Szok i wściekłość. Polonia wspomina wprowadzenie stanu wojennego

fot.UPI/archiwum “Dziennika Związkowego”

fot.UPI/archiwum “Dziennika Związkowego”

35 lat po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce rozmawiamy z ludźmi, którzy byli świadkami tamtych wydarzeń. O szoku, wściekłości i rozwianych nadziejach, ale także o niezwykłej atmosferze tamtych smutnych dni z emigracyjnej perspektywy opowiadają Polacy mieszkający w Chicago.

Jurek Jabłoński, działacz „Pomostu”, współzałożyciel Radia Pomost, pianista

Radio „Pomost” działało na początku lat 80. na falach 1490 AM. Audycja trwała tylko pół godziny, bo na więcej nie było nas stać, a nie chcieliśmy puszczać żadnych reklam. Stan wojenny spowodował, że nasza słuchalność nagle bardzo wzrosła. Słuchaliśmy Radia Wolna Europa i byliśmy w stanie pierwsi przekazać najświeższe informacje z Polski.

Stan wojenny zastał mnie w samochodzie. Wracałem z koncertu, który grałem w Itasce. Była prawie północ, wracałem do domu. Włączyłem radio i usłyszałem, że władze w Polsce wprowadziły stan wojenny. To był taki szok, że musiałem zjechać na pobocze.
Wielka złość i wściekłość. Solidarność i to wszystko, co się w Polsce działo, otwierało perspektywy, że wrócimy do wolnego kraju, do wolnej Polski. To się przybliżało i było porywające. Kiedy wprowadzono stan wojenny, te marzenia prysły.

Pierwsze działania to były demonstracje. Pierwsza odbyła się już 13 grudnia pod konsulatem. W ciągu kilku godzin telefonicznie skrzyknęło się kilka tysięcy osób. Najlepiej pamiętam tę największą demonstrację, która zgromadziła około 50 tysięcy osób. W tłumie byli tajniacy z FBI i policjanci w cywilu. Kiedy w stronę konsulatu leciały puszki i butelki z czerwoną farbą, tajniacy zdradzali się tym, że nagle chcieli przedzierać się przez tłum w kierunku tych, którzy rzucali. Ale Polacy robili wtedy żywy mur i nie było mowy, żeby się do nich dopchać. Demonstracje odbywały się głównie w parku po drugiej stronie Lake Shore Drive, ale dyżurowaliśmy i do późnych godzin nocnych chodziliśmy w kółko pod konsulatem.

Polonia z jednej strony zjednoczyła się, a z drugiej wychodziły różnice. My, którzy niedawno przyjechaliśmy z Polski, nie mieliśmy złudzeń, że komunistyczna władza zmieni się, ucywilizuje. My byliśmy za sankcjami, ale istniała część Polonii, dla której nie było to takie oczywiste. Sytuacja była ekstremalna, więc polaryzacja też była dość ostra.

Polonijne środki masowego przekazu, w szczególności radio, były zachowawcze. Wiadomo było, że dana audycja związana była z pewnym biurem podróży, a ono z kolei z komunistycznym konsulatem. Istniała cała siatka powiązań biznesowych, a polonijni radiowcy bywali w konsulacie na imprezach z okazji choćby 22 lipca. Oni chodzili do konsulatu, a my robiliśmy im zdjęcia. Nie dochodziło do żadnych rękoczynów, ale zdarzały się utarczki słowne. Dla nas to była czerwona hołota.

Wydawaliśmy kwartalnik „Pomost” i było dla nas naturalne, że naszym obowiązkiem jest pomagać opozycji w Polsce. Siedzieliśmy tu w Stanach, jak u Pana Boga za piecem, a oni tam narażali zdrowie, a nierzadko życie. Nam tutaj nic się nie stało, nie mieliśmy z powodu naszej działalności żadnych nieprzyjemności. Ale władza wiedziała, kim jesteśmy, zresztą z okien konsulatu bez przerwy robiono nam zdjęcia. Potem szykanowano nasze rodziny w Polsce. Nic dziwnego, najbardziej betonowy periodyk komunistyczny „Żołnierz Wolności” ogłosił „Pomost” jednym z największych zagrożeń dla Polski Ludowej. Co zresztą okazało się dla nas najlepszą reklamą. Mieliśmy pełną świadomość, że mamy „szlaban”, mogliśmy pojechać do Polski, ale tylko w jedną stronę.

fot.UPI/archiwum “Dziennika Związkowego”

fot.UPI/archiwum “Dziennika Związkowego”

Krystyna Cygielska, wieloletnia dziennikarka „Dziennika Związkowego”

Kiedy dowiedziałam się, że w Polsce wprowadzono stan wojenny, pomyślałam: jakie to szczęście, że udało nam się sprowadzić syna z Polski, bo w przeciwnym razie to byłaby katastrofa. Chodziliśmy całą rodziną na demonstracje, byliśmy na tym wielkim pochodzie prowadzonym przez Romana Pucińskiego. Tam były tysiące ludzi. Na moich oczach ktoś rzucił w budynek konsulatu butelkę z czerwoną farbą, która rozbiła się o fasadę i pamiętam, jak ta farba ściekała po ścianie. Pamiętam też trumnę, którą nieśli ludzie na czele pochodu. Trumna symbolizowała zamordowanych przez władze komunistyczne w Polsce. Dwie osoby związane z „Pomostem”, Jerzy Rudzki i Elżbieta Świderska, podjęły strajk głodowy w namiocie rozbitym w parku naprzeciwko konsulatu. Było zimno, a my pełniliśmy warty i pilnowaliśmy na zmianę, dzień i noc, żeby nic im się nie stało. Konsulat, przedstawiciele polskich władz komunistycznych nie reagowali, mieli na tyle zdrowego rozsądku, żeby nie występować publicznie, nie bronić stanowiska reżymu, siedzieli cicho.
Spotykaliśmy się ze znajomymi w domach i rozmawialiśmy o sytuacji w Polsce. Z potrzeby chwili powstał Latający Teatr Poezji. U mnie w domu wystawione zostało przedstawienie oparte na listach osób internowanych. Występowało kilka osób zaangażowanych w polonijną działalność opozycyjną, a mój syn czytał listy dzieci internowanych działaczy Solidarności. Pamiętam to dobrze, bo akurat zaczął przechodzić mutację i „zapiał” przed publicznością, co było dla niego strasznym przeżyciem. Na przedstawienie przyszło czterdzieści osób, pamiętam, że zrobiło się ciasno. Ludzie zwoływali się telefonicznie, pocztą pantoflową.
Kontakt telefoniczny z Polską był oczywiście niemożliwy. Pisaliśmy listy, ale długo szły, bo były cenzurowane. Z Polski przychodziły materiały opozycyjne, bibuła, oczywiście korzystaliśmy z materiałów paryskiej „Kultury”. To były bardzo silne przeżycia, Polonia bardzo się wtedy zjednoczyła, znikły wszelkie animozje. Nie pamiętam, żeby taka zgoda zapanowała kiedykolwiek przed albo po wydarzeniach z grudnia 1981 roku. Wszyscy byli przeciwko stanowi wojennemu i strzelaniu do robotników. Jaruzelski był naszym wspólnym wrogiem. Czuliśmy ogromne wsparcie, współczucie i życzliwość od Amerykanów, byli z nami, po słusznej stronie.

