Syndrom Grażyny. Amerykańskie imiona i nazwiska Polaków

Syndrom Grażyny. Amerykańskie imiona i nazwiska Polaków

Czasami zdradza ich wschodnioeuropejski akcent, ale w wielu przypadkach nie sposób określić, że są Polakami, dopóki nie odezwą się po polsku, albo do polskości przyznają. Polacy w USA zmieniali nazwiska od zawsze i zmieniają je nadal. Z różnych powodów.

Karmen Kensington przyleciała do Chicago jako 15-letnia Beata Wyrzykowska. Była połowa lat 90. Poszła do liceum, ale tam czuła, że jej imię i nazwisko sprawia, że odróżnia się od rówieśników. Czuła się inna, koledzy i koleżanki nie byli w stanie wypowiedzieć ani zapamiętać jej imienia, a tym bardziej nazwiska. Po latach, już jako osoba dorosła postanowiła zmienić tożsamość przy okazji otrzymania amerykańskiego obywatelstwa. – Chciałam w ten sposób wtopić się w amerykańskie środowisko. Jestem stuprocentowo przekonana, że nigdy do Polski nie wrócę, a chciałam, żeby łatwiej mi się tutaj żyło. Po zmianie imienia i nazwiska zmieniła się jakość mojego życia. Wszyscy są w stanie je wymówić i nikt nie traktuje mnie jak obcej. Dlaczego wybrałam takie imię i nazwisko? „Carmen” to moja ulubiona opera, a Kensington po prostu brzmi dobrze.

Karmen mówi płynnie po polsku, jej amerykański akcent jest ledwie wyczuwalny. Pracuje jako tłumacz sądowy. – Dziewięcioro na dziesięcioro Polaków, dla których tłumaczę, jest zaskoczonych, kiedy słyszy moją polszczyznę. Wielu z nich podoba się moje imię, nigdy nie spotkałam się z niechęcią. Pewnie myślą, że nazwisko mam po mężu. Co ciekawe, wyszłam za mąż za Polaka, ale nie przyjęłam jego polskiego nazwiska. Nigdy nie wypieram się polskiego pochodzenia, ale czuję się przede wszystkim Amerykanką. Tutaj jest mój dom.

Pisali, jak słyszeli

Jak podkreśla historyk chicagowskiej Polonii, prof. Dominik Pacyga, Polacy od początku swojej historii w Stanach Zjednoczonych zmieniali nazwiska, choć nie zawsze działo się to zgodnie z ich wolą. – Pierwsza fala emigracji, nazywana „za chlebem” to Polacy, którzy przypłynęli do Stanów Zjednoczonych na przełomie XIX i XX wieku. W ośrodku imigracyjnym na słynnej Ellis Island, a wcześniej w Castle Garden, imiona i nazwiska Polaków często były zmieniane przez urzędników, którzy nie byli w stanie poprawnie ich zapisać. Po prostu zapisywali nazwiska w dokumentach tak, jak je usłyszeli, więc roiło się w nich od błędów i przeinaczeń. Wielu imigrantów używało tych nazwisk jako oficjalnych – mówi Pacyga.

Jak tłumaczy historyk, wielu Polaków zmieniało jednak nazwiska świadomie, skracając je lub całkowicie przekształcając. Najczęstszymi motywami takich decyzji były trudności, jakie Amerykanie mieli z wymówieniem polskich nazwisk oraz względy biznesowe. – Pionier polskiej imigracji w Chicago – Antoni Smargorzewski (lub według innych źródeł – Smarzewski) zmienił nazwisko na Schermann. Zrobił tak, ponieważ łatwiej było mu prowadzić sklep i bar w zamieszkanej głównie przez Niemców dzielnicy. W późniejszych latach został liderem rodzącej się w Chicago Polonii, ale pozostał przy nazwisku Schermann, co pozwoliło mu zachować rozliczne biznesowe kontakty z Niemcami – tłumaczy Dominik Pacyga.

