowywaną jedynaczką, u sióstr było inaczej, wszystkim trzeba było się dzielić, nie wolno było zostawiać jedzenia na talerzu, bo były kary. No i trzeba było dużo się modlić, za czym nie przepadałam. Udręką było dla mnie odmawianie różańca, ale wzięłam się na sposób i na początku trzeciej dziesiątki mdlałam, to znaczy udawałam. Przestraszone siostry wynosiły mnie na powietrze, a tam już robiłam co chciałam. Ze szkoły u zakonnic wyniosłam też przywiązanie do porządku i dyscypliny. To procentuje. Tam musiał być porządek, zawsze pościelone łóżka, pilnowanie ram czasowych. Nie byłyśmy natomiast wpuszczane do kuchni, więc gotować zupełnie nie umiałam. Podczas studiów jadaliśmy w stołówce, a kiedy wpadałam do domu, to wszystko miałam podane pod nos. Kiedy, już jako dorosła, postanowiłam ugotować rosół, zadzwoniłam do babci po przepis. Wszystko zrobiłam jak należy, ale na koniec babcia powiedziała, żebym ten rosół odcedziła. Tak zrobiłam – na sitku zostały mi same warzywa i mięso, a wywar zniknął w zlewozmywaku. Cały teatr trząsł się ze śmiechu.

Założyłaś w Chicago Związek Przyjaciół Trójmiasta, któremu szefowałaś przez kilkanaście lat.

– ZPT był stowarzyszeniem tutejszych Polaków z Trójmiasta, ale nie tylko, bo i sympatyków. Związek przez lata wspierał Dom Dziecka na Wybrzeżu i fundował stypendia dla uczniów i studentów. Pieniądze pochodziły ze słynnych tematycznych balów i innych imprez. Mój mąż, Andrzej Michalik, krakus, również był członkiem związku. Wspierał mnie we wszelkich działaniach – i związkowych i artystycznych. Przez lata także miał swoją audycję w radio i rubrykę w “Dzienniku Związkowym” – przybliżał słuchaczom i czytelnikom świat nauki i techniki. W Polsce chce już tylko odpoczywać na emeryturze, zwróciwszy swoją uwagę głównie na kulturę i sztukę.

W Polsce czekają na Ciebie przyjaciele z dawnych czasów, w tym, znany w Chicago aktor, Wojtek Malec, który kilka lat temu wrócił do Polski. Czy jest plan na kontynuację w Warszawie “Wieczorów z Poezją”?

– Ameryka jest po takim czasie moją drugą ojczyzną. Już wiem, że będę tęskniła, ale ja lubię zmiany. Kiedyś, w Teatrze Wybrzeże, mówili na mnie Słońce, bo chcę widzieć w tym, co się dzieje w życiu, dobre strony. Widzę je i teraz. Ludzie mówią, że reemigracja jest trudniejsza od emigracji. Pożyjemy – zobaczymy. Dam znać.

Dziękuję za rozmowę i z całego serca życzę powodzenia.

fot.Artur Partyka

Categories: Polonia, Wywiad, Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*