Jan Loryś, historyk, były dyrektor Muzeum Polskiego w Ameryce

Byłem wtedy w Kongresie Polonii Amerykańskiej. Od opozycji z Polski dostaliśmy materiały i oddział na stan Illinois zorganizował wystawę pt. „Drogi do Solidarności”, dotyczącą strajków i protestów antykomunistycznych sprzed ery Solidarności. Otwarcie wystawy miało nastąpić w poniedziałek, a z soboty na niedzielę ogłoszono w Polsce stan wojenny. Dzięki temu wystawa stała się niezwykle popularna, do Daley Center przyszły tłumy ludzi, dziennikarze, telewizja. Pamiętam też ogromną demonstrację przeciwko stanowi wojennemu. Tłumy ludzi przeszły przez Michigan Avenue pod polski konsulat. Ja byłem jednym z marszałków tej demonstracji, mieliśmy pilnować, żeby nikt nie zakłócił porządku. Niestety, nie wywiązaliśmy się z tego zadania zbyt dobrze, bo w kierunku budynku konsulatu poleciały pojemniki z czerwoną farbą. Później, w miesięcznicę wprowadzenia stanu wojennego ludzie zbierali się w parku naprzeciwko konsulatu. Były też protesty przeciwko zespołowi pieśni i tańca Mazowsze, panowało bowiem przekonanie, że Jaruzelski wysyła do Chicago Mazowsze, żeby odwrócić uwagę Polonii od tego, co się w Polsce dzieje. W rzeczywistości, kontrakt na występy w Chicago Mazowsze podpisało ponad rok wcześniej, a w Polsce władze internowały członków rodzin kilku tancerzy. Generalnie atmosfera wśród Polonii była wtedy bardzo napięta.

fot.UPI/archiwum “Dziennika Związkowego”

fot.UPI/archiwum “Dziennika Związkowego”

Ryszarda Płużyczka, była nauczycielka w polskiej szkole sobotniej im. Marii Konopnickiej, pracuje w dziale ogłoszeń „Dziennika Związkowego”

Pamiętam moment, kiedy dowiedziałam się o wprowadzeniu stanu wojennego. Był wieczór, przyszli do nas znajomi, był jakiś alkohol, rozmowy. W pewnym momencie wpada kolega i mówi, że dostał wiadomość z Polski, że dzieje się coś dziwnego. Włączyliśmy telewizję amerykańską i zobaczyliśmy czołgi na ulicach Warszawy. Nagle zrobiło się tak jakoś zimno, tak strasznie. Każdy z nas miał w Polsce rodzinę, a poza tym byliśmy tu w Ameryce „na pół gwizdka”, myśleliśmy o powrocie. W jednej chwili okazało się, że nie ma dokąd wracać. To była długa noc, siedzieliśmy do rana, piliśmy i rozmawialiśmy. Ktoś zaczął nagle śpiewać polskie piosenki, takie które znaliśmy z czasów studenckich i powstała jakaś niezwykła więź, okazało się, że wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji.

Reakcje starych Polonusów były bardzo dziwne. „Zachciewa im się strajków, nie wiedzą czego chcą, mają to, na co zasłużyli” – były i takie głosy. Wytworzyły się dwie grupy, ta stara Polonia i nasza grupa, młoda emigracja. Byliśmy wtedy bardzo patriotyczni. Kiedy do Chicago przyjeżdżał Pietrzak abo Kaczmarski, na ich koncerty waliły tłumy. Śpiewaliśmy „Żeby Polska była Polską” i mieliśmy łzy w oczach. Byliśmy razem, energia była niesamowita.

Do Chicago przyjechałam w czerwcu 1980 roku, jeszcze przed falą strajków w Polsce. Na pierwszą wielką demonstrację przeciwko władzy ludowej poszłam już w Chicago, na Daley Plaza. Byłam też na demonstracji pod konsulatem, pamiętam, że było strasznie zimno, a my chodziliśmy w kółko. Mój syn miał niecały rok, trzeba było go nosić, a był ciężki. Nagle okazało się, że dziecka nie ma. Okazało się, że co chwila ktoś w tłumie go przejmował i niósł, bo sami z mężem nie dawaliśmy rady.

To przez wprowadzenie stanu wojennego jestem od 36 lat w Stanach Zjednoczonych. Kiedy nastał czas Solidarności, a jeszcze i przed stanem wojennym, dostawałam listy od cioci, która pisała, że ludzie w Polsce są pełni nadziei, że coś się zmieni, że będzie wolność. A tu nagle wszystko wzięło w łeb.

Jerzy Migała, kierownik stacji radiowej WCEV 1450AM, działacz KPA i innych organizacji polonijnych

O wybuchu stanu wojennego dowiedziałem się na wakacjach w Acapulco. Leżeliśmy z żoną na plaży, a obok nas przechodzili chłopcy sprzedający gumę do żucia. Jeden z nich sprzedawał też gazety. Przeszedł obok nas, a że akurat uczyłem się hiszpańskiego, przeczytałem tytuł „Pierwsze ofiary w Polsce”. Kupiłem tę gazetę i zacząłem czytać. O stanie wojennym dowiedziałem się z tej meksykańskiej gazety. To był dla mnie wielki szok.

Wróciliśmy do Chicago i zaczęliśmy przygotowywać demonstrację przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Działałem wtedy w stanowym wydziale Kongresu Polonii Amerykańskiej, byłem krajowym wiceprezesem. Demonstracja zorganizowana przez KPA 27 grudnia 1981 roku była jedną z największych demonstracji w historii Chicago, zgromadziła ok. 50 tys. osób. Na czele pochodu nieśliśmy trumnę, która symbolizowała ofiary stanu wojennego i naszą żałobę. Nie pamiętam, skąd wzięliśmy trumnę, ale na pomysł niesienia jej wpadł Roman Puciński. Pamiętam, że było bardzo zimno, a ja zapomniałem z domu rękawiczek. Kolega, który szedł koło mnie, dał mi swoją lewą rękawiczkę i w ten sposób jakoś przetrwaliśmy ten pochód. Ta demonstracja to była wielka sprawa, a 27 grudnia to był bardzo ważny dzień dla Polonii. Poważny i smutny, ale bardzo piękny.

Grzegorz Dziedzic

gdziedzic@zwiazkowy.com

W dniu wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, 13 grudnia 1981 r., w Chicago odbyła się demonstracja zorganizowana przez środowisko skupione wokół kwartalnika „Pomost”. Przed konsulatem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej protestowało 3 tys. osób. Demonstranci żądali zniesienia stanu wojennego, zwolnienia aresztowanych członków Solidarności i przeprowadzenia w Polsce wolnych wyborów. Na kolejnej manifestacji zorganizowanej przez opozycjonistów z „Pomostu” 19 grudnia przed konsulatem zebrało się 7 tys. demonstrantów.
Kongres Polonii Amerykańskiej od samego początku sprzeciwił się wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. 16 grudnia z inicjatywy KPA na Civic Center Plaza w Chicago odbyła się demonstracja, w której udział wzięło ok. 5 tys. osób. Oprócz polonijnych działaczy i polityków w manifestacji udział wzięli m.in. burmistrz Chicago i gubernator Illinois.
27 grudnia KPA zorganizował wielki „marsz żałobny”, w którym udział wzięło ok. 50 tys. demonstrantów. Obok Polaków w marszu szli przedstawiciele innych narodów z bloku sowieckiego i mniejszości etnicznych z Chicago. Budynek polskiego konsulatu obrzucono jajkami, pojemnikami z czerwoną farbą, wybito kilka szyb. „Marsz żałobny” był jedną z największych demonstracji w historii Chicago. Władze Wietrznego Miasta ogłosiły 27 grudnia 1981 r. dniem żałoby na znak solidarności z narodem polskim.