Inny przykład zmiany nazwiska to słynny chicagowski gangster, Hymie Weiss, który urodził się w Polsce, a w rzeczywistości nazywał się Henry Earl Wojciechowski. Był znaczącą i barwną postacią chicagowskiego półświatka. Wsławił się dwoma nieudanymi zamachami na samego Ala Capone. Ostatecznie zginął w 1926 roku zastrzelony przez gang Capone przed wejściem do Katedry Świętego Imienia Jezus.

„Głupi Polaczek”

Joe Karson to przedstawiciel trzeciego pokolenia imigrantów. Po polsku nie mówi wcale, rozumie niewiele, ale utożsamia się z polskimi korzeniami. Nazwisko na Karson zmienił w latach 70.
– Próbowałem dostać się na Uniwersytet Northwestern, gdzie złożyłem podanie pod moim oryginalnym nazwiskiem – Klepkowski. Ale nie chcieli mnie przyjąć, tłumacząc odmowę różnymi niedorzecznymi wymówkami. Wtedy mój znajomy, prawnik polskiego pochodzenia, powiedział mi wprost – nie przyjmą cię na studia z nazwiskiem kończącym się na „ski” – opowiada Karson.
Zmienił więc nazwisko i został przyjęty na upragnioną uczelnię bez najmniejszych problemów. Jak tłumaczy, w latach 70. bycie Polakiem w Chicago nie było łatwe. Tzw. Polish jokes były w powszechnym obiegu, nawet w mediach funkcjonowało określenie „dumb Polack” („głupi Polaczek” – red.), a Polacy musieli rywalizować politycznie z Irlandczykami, Włochami i Żydami. Zdobyć ważne stanowisko lub wygrać wybory mając polskie nazwisko graniczyło z cudem. – Gdyby wtedy kilku profesorów wiedziało, że nazywałem się Klepkowski, oblaliby mnie w dwie minuty. Po studiach pracowałem dla miasta i zaangażowałem się w lokalną politykę. Zmiana nazwiska na niepolskie z pewnością miała wpływ na moją karierę. Uważam się za Amerykanina polskiego pochodzenia, ale życie nauczyło mnie, żeby się z polskością nie obnosić – mówi Joe Karson.

Polacy od początku swojej historii w Stanach Zjednoczonych zmieniali nazwiska, choć nie zawsze działo się to zgodnie z ich wolą. W ośrodku imigracyjnym na słynnej Ellis Island, a wcześniej w Castle Garden, imiona i nazwiska Polaków często były zmieniane przez urzędników, którzy nie byli w stanie poprawnie ich zapisać. Po prostu zapisywali nazwiska w dokumentach tak, jak je usłyszeli

Biznes bez naznaczenia

Socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, dr Tomasz Sobierajski, podkreśla, że nie zna żadnego trendu, który wskazywałby na to, że Polacy na emigracji masowo rezygnują ze swoich polskich nazwisk. – Nazwisko jest bardzo silnie związane z naszą tożsamością. Jest wyróżnikiem, elementem, który może mieć niekiedy duży wpływ na kształtowanie naszego charakteru, nawet w większym stopniu niż imię. Intuicja badacza podpowiada mi, że wyłączając zmiany, które wynikają z przyjęcia nazwiska małżonka można wyróżnić dwie główne przyczyny zmiany nazwiska. Jedna, którą nazwałbym praktyczną – dotyczy tych polskich nazwisk, które bardzo trudno wymówić obcokrajowcom, ze względu na zbitki głosek. Druga, tożsamościowa – dotyczy tych osób, dla których emigracja jest zmianą życia, rozpoczęciem nowego etapu, chęcią oderwania się od przeszłości polskiej, w której nazwisko było naznaczeniem. Zmiana nazwiska w takich przypadkach pozwala na zaczęcie życia od nowa, wtopienie się w lokalną społeczność, oderwanie od polskich korzeni – mówi dr Sobierajski.

Chester Arendt przyjechał do Stanów jako Czesław Juszczyk. Ma dwa nazwiska – w polskim paszporcie oryginalne, w amerykańskim – takie, jakie sobie wymyślił. Nazwisko zmienił zaraz po skończeniu amerykańskich studiów biznesowych. – Mój ojciec miał żydowskie korzenie i chciałem do nich nawiązać. Zaczynałem karierę zawodową, nowe życie w Stanach i pomyślałem, że w to nowe życie wejdę pod nowym imieniem i nazwiskiem. Od lat zajmuje się kupnem i sprzedażą firm, handlem nieruchomościami na poziomie korporacyjnym, holdingiem i konsultacją biznesową. Zmiana imienia i nazwiska pomogła Juszczykowi-Arendtowi przebić się do pierwszej ligi chicagowskiego biznesu: – Nowa tożsamość to kwestia kreacji. Czuję się tak, jakbym dzięki zmianie tożsamości w jakimś sensie na nowo się urodził. W moim wypadku o zmianie zadecydowały przede wszystkim względy biznesowe oraz wygoda. Nie wstydzę się mojego polskiego nazwiska i chętnie używam go w Polsce. Ale w Stanach w pełni utożsamiam się z nazwiskiem Arendt.

Ojciec by mnie wyklął

Andrzej Płócienniczak także jest biznesmenem, prezesem działającej w Chicago dużej firmy z branży telekomunikacyjnej. Jego nazwisko jest od zawsze fonetyczną torturą dla próbujących je wymówić Amerykanów. Mimo to postanowił sobie twardo, że nazwiska nie zmieni, choć przyznaje, że byłoby to sporym biznesowym ułatwieniem.
– Mój ojciec, który zmarł niedługo po tym, jak przyjechałem do Stanów, pewnie by mnie wyklął, gdybym zmienił nazwisko. Dlatego przetrwałem z własnym i tak już zostanie. Z wymową nazwiska Płócienniczak ludzie rzeczywiście się męczą i nie ukrywam, że przyszło mi do głowy, żeby je zmienić albo skrócić. Ale pomyślałem – dlaczego mam innym życie ułatwiać? Niech się męczą, choć większość poddaje się przy pierwszych trzech literach. Poza tym, gdy widzę na spotkaniu, że ktoś zaczyna się jąkać i wiercić, to już wiem, że chce się zwrócić do mnie.
Zdaniem Andrzeja Płócienniczaka, zmiana nazwiska ma sens, jeśli praca ma związek z osobowością, jak to jest w przypadku artystów, często przybierających pseudonimy artystyczne: – Nie jestem aktorem ani piosenkarzem, tylko biznesmenem. Nie promuję produktów mojej firmy własnym nazwiskiem, więc właściwie nie ma znaczenia, jak się nazywam. Na Włocha przerobiłem się tylko w moim prywatnym adresie e-mailowym, gdzie zamiast Płócienniczak jest Pucinni.

Pseudonim to potęga

Artystyczne pseudonimy to osobna kategoria zmiany nazwisk. Dotyczy głównie artystów. I tak – pisarz Joseph Conrad urodził się jako Józef Korzeniowski, autor kryminałów Joe Alex to w rzeczywistości Maciej Słomczyński. Gwiazda kina niemego Pola Negri urodziła się jako Apolonia Chałupiec. I tak dalej.

Kinga Modjeska nigdy oficjalnie nie zmieniła nazwiska, ale mało kto w Chicago kojarzy ją jako Kingę Imiołek. Modjeska – znana wśród Polonii aktorka, reżyserka i producentka teatralna prowadzi w Chicago Studio Teatralne Modjeska i teatr Scena Polonia. Pytam ją, dlaczego zdecydowała się na taki właśnie pseudonim artystyczny.
– To był drugi roku studiów w Warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza. Pracowaliśmy nad Szekspirem. Z namaszczeniem i powagą godną tematu weszłam na scenę, kiedy jedna z koleżanek krzyknęła: ,,Ciągniesz za sobą dojrzałość co najmniej kilku pokoleń! Dramatyczna Modrzejewska!”. Pracując pod pseudonimem Modjeska składam hołd cudownej kobiecie i aktorce. Kontynuuję piękne teatralne tradycje, zresztą tak jak i ona – na obczyźnie. Wierzę, że przy pełnej aprobacie i wsparciu samej Heleny Modrzejewskiej – przekonuje Modjewska.