 

Categories: Historia, Polonia

Comments

  1. lukasz
    lukasz 11 grudnia, 2016, 16:05

    A ja byłem w Szczecinie i rano (jak się potem śmieli, że) w telewizji nie było teleranka. Zimy na Pomorzu Zachodnim bywają na ogół łagodne, a wtedy w grudniu posypało śniegiem i chwycił mróz. Na ulicy wojsko w „skotach”, milicja. Szczecin, Gdańsk I Jastrzębie to były główne punkty zarzewia strajków, a nie Warszawa. Strajkowali robotnicy a nie biurokraci. Wszyscy mówią o Wałęsie, a zapominają o śp. Jurczyku ze Szczecina. Dla władz był takim samym człowiekiem do pertraktacji jak Wałęsa. Zresztą Jurczyk zarzucił Wałęsie odejście od ideałów Solidarności i założył własną „Solidarność 80” . Wracając do stanu wojennego w Szczecinie …zresztą kogo to interesuje…nawet nie wspominam….było, minęło.

    Reply this comment
  2. lukasz
    lukasz 11 grudnia, 2016, 16:07

    …ale wszyscy się bali, że Sowieci uderzą ! Ja mówię o pierwszych dniach.

    Reply this comment
    • Rebecca
      Rebecca 11 grudnia, 2016, 18:00

      Jako studentka w ówczesnym czasie, wspominam stan wojenny dość sympatycznie . Można było torebkę nosić na głowie, i nikt nie ukradł, nie było bandziorów, grafficiarzy, wandali, pijaków i innej maści towarzystwa, jakie jest dziś w obecnej Polsce. Ludzie byli mili i uprzejmi, można było bawić się na dyskotekach do późnej nocy, i samotnie wracać do domu, nikt nie zaczepił. Najwyżej Policjant zaczepił, pytając skąd panienka wraca o tej porze?, byli nawet chętni do odprowadzenia. Ale ja mówiłam ze dziękuję, kulawa nie jestem!. No cóż, po latach myślę, ze stan wojenny był pożytecznym, dla uspokojenia tego co działo się na ulicach. Polacy już miedzy sobą tarmosili się, jedni chcieli strajkować inni nie chcieli. Nawet w rodzinach się już kłócili czy strajkować czy nie?. W Wrocławiu strajkujący wykoleili tramwaje przy zajezdni by zablokować wyjazdy, po to by łamistrajki nie wyjeżdżali na miasto. Dochodziło do dewastacji i niszczenia zakładów, pomiędzy strajkującymi i łamistrajkami. Nie mam pojęcia czy Rosjanie by wkroczyli do Polski czy nie?, jedno jest pewne!. Kiedy wracałam pociągiem we wrześniu z Bułgarii (Varny), przez Rumunie i Lwów. Pomiędzy Lwowem a Mostyska, tuż, tuż przed Przemyślem, widać było z okien pociągu bardzo dużo wojska rosyjskiego w lasach. Ogromne ilości czołgów, armat, samochodów opancerzonych, i innego sprzętu wojskowego. Wiec do dziś się pytam sama do siebie, po co ich tam tylu było?.

      Reply this comment
  3. Serious
    Serious 11 grudnia, 2016, 16:15
  4. lukasz
    lukasz 11 grudnia, 2016, 16:19

    Dodam. Sowieci by nie uderzyli – to nie rok 1956, a my nie Węgrzy, nas więcej i strajki były poza Warszawą. Pamiętam jak Wolna Europa łgała jak najęta, że utworzyła się partyzantka w Polsce i na stadionach (wzorem junty Pinocheta) zgromadzono ludzi na mrozie. A łgała WE bo była tubą CIA. A w Szczecinie w akademikach rozlokowano żołnierzy…studenci mieli „wolne”.

    Reply this comment
  5. Yankes
    Yankes 11 grudnia, 2016, 16:32

    Tez sie balem – jak tata strajkowal na kopalni ” Lenin” dzosiaj Wesola , Jak outobusami wiazli Zomowcow do Katowic pod Wujka Jak wyly silniki w czolgach Jak mieszane ( ZOMO I zolnierze) patrole z kalachami chodzili po miescie Jak ludzie po cichu modlili sie w kosciolach I tak strasznie bylo zimno, mrozno i beznadziejnie Nigdy tego nie zapomne

    Reply this comment
    • Rebecca
      Rebecca 11 grudnia, 2016, 18:38

      Yankes.

      Fakt!, wówczas było zimo i mroźne, ale nie było wielkiego śniegu. Zaletą stanu wojennego, było ustawianie przez wojska w miastach na przystankach autobusowych-tramwajowych „koksiaków”, ludzie się ogrzewali czekając na komunikację. Nigdy wcześniej z koksiakami w zimie się nie spotkałam ,jak tylko w stanie wojennym!. A zima stulecia była wcześniej, 1 stycznia 1979 roku cały kraj był sparaliżowany przez zaspy i kilkunastostopniowy mróz. We Wrocławiu śniegu nasypało blisko metr, średnia temperatura w Polsce wynosiła wówczas -30 C ( -22F). Do domu by dotrzeć przedzierało się przez zaspy śnieżne. W większości miast komunikacja miejska nie funkcjonowała, w domach było zimno, pociągi z węglem do elektrowni stały w polu zamarznięte i zasypane. Brakowało prądu i świeczek już w sklepach. Z taką zimą jak w 1979 roku, nigdy wcześniej chyba Polacy się nie spotkali?. Zaletą stanu wojennego był nakaz pracy. Znikły wałęsające się lumpy z miast. U mojego taty w gabinecie lekarskim były pustki, bo symulanci nie przychodzili. W tym okresie by dostać L4 (chorobowe), otrzymywało się tylko u kierownika przychodni, (kierownicze L4), bądź u ordynatora szpitala. Symulacji mieli trudności z pokazaniem choroby. Dziś wystarczy lekki katarek i tydzień zwolnienia, płatnego.

      Reply this comment
  6. Rebecca
    Rebecca 11 grudnia, 2016, 19:58

    O stanie wojennym krążą bardzo różne, sprzeczne nie raz opinie. Inną opinie mają „Ci” bici i katowani przez SB, ZOMO, którzy dziś walczą w Sejmie z nadwagą w fotelach poselskich. Inną zwykła ludność nie wdrożona w politykę państwa. Stan wojenny jako określenie budził totalny strach. Natomiast kompletnie w niczym nie był uciążliwy do życia dla większości ludności. Nawet w niektórych etapach pomagał, wystarczyło zadzwonić do komisarza wojskowego ze skargą, i meble, TV, pralka automatyczna, ukryte w sklepie meblowym czy w sklepach ZURT, były już do sprzedaży. Wydaje mi się, ze wczesnej sytuacji geopolitycznej, po prostu nie było innego wyjścia. Solidarność nie kontrolowała już coraz to nowych strajków w Polsce, które na przemian trwały prawie 1,5 roku. Dzięki Solidarności, tym strajkom, tylko ocet pozostał już na półkach sklepowych. Nie ma chyba kraju w świecie, w którym przez 1,5 roku strajków, produkcja nadążyłaby za popytem. Dzięki Stanu wojennemu, gdzie wprowadzono kartki, produkcja ruszyła i pomalutku każdy mógł nabyć towar dla siebie. Kartki wprowadzono, bo początkowo każda dostawa do sklepów trafiała do spekulantów, na bazarach. Wydaje mi się, ze gdyby nie wprowadzono stanu wojennego, Polska podzieliłaby los Jugosławii. Bo rozpoczęłaby się wojna domowa, która wisiała już na włosku. To tylko moje odczucia!!!.

    Reply this comment
  7. Yankes
    Yankes 11 grudnia, 2016, 20:26

    Rebecca – Pozwolisz ze dokoncze swoja opowiesc Tata piec tygodni przelezal w szpitalu po spotkani z palami szturmowymi Zomowcow a potem dyscyplinarnie wywalony z pracy( 18 miesiecy do emerytury) – zmarl po paru latach . Na rozkaz Kiszczaka Zomowcy zabili na Wujku dziewieciu Gornikow i ranili kilkudziesieciu W tamtych czasach bylem czynnym sportowcem ( narty biegowe) , Trenowalem w parkach ( do lasu byl zakaz wstepu) , gdy przebiegalem obok patrolu dla zabawy przeladowywali kalachy W kosciolach ludzie szukali spokaju i nadzieji ale byl strach i szepty – co dalej? Kogo aresztowali , kogo pobili, kto nie zyje . Czasami cos do jedzenia lub jakies lekarstwa Dzisiaj pierwszy raz mysle ze jestes kobieta bo” pierwszy raz stan wojenny wspominam dosc sympatycznie. Mozna bylo torebke nosic na glowie i nikt nie ukradl” Pani doktor….. nie zmarnuj swojego zycia w USA ,dla Kraju Nad Wisla jestes wspomnieniem

    Reply this comment
  8. Yankes
    Yankes 11 grudnia, 2016, 20:56

    Ps – Jezeli kto , kim jestes? oraz tresci twoich komentarzy to prowokacja- przestan to robic….prosze

    Reply this comment
  9. Rebecca
    Rebecca 11 grudnia, 2016, 21:21

    Współczuje. Ale ja napisałam ogólne odczucia ludności do stanu wojennego, w tym i moje odczucie!. Kiedy wprowadzono stan wojenny, wielu ludziom zrobiła się ulga. Nareszcie koniec strajków, nareszcie w sklepach cos będzie, nareszcie przestaną w miastach używać świec, petard, etc. Każde życie ludzkie jest na wagę złota, zauważ ile zginęło górników w tamtym czasie, a ile rocznie w Polsce w tym dobrobycie zamraża bezdomnych?. Ile dzieci w Polsce obecnie nie ma kromki chleba do szkoły. Jeszcze raz ci podpowiem, ze problemy w ówczesnym czasie mieli ludzie wyłącznie zajmujący się polityka. Ja nie przypominam sobie, by ktokolwiek szeptał, żył w strachu. Przed czym ja miałabym się bać wówczas?. Polityka się nie zajmowałam, rozlepianiem ulotek również nie, żyłam i uczyłam się jak w normalnym kraju. To przed stanem wojennym miałam problemy, i się bałam ze gdzieś oberwę. Jadać do domu wstrzymany ruch tramwajowy, i strajkujący walili kamieniami w ZOMO, trzeba było się chować po bramach kamienic. Czy ci górnicy walczyli o taka Polskę?.

    Reply this comment
    • Normals
      Normals 13 grudnia, 2016, 17:11

      I wszystko jasne .Po twoim wpisie widać jasno po której stronie barykady stałaś. Dla ciebie stan wojenny to ulga ludzi a ja pamiętam ten czas jako czas strachu i terroru .Czas kolejek ,pustych półek sklepowych i biedy ale jak to mówią punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.Lekarze mieli wtedy dobrze ,każdy pchał pod stołem łapówki ,prezenciki wiec twój tatuś i ty zapewne mieliście się jak pączki w maśle .
      Większość ludzi jednak stan wojenny zapamiętała raczej tak :

      „Wałęsa, karku nie nadstawi, a niewinni ludzie będą ginąć”. Co pisali Polacy w stanie wojennym?

      Dzięki pracowitości cenzorów, którzy czytali miliony listów wysyłanych w stanie wojennym, możemy się dowiedzieć, co naprawdę myśleli ludzie. Ci, którzy popierali reżim, i ci, którzy wychodzili na ulice.

      W piątek 13 grudnia 1980 r., na rok przed wprowadzeniem stanu wojennego, płk Ryszard Wójcicki, dyrektor Biura „W”, agendy MSW wyspecjalizowanej w cenzurowaniu i analizowaniu prywatnej korespondencji, zwrócił się do przełożonych o powołanie siedmiu nowych wojewódzkich urzędów cenzury. Argumentował to przewidywaną możliwością wprowadzenia stanu wojennego. Do prośby się przychylono. Dzięki temu aparat PRL był przygotowany do przeglądania milionów listów, telegramów i przesyłek własnych obywateli. „Newsweek Historia” jako pierwszy publikuje tajne akta Głównego Urzędu Cenzury z pierwszych miesięcy stanu wojennego.

      Cenzor jak OBOP

      Po gierkowskiej reformie administracyjnej Biuro „W” funkcjonowało w formie wydziałów w 38 województwach. Później, w okresie stanu wojennego, zostało przekształcone w Główny Urząd Cenzury.

      Liczba przechwytywanej i czytanej korespondencji zmieniała się w zależności od okresu. W 1959 r. „opracowano wyrywkowo” około pięciu milionów krajowych i zagranicznych przesyłek (paczek, listów, telegramów), z czego przeczytano ponad cztery miliony. To nic w porównaniu z okresem stanu wojennego, kiedy to w samej Warszawie w ciągu tygodnia (od 24 do 31 stycznia 1982 r.) przez ręce funkcjonariuszy GUC przeszło blisko dziewięć milionów przesyłek zagranicznych, z czego ocenzurowano 3,5 miliona. Wojewódzkie urzędy cenzury, zajmujące się korespondencją krajową, odebrały w tym czasie blisko dziewięć milionów listów, z czego przeczytano ponad milion!

      Prywatną korespondencję Polaków kontrolowano aż do połowy 1989 roku. Po co?

      Po pierwsze, listy służyły do namierzania działalności opozycyjnej, przestępczej oraz szpiegowskiej, kontroli Kościoła, wychwytywania wrogich (zwłaszcza napływających z zagranicy) druków: ulotek, czasopism, książek.

      Po drugie, do analizy nastrojów społecznych. Z uznanych za interesujące cenzorzy wypisywali fragmenty, które zbierano potem w poprzedzonych komentarzem: „Doniesieniach specjalnych” bądź „Informacjach”. Te „Doniesienia” lądowały na biurkach kierownictwa resortu i nie tylko. Na początku stanu wojennego raporty cenzury dostawał gen. Wojciech Jaruzelski i sekretarz KC Marian Milewski.

      Z listów przepisywano zwykle opinie negatywne bądź informacje neutralne – np. o kolejkach. Obraz rzeczywistości, wyłaniający się z raportów, był więc przesadnie czarny. W PRL ludzie nie tylko przecież psioczyli stojąc po wołowe z kością, ale także przeżywali radości: zakup pralki, udane wakacje, przesyłali sobie życzenia urodzinowe.

      Dzięki pracowitości cenzorów dostajemy wyniki sondażu opartego na potężnej próbie. Jego unikatowość polega również tym, że prawdopodobnie większość informacji Biura „W” (zawsze nosiły nagłówek: „Tajne spec. znaczenia”) zniszczono. Z początków stanu wojennego udało się odnaleźć jedynie raporty wojewódzkich urzędów cenzury z Białej Podlaskiej i Wałbrzycha.

      Był jeszcze trzeci powód istnienia tak rozbudowanej struktury zatrudniającej setki funkcjonariuszy: cenzura miała – jak podsumowywał działalność Wojewódzkiego Urzędu Cenzury w Białej Podlaskiej jego szef kpt. Tadeusz Banasiak – siłę „oddziaływania psychologicznego”, służyła „kontrolowaniu sfery ludzkiego myślenia”. Gdy oceniono, że czyjaś korespondencja może się przydać w celach operacyjnych bądź procesowych, zatrzymywano ją. Podobnie robiono np. z listami do Lecha Wałęsy czy zawierającymi szczególnie wrogie komentarze.

      Gdy oceniono, że czyjaś korespondencja może się przydać w celach operacyjnych bądź procesowych, zatrzymywano ją. Podobnie robiono np. z listami do Lecha Wałęsy czy zawierającymi szczególnie wrogie komentarze.

      Dlatego, zwłaszcza w pierwszych miesiącach stanu wojennego, Polacy ograniczali wymianę myśli do prostych komunikatów. Jak stwierdzał kapitan Banasiak: „Unika się zwrotów, sformułowań czy tekstów mogących stanowić podstawę do dokonania skreśleń, bądź konfiskaty przesyłki”.

      Zdarzało się jednak, że nadawcy przelewali na papier to, co rzeczywiście myślą. Wiesiek, żołnierz z jednostki wojskowej z siedzibą w Białej Podlaskiej, w styczniu 1982 r. pisał: „Bardzo mi żal tych, którzy zajmują się cenzurą listów. Musi to być dla nich upokarzające, czytać o sprawach osobistych, intymnych ludzi (…). To jest tak, jakby komuś zaglądać w duszę. To prawda, że ludzie zdają sobie sprawę z tego, iż ich list może być cenzurowany, lecz w przypadku, gdy łączność telefoniczna szwankuje, a także gdy tyle rodzin jest porozdzielanych, trudno dusić w sobie wszystkie myśli i uczucia”.

      Bić, rżnąć i wieszać

      13 grudnia 1981 wywołał szok. Przerażenie budziły jeżdżące po ulicach czołgi, aresztowania, a także wizja, że przywódców Solidarności zabiją bądź wywiozą do Rosji. Gdy się okazało, że wokół koksowników grzeją się nasi żołnierze, a nie przebrani w polskie mundury Rosjanie, przyszło uspokojenie, ale także złość.

      List wysłany 14 lutego z miejscowości Siemień koło Parczewa: „To wina tego stanu wojennego, inaczej mówiąc narodowej zagłady. Czegośmy się doczekali, toż to o mało z nóg nas nie zwaliło. Słyszę też ludzkie opowieści na ten temat. Ludzie szaleli, płakali. Ale to wszystko nic w porównaniu do tych, co nocą wyciągali z ciepłych łóżek i słyszeli płacz małych dzieci. Myślę, iż Bóg im tego nigdy nie wybaczy, by Polak Polaka bił i więził. (…) Słyszałam niejedną wypowiedź, szczególnie okropne przekleństwa na ZOMO i milicję”.

      Pani Irena, mieszkanka Białej Podlaskiej, komentowała w telegramie wysłanym do Lublina: „Niech żyje słodka niewola na gruzach zburzonej wolności”.

      Stan wojenny zwiększył dystans między zwolennikami i przeciwnikami reżimu, postawił mur, który wydawał się ówczesnym obserwatorom nie do pokonania. „Na pohybel czerwonemu” – wznoszono toasty w sylwestra, który wówczas obchodzono wyłącznie w domach. Powszechnym określeniem na rządzących stał się zaimek „oni”. Pan Jan z Terespola chciał wieszać: „Co do nas, to jesteśmy zdrowi cieleśnie, ale duchowo ciężko przeżywam, słuchając i patrząc na ten bandycki ustrój prowadzony przez skurwysyna bandytę Jaruzelskiego. Ale mam nadzieję, że doczeka zapłaty i założą mu na szyję medal z drutu kolczastego. Bom już kartkę na mięso i masło odebrał, bo mam 74 ary ziemi, tak że na stare lata nie mam prawa posmarować masłem kawałka chleba. Ale mam nadzieję, że te ciężkie czasy wytrzymam, ale on skona”.

      Żołnierze przy koksowniku podczas stanu wojennego. Fot. PAP/CAF
      Także druga strona pod wpływem klimatu strachu uległa radykalizacji. Pan Eugeniusz pisał do syna w wojsku: „Sytuacja w kraju nie jest najlepsza. Jak widzisz ten Wałęsa okazał się tym, za kogo go miałem. Od razu on mi się wydał fałszywy i teraz masz dowody. Jeśli słyszałeś jego wypowiedzi z Radomia, prowadził kraj do zguby. Na co on liczył. Rząd ma armię i naokoło sojuszników, których jest pełno, a ich garstka i na co oni liczą. Jak przyjdzie co do czego, to on Wałęsa karku nie nastawi, sukinsyn tylko zwieje za granicę, a niewinni ludzie będą ginąć – bodaj ci z Solidarności nie istnieli. Najważniejszy jest pokój”.

      Nastroje społeczne były zapalne, a pamięć akcji partyzantek miejskich z Hiszpanii, Irlandii, Niemiec i Włoch świeża. We Wrocławiu i w Warszawie idee akcji terrorystycznych przeciw reżimowi jednoczyły niewielkie grupki młodzieży. Marian z jednostki wojskowej nr 1658 (Elbląg), chciał iść do lasu: „Zrobiło się dosyć niewesoło w tej naszej zafajdanej Polsce. Kto wie, czy niedługo [nie] trzeba będzie wyjść na ulicę, ale kogo tu bić. Wiesz, najchętniej to bym bił jedną i drugą stronę, trochę wyrżnął i swój reżim wprowadził. Wkurwia mnie już ta cała gra polityczna. Tak trochę to jestem po stronie Solidarności, ale czy oni mają właśnie rację, to też nie wiem. Najlepiej byłoby jaką partyzantkę stworzyć i na Turbacz wypieprzyć”. Wysłanie tego listu nie było szczęśliwym pomysłem Mariana. SB zaczęła rozpracowywać jego kontakty i przyglądać się rodzinie. List przekazano do prokuratury garnizonowej w Elblągu.

      Fakt, że nie doszło wówczas w Polsce do rozlewu krwi, to zasługa założycieli KOR, Jacka Kuronia i Józefa Rybickiego, dowódcy Kedywu AK Okręg Warszawa, którzy postanowili, że walka z władzą ma polegać na drukowaniu gazet i książek, nie zaś na podkładaniu bomb. Ich stanowisko podzielała większość pozostających na wolności działaczy Solidarności, udało się więc storpedować pomysły akcji terrorystycznych. Przykład śmiertelnego postrzelenia sierżanta milicji obywatelskiej Zdzisława Korosa przez grupkę licealistów warszawskich 18 lutego 1982 r. pokazuje realność tego zagrożenia.

      Nie mieszaj się do niczego!

      Klimat strachu potęgował nieufność, osłabiał więzy międzyludzkie. Strach osłabił skłonności do zachowań nonkonformistycznych rozbudzone w latach 1980-1981. Dlatego m.in. podziemnej Solidarności nie udało się przeprowadzić ogólnopolskiego strajku powszechnego. W 1982 r. w wielu miastach po brutalnym stłumieniu przez milicję demonstracji 3 maja i 31 sierpnia ludzie przestali być skłonni do manifestowania poglądów na ulicy. Rodzice pisali do córki studentki: „Małgosiu, podobno w Lublinie znowu były rozruchy. Pamiętaj, nie mieszaj się do niczego, nie daj się nikomu namówić, kieruj się własnym rozsądkiem. Celem naszym i Twoim związanym z Twoją osobą jest ukończenie studiów”.

      Poczucie zagrożenia zwiększało akceptację narzuconej przez reżim wizji konfliktu. W sondażu, jaki OBOP przeprowadził w lutym 1982 r., 69 proc. ankietowanych uznało wprowadzenie stanu wojennego za usprawiedliwione, a 20 proc. – za nieusprawiedliwione. W kolejnych badaniach – na co wskazywał prof. Antoni Sułek – parę milionów osób przestało się przyznawać, że przed 13 grudnia należało do związku.

      Część Polaków przyjęła wprowadzenie stanu wojennego z ulgą, że zakończyła się niepewność związana ze strajkami i pytaniem: wejdą, nie wejdą? Niektórzy ujawniali poglądy autorytarne: respekt dla władzy, idealizację porządku, wrogość do „awanturników”. Oto list z Parczewa: „Mnie stan wojenny nie przeraził, nawet odetchnęłam z ulgą, bo patrząc na te strajki, pijaństwa, chuligaństwo i nieróbstwo wyczerpana byłam nerwowo do ostatnich granic. My po 23-ej nie spacerujemy, to nam godziny milicyjne nie przeszkadzają, a w nocy jest cisza nie jak przedtem o 2 czy 3 w nocy pod domami pijackie awantury”.

      W podobnym duchu pisał Jan z Terespola: „Jestem pełen uznania dla WRON i jej przewodniczącego generała armii. Wprowadził on tak oczekiwany przez wszystkich ład i porządek. Koniec anarchistom i wrogom socjalizmu”.

      Inaczej odczytywała rzeczywistość część młodzieży. Stan wojenny stworzył pokolenie o etosie nastawionym na bunt. Student z Gdańska pisał o wydarzeniach 3 maja 1982 r.: „A ile panienek było na pochodzie (tym drugim oczywiście), mówię ci. W ogóle to nie wyobrażałem sobie, że pozwolą na taką manifestację i pochód. Wyobraź sobie kilkudziesięciotysięczny tłum, który skandując maszeruje przez całe miasto, aż pod mieszkanie Wałęsy. Jeżeli podobnie było w całym kraju – to już niedługo”. Ta przesyłka została skonfiskowana. Nadawcą zainteresowany został Departament III SB (zajmował się działalnością antypaństwową).

      Młodzież manifestowała swą odrębność. Poszukiwała. Licealista: „Kilka dni temu widziałem list z »nie ocenzurowane«. Świat przekręcony do góry nogami. »Kolumbów« przeczytałem. Szkoda, że nie jestem Kolumbem przerażonym odwiedzinami gestapo. Gdybym był starszy i należał do Solidarności, to…”.

      Schronieniem dla opozycji stał się Kościół: tu jawnie brzmiał głos protestu, organizowano spotkania, rozdzielano dary nadsyłane z Zachodu. Kościół przeżył wówczas swój najlepszy czas. Wzrosło uczestnictwo w obrzędach religijnych i ortodoksja. Jakiś ksiądz z zadowoleniem oceniał: „Na pewno zapytałbyś o cenę obecnej sytuacji – uważam, że jest bardzo dobra i taka, jaka być powinna. Polska jest teraz w »Szpitalu« Maryi. Ona sama jak najlepszy chirurg dokonuje operacji oczyszczenia ran. Jak długo potrwa operacja – zależy »personelu pomocniczego«, czyli od ludzi modlących się i czyniących pokutę za naród. Zwycięstwo Maryi już się dokonuje”.

      Żołnierze na ulicach po ogłoszeniu stanu wojennego. Fot. PAP/CAF
      Kto tu się boi?

      Początek 1982 r. przyniósł gwałtowne zubożenie Polaków. Pierwszego lutego czekał ich największy w dziejach PRL jednorazowy wzrost cen: żywności o 241 proc., opału i energii o 171 procent. 28 lutego wprowadzono kartki na mięso i wędliny. W stanie wojennym bezpośrednie represje (aresztowania, zwolnienia z pracy) dotknęły relatywnie niewielką część społeczeństwa, jednak wszyscy odczuli jarzmo podwyżki.

      List emeryta z Wałbrzycha: „Rząd chyba oszalał, bo wszędzie ceny na wszystko, co tylko jest, podniesiono na 250 proc. do 400 proc. nawet i wyżej. A nasza renta pozostała nadal 4800 zł na dwóch chorych ludzi. Teraz w takim stanie co my możemy sobie kupić. Jak mam lubić i popierać nasz rząd, który mnie najzwyczajniej każe umierać z głodu i nędzy”.

      List z Białej Podlaskiej do Gdańska: „Stało się to, czego od dawna z niepokojem wszyscy oczekiwaliśmy. Nadeszły ciężkie czasy. Ceny są niesamowicie wysokie. Nie wiem, jak będziemy żyć. Przyjdzie głodować w 1982, a może i w następnych latach. (…) Znowu oczekujemy na pomoc z zagranicy”.

      Pojawiły się głosy paniki: „Poza tem rób zapas w chlebie. Wszystkie pieniądze wkładaj w chleb i susz. Zaraz będzie chleb na kartki lub przednówek, że wcale nie kupisz. (…) To był wyjątkowy rok urodzaju. Urodziło się dosłownie wszystko, a teraz będzie rok nieurodzaju. Nawozy wszystkie sprzedali za granicę. (…) Upadek socjalizmu idzie wielkimi krokami”.

      Po kilku latach strach i lęk zaczęły opadać. Powodów było kilka. Po pierwsze, władze komunistyczne nie użyły najbardziej drastycznych metod, posługiwały się reżimy wojskowe w Ameryce Południowej: nie mordowały masowo ludzi, nie porywały dzieci, nie torturowały.

      Druga kwestia: Polska nie doświadczyła „bratniej pomocy”, a zagrożenie interwencją w drugiej połowie lat 80. wyraźnie się zmniejszyło. Ponadto po wprowadzeniu stanu wojennego nie nastąpiła masowa emigracja elit, jak wcześniej na Węgrzech i w Czechosłowacji, a Polacy nie czuli się opuszczeni – mieli swego papieża.

      Trzecia kwestia to wchodzenie w dorosłe życie w drugiej połowie lat 80. kolejnego pokolenia młodzieży, odczuwającego brak perspektyw życiowych w kraju pogrążonym w głębokim kryzysie.

      Wreszcie ostatnia sprawa to oswajanie się ze strachem. Milicyjna pałka i trzymająca ją w ręku władza zaczynały być po prostu śmieszne. Strach rozładowywano dowcipem, o milicjantach krążyło mnóstwo żartów, nazywano ich smerfami. Ludzie biorący udział w starciach z nimi odczuwali jak zabawę. Wszystko razem u obserwatorów wywoływało poczucie groteski. Mówią o tym listy z Warszawy z maja 1988 r.: „1 Maj – sto tysięcy gliniarzy na ulicach, ludzie klną i plują na wszystko, ulotki się sypią – sielanka na całego! Jeszcze jedna podwyżka i cały ustrój zacznie się sypać… Przed telefonem do Ciebie byłem na Starówce – nie było zakątka nieobstawionego niebieskimi. Zastanawiam się, kto tu się boi?”.

      Na zanikający klimat strachu zwrócił uwagę tzw. zespół trzech, w którego skład wchodzili Stanisław Ciosek, gen. Władysław Pożoga i Jerzy Urban, przygotowujący diagnozy społeczne dla Wojciecha Jaruzelskiego. We wrześniu 1987 r. pisali: „Zmniejsza się stopniowo lęk przed wchodzeniem w konflikt z władzą”. Dwa lata później zmienił się już nie tylko klimat.”

      Reply this comment
  10. Rebecca
    Rebecca 11 grudnia, 2016, 21:27

    Cenzura nie pozwoli mi zamieścić linku. Wiec wpisze to ręcznie!

    Rośnie liczba bezdomnych w Polsce!. Często dach nad głową tracą dzieci i osoby starsze, które nie mają środków na utrzymanie. W ciągu ostatnich dwóch lat o aż 17,6 proc. zwiększyła się liczba osób, które zamiast we własnym domu śpią w schroniskach, noclegowniach, izbach wytrzeźwień, na ulicach, w kanałach ciepłowniczych i m.in. w parkach. Co wyjątkowo szokujące prawie dwa tysiące bezdomnych to dzieci. Cześć z nich mieszka w altanach na działkach i w domach dla samotnych matek. Według specjalistów, rosnący wskaźnik bezdomności to skutek między innymi problemów z narkotykami czy alkoholem, które dotykają całych rodzin. Zdarza się coraz częściej, że dach nad głową tracą osoby starsze, które nie mają środków na utrzymanie. Duża część bezdomnych to także sieroty, które nie radzą sobie samodzielnie po opuszczeniu domu dziecka, lub ośrodków wychowawczych. Większość bezdomnych żyje w dużych miastach. Między innymi dlatego, że mają tu lepszy dostęp do opieki społecznej.
    Najwięcej jest ich w Warszawie – ponad 2,5 tys.; w Bydgoszczy – ponad 1,4 tys.; Szczecinie – prawie 1,2 tys. oraz Krakowie – ponad 1 tys.

    Reply this comment
  11. Rebecca
    Rebecca 11 grudnia, 2016, 21:48

    Yankes

    Jeszcze jedna uwaga. Powiedz dlaczego Polacy nie wracają do kraju?. A wręcz z kraju uciekają!. Przecież Ci w Chicago, nawet wymienieni wyżej w artykule, byli sponsorami w jakimś stopniu Solidarności. Walczyli z komuną, komuny nie ma podobno od wielu lat. Dlaczego nie wracają do Polski?. To ja ci powiem, ze nie o taką Polskę ludzie walczyli. A Ci górnicy polegli, gdyby dziś z martwych wstali, pewnie by umarli na widok tego co się dzieje. Bo jest o wiele gorzej jak za komuny, i trzeba być ślepym by tego nie wiedzieć. Moi rodzice zarabiali za komuny $20-$35 dolarów miesięcznie w przeliczeniu, i więcej mogli kupić jak dziś z przeciętnej wypłaty zarabiający $500 dolarów miesięcznie w przeliczeniu.

    Reply this comment
  12. Yankes
    Yankes 11 grudnia, 2016, 23:37

    Nie wierze w ciebie jako czlowieka, ktory ma dobre intecje- jestes mondropiszacym robotem ktory zniza sie do poziomu plebsu( czasami) w ramach urozmaicenia swojego idealnego( wadlug twoich standartow ) zycia Niemniej w USA zyje 610.000 ( tys) bezdomnych . Prawie jedna czwarta – to dzieci( ponizej 18 roku zycia) W Polsce dzieci pomagaja rodzicam godnie zyc do konca ich dni – bardzo czesto w ich rodzinnym domu( nie nursingu) NIe sprowadzaj ich tutaj Polityka ( Polska) w twoim wydaniu to farsa . Jezeli dalej sie nudzisz – polecam ksiazke”Od lekarza do grabarza” Jerzego Maslanky , bedziesz zdrowsza . Czego ci zycze

    Reply this comment
  13. lukasz
    lukasz 12 grudnia, 2016, 02:04

    W stanie wojennym nie można było chodzić po godzinie milicyjnej. Ja sam byłbym oberwał od ZOMO-wca, którzy chętnie „częstowali szturmówkami”. Sowieci nie mogli wkroczyć do Polski, bo byli a rzeczywiście koncentrowali swe wojska na granicy z Polską , tak jak napisała Rebeka i jak słyszę od Ukraińców przebywających w Polsce. Ocena stanu wojennego będzie taka jak kto i co w tym czasie przeżył. „Jednemu wojna, drugiemu krowa dojna”

    Reply this comment
  14. lukasz
    lukasz 12 grudnia, 2016, 10:43

    Usiądźcie wygodnie i możecie przeczytać :-*

    Reply this comment
  15. lukasz
    lukasz 12 grudnia, 2016, 10:44

    Zima w 1978/79 to była zima. „Zima stulecia” jak ją potem nazwano. Pamiętam, że chciałem zdążyć na „Sylwestra” do Kołobrzegu a byłem w Pobierowie. Żaden autobus nie kursował, więc pomyślałem, że jak dotrę do Niechorza ok. 11km. to potem ciuchcią dotelepie się do Trzebiatowa a stamtąd pociągiem do Kołobrzegu. Szedłem, więc drogą Świnoujście Kołobrzeg (Gdańsk) a po drodze spotykałem porzucone w zaspach samochody. Na pewnym odcinku trasy w okolicy Trzęsacza widać było zamarznięte morze…widok niesamowity… jak okiem sięgnąć, spiętrzone bałwany oprószone śniegiem jakby przysiadły, zastygłe od mrozu. Kolejka wąskotorowa też nie kursowała i z Niechorza do Trzebiatowa ledwo doszedłem, odmrażając sobie dłonie i twarz.
    ***
    Wprowadzenie Stanu Wojennego w Polsce była to bojaźliwa reakcja gen. Jaruzelskiego i WRON-y na strajki, niesubordynację, na to, co się dzieje w kraju. Robotnicy skupieni w dużych zakładach pracy a więc: stocznie Lenina i Warskiego, „Ursus”, Nowa Huta, kopalnie (Jastrzębie) – to była siła napędowa „Solidarności”. Niestety władze „Solidarności” były naszpikowane agentami Kiszczaka. Pewnie też SB przymykała oko na „zagraniczną pomoc” dla związku zawodowego. A pieniądze płynęły od rządów, czyli od agencji wywiadowczych na walkę z komunizmem. Po wprowadzeniu stanu wojennego i potem po 1989 roku „forsa przepadła” tzn. została ukradziona przez gdański zarząd „Solidarności”. Kto ma pieniądze – ten ma władzę i to Gdańsk do tej pory panuje – a nie Śląsk czy Szczecin. Na robotniczych grzbietach wszelkiej maści karierowicze wleźli na stołki i salony, dogadując się z rządem przy Okrągłym Stole, że was komunistów nie ruszymy. Nie ruszyli, bo jak tu mógł bruździć TW- tajny współpracownik , – OP -oficerowi prowadzącemu. Gdy tylko po 1989 r. nastąpiło przekazanie władzy, to zaczęła się walka o stanowiska, majątek po PRL-u. Skoczyli sobie do gardeł ci dawni opozycjoniści, jak poczuli łatwy szmal.
    ***
    Pracowałem kiedyś z Andrzejem Markowskim, stoczniowcem wywalonym ze stoczni w 1981 r. Błąkał się po zakładach pracy, klepał biedę i gdy w 1989 Solidarność doszła do władzy – odżył, załapał się do Urzędu Miejskiego, potem prezesował w Policach w Zakładach Chemicznych, a ponieważ nie znał się na rządzeniu, to je prawie rozwalił (straty w milionach) . Dawno mu inne zakłady aby prezesował (państwowe, to można je rozwalić –za to się nie odpowiada) więc je rozwalał, jak „dobrych” gierkowskich czasach…wiadomo swój –zasłużony. To nic, że nic nie potrafi…
    ***
    Ogłoszenie samego Stanu Wojennego nie było niczym złym, poza tym –że było to bezprawne. Uspokojenie nastrojów, nie dopuszczenie do rozlewu krwi, wysłuchanie żądań. Ale „Władza Ludowa” nie zamierzała z ludem rozmawiać – tylko pałką pokazać: kto tu rządzi. Jaruzelski, Kiszczak i reszta junty tak się rozbestwili, że zamknęli sekretarza KC PZPR tow. Edwarda Gierka i Piotra Jaroszewicza na poligonie drawskim w Głębokim (Oprócz Edwarda Gierka, Piotra Jaroszewicza, byli tam jeszcze uwięzieni: Zdzisław Grudzień, Edward Babiuch, Jan Szydlak.) Jaruzelski i Kiszczak to były kanalie i niech was nie zwiodą ich dobroduszne wyglądy. Stalin też wyglądał na dobrego wujka, pykał fajeczkę i rozstrzeliwał.
    ***
    Nie można mieć za złe, że bandyci są bandytami – taka ich natura ale to, że „Solidarność” będąc u władzy ich nie osądziła, to może świadczyć tylko o tym, że to zdegenerowani sługusy Kiszczaka i SB i WSI – zdradzili interesy Polaków. Nawiasem mówiąc śp. Lech Kaczyński też był przy Okrągłym Stole i wrzasku nie podnosił, że Polskę sprzedają. To dla przypomnienia dla prezesa Jarka, który pomniki stawia śp. Leszkowi. Zrozumiałe jest, że aresztowano w grudniu działaczy Solidarności, ale dlaczego aresztowano Pierwszego Sekretarza KC PZPR ? I całe to PZPR – ok.2 mln. członków milczało.
    ***
    W 1980 r. inne było społeczeństwo i inne podejście do rzeczywistości. Przecież było 35 lat po wojnie i jeszcze ludzie 55+ brali czynny udział w 2 wojnie światowej. To pokolenie które walczyło, było ostrożniejsze ale mniej bojaźliwe, byle pętaka się nie bało. W każdym razie po 1989 r. zaprzepaszczono szansę rozliczenia się z oprawcami i to już minęło bezpowrotnie. Potem bezmyślnie rozwalano zakłady pracy, bo to socjalistyczne. Rozwalano nawet te przedsiębiorstwa, które przynosiły dochód. Tak rozwalono stocznię szczecińską a dokonał tego Miler z SLD. Za to mamy „bieda szyby” (nie do pomyślenia za Gierka) i zupki miłosierdzia dla stoczniowców.
    ***
    Artykuł z Kuriera Szczecińskiego: „W sobotę (12 grudnia) o godz. 14 na szczecińskim placu Lotników znów rozstawi się namiot, pod którym będzie wydawana ciepła zupa dla potrzebujących. Każdy, kto jest głodny, może się pożywić. Cykliczną akcje pomocową organizuje ruch społeczny Help Fest. Organizatorzy zachęcają, by informacje o możliwości zjedzenia ciepłego posiłku przekazywać osobom, które takiej pomoc mogą potrzebować. Tym razem czekać będzie ponad 200 porcji zupy warzywnej. Kolejna akcja rozdawania posiłków w tym miejscy za dwa tygodnie – 26 grudnia.” 2016r.
    ***
    Tak więc nie ma czego świętować i nie ma za co komu dziękować.

    Reply this comment
  16. JASIO
    JASIO 12 grudnia, 2016, 12:14

    No widzicie jak was bolek wydymal…sam „internowany” drinkowal podczas stanu wojennego a teraz drinkuje na florydzie moczac dupsko w basenie a wy sie klocicie jak ciezko bylo i kto wiecej cierpial…

    Reply this comment
  17. lukasz
    lukasz 12 grudnia, 2016, 13:08

    Chociaż ty durny jesteś i bez dymania 🙂

    Reply this comment
  18. lukasz
    lukasz 12 grudnia, 2016, 13:10

    Zresztą to już historia…

    Reply this comment
  19. Yankes
    Yankes 12 grudnia, 2016, 13:48

    Dzieki Marynarzu za kawalek prawdy – bo „Nie chodzi o to zeby byc Patriota ,Chodzi o to zeby nie byc Idiota”

    Reply this comment
  20. lukasz
    lukasz 12 grudnia, 2016, 15:03

    Żal mi jest tych ludzi, tych robotników, którzy walczyli, mieli ideały, nadstawiali karki, a ci skurwysyny z Solidarności sprzedali ich przy Okrągłym Stole. Doszli do władzy i trzeba było osądzić -zaczynając od stalinowskich oprawców: ubeków, sędziów, prokuratorów. Potem tych ukarać co kazali strzelać do robotników, żeby więcej władza nie podnosiła rękę na swoich. To by też podziałało jako odstraszenie, że nie wolno bezpodstawnie bić, katować, strzelać w potylicę. Stalinowski oprawca Michnik zamieszkały w Szwecji i kaczor z PiS-em tak krzyczą że to bandyta -to dlaczego nie zażądają jego ekstradycji ? Kto wierzy Kaczyńskiemu ten sam sobie szkodzi.

    Reply this comment
  21. lukasz
    lukasz 12 grudnia, 2016, 16:55

    A po wprowadzeniu stanu wojennego nastąpił marazm, zniechęcenie. Ten zryw, zapał został zgaszony, bezpowrotnie stłumiony, stłamszony. Rządy „trepów” opierały się na trepowskim myśleniu: ma być porządek jak w wojsku ! Gospodarka nie zna takiego pojęcia jak porządek a produkcja, popyt, podaż. Zrobili stan wojenny i co dalej? Zabrakło pomysłu.

    Reply this comment
  22. lukasz
    lukasz 12 grudnia, 2016, 16:57

    Gdyby ci stoczniowcy, górnicy, hutnicy z roku 80 teraz wstali -to tak by wjebali komuchom i solidaruchom, że ich wszystkich chuj by strzelił !

    Reply this comment
  23. lukasz
    lukasz 12 grudnia, 2016, 17:37

    A 13 grudnia wszelkiej maści prostytutki polityczne będą łazić w pochodach i drzeć mordy – jak głodne świnie przy pustym korycie.

    Reply this comment
  24. lukasz
    lukasz 13 grudnia, 2016, 03:59

    W końcu ile lat można obchodzić 13 grudnia i co tu czcić ? Teraz ten dzień w Polsce staje się dniem do zadymy, politycznej rozróby „opozycjonistów” – dla których to data jak każda inna.

    Reply this comment
  25. lukasz
    lukasz 13 grudnia, 2016, 08:22

    A poza tym nuda, nuda, nuda…

    Reply this comment
  26. Yankes
    Yankes 13 grudnia, 2016, 09:44

    Wiesz Marynarzu – kiepsko mi idzie z tymi wszystkimi nowinkami technicznymi – lubie harmonie zwierzat- Ale zobaczylem dzisiaj( 13 Grudnia) …reklame na you tube- Czego szukasz w Swieta? i mysle ze coraz rzadziej bede patrzyl w tyl

    Reply this comment
    • lukasz
      lukasz 13 grudnia, 2016, 11:31

      Ja tez powoli odchodzę od historii, chociaż przekazuję prawdę historyczną taką, jaką ona jest, a więc opartą na faktach. „Każda władza mi przeszkadza” 🙂 choć nie jestem anarchistą. Tych oczadzonych krzykaczy jest mało, że to są głośni i widoczni.

      Reply this comment
  27. laukasz
    laukasz 13 grudnia, 2016, 11:03

    Masz rację
    Daremne żale – próżny trud,

    Bezsilne złorzeczenia!

    Przeżytych kształtów żaden cud

    Nie wróci do istnienia.

    Świat wam nie odda, idąc wstecz,

    Znikomych mar szeregu –

    Nie zdoła ogień ani miecz

    Powstrzymać myśli w biegu.

    Trzeba z żywymi naprzód iść,

    Po życie sięgać nowe…

    A nie w uwiędłych laurów liść

    Z uporem stroić głowę.

    Wy nie cofniecie życia fal!

    Nic skargi nie pomogą –

    Bezsilne gniewy, próżny żal!

    Świat pójdzie swoją drogą.

    Reply this comment
  28. laukasz
    laukasz 13 grudnia, 2016, 11:06

    Jednak nie pozwól by śmierć Twego ojca poszła na marne, żeby byle kiep, szuja, pętak bezczelnie kłamało i na czarne mówiło białe !

    Reply this comment
  29. laukasz
    laukasz 13 grudnia, 2016, 11:08

    Patriota ale nie idiota !

    Reply this comment
  30. Teresa
    Teresa 13 grudnia, 2016, 11:09

    Pozdrawiam Cię Yankes.

    Reply this comment
  31. łaukasz
    łaukasz 13 grudnia, 2016, 11:21

    No ładnie 🙂

    Reply this comment
  32. lukasz
    lukasz 13 grudnia, 2016, 11:24

    Masz rację Yankes 🙂

    Reply this comment
  33. Normals
    Normals 13 grudnia, 2016, 15:51

    Medialna sraczka jak zwykle.Ty czlowieku naprawde jestes chory.Piszesz post za postem ,podpisujesz sie roznymi nickami i jeszcze sobie sam odpisujesz.Ty masz jakies problemy emocjonalne ,wymagajace leczenia.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*