Nie każdy artysta polskiego pochodzenia po zmianie tożsamości przyznaje się do polskich korzeni. Aktor i reżyser kultowego filmu „The Room” – okrzykniętego mianem „najgorszego filmu świata” – Tommy Wiseau, oficjalnie nie przyznaje się do bycia Polakiem, ale w wywiadach zdradza go ciężki wschodnioeuropejski akcent. Wścibscy dziennikarze odkryli jednak, że urodził się w Poznaniu jako Piotr Wieczorkiewicz, choć sam Wiseau unika odpowiedzi na pytania o jego pochodzenie.

Z nazwiskiem po władzę

W 2010 r. Philip Spiwak, adwokat z Schaumburga, bez sukcesów startował z ramienia Partii Republikańskiej w wyborach na sędziego powiatu Will. Dwa lata później zmienił imię i nazwisko na… Shannon P. O’Malley i pod tym nazwiskiem wystartuje w najbliższych marcowych wyborach na sędziego powiatu Cook, reprezentując 13. okręg obejmujący Schaumburg, Palatine, Wheeling, Hanover Park i Barrington.

Sprawa, o której jako pierwszy poinformował portal Injustice Watch, w ostatnich dniach przykuła uwagę mediów. Zmiana nazwiska z polskiego na irlandzkie, a dodatkowo imienia – z męskiego Philip na nadawane zarówno mężczyznom jak i kobietom – Shannon, zostały odczytane jako nieetyczna próba wpłynięcia na sympatie wyborców i zdobycia lukratywnego stanowiska.

Badania sympatii wyborczych pokazują, że brzmienie nazwiska ma bezpośredni wpływ na liczbę zdobytych głosów. Największe szanse na wybór na stanowisko sędziego w powiecie Cook ma kandydatka irlandzkiego pochodzenia – wynika z badań przeprowadzonych w 2011 r. na Uniwersytecie DePaul. Ich autorzy podkreślają, że irlandzkie nazwisko (plus żeńskie imię) na karcie wyborczej jest najlepszym gwarantem zwycięstwa, skuteczniejszym nawet niż partyjna przynależność. Wiedzą o tym kandydaci na powiatowych sędziów, ponieważ wielu z nich przed wyborami zmienia nazwiska na irlandzkie. Trend ten jest zauważalny przynajmniej od lat 80. ubiegłego wieku. Bez wątpienia wie o tym także mecenas O’Malley.

Próbujemy się z nim skontaktować, ale bezskutecznie. W lakonicznym wywiadzie dla stacji NBC O’Malley niechętnie mówi o swoich korzeniach i zaprzecza, jakoby zmienił imię i nazwisko, by zdobyć głosy wyborców. Czy zmiana nazwiska przełoży się w jego przypadku na wyborczy sukces – zobaczymy. Głodny sukcesu kandydat oprócz nazwiska zmienił bowiem także partyjną przynależność i wystartuje jako przedstawiciel(ka) demokratów. Co jest dość niefortunne, bo akurat w tym okręgu wyborczym zazwyczaj zwyciężają republikanie.

Syndrom Grażyny

Skali zjawiska zmiany nazwisk z polskich na amerykańskie ocenić nie sposób, ponieważ nie istnieją takie badania. Jednak mieszkając w Stanach Zjednoczonych na co dzień doświadczamy zdziwienia, że Walter to nasz rodzimy Władek spod Lublina, a Ben to po prostu Zbyszek.
– W moim środowisku zmiana nazwiska z polskiego na amerykańskie to powszechna praktyka. A imienia – to praktycznie norma. Nie znam ani jednej Grażyny, która nie zmieniłaby w Chicago imienia na Grace – mówi Karmen Kensington. Ta sama, która miała dość bycia pospolitą Beatą.

Imiona i nazwiska niektórych bohaterów zostały (sic) zmienione.

Grzegorz Dziedzic

gdziedzic@zwiazkowy.com

Categories: Polonia

Comments

  1. zł $
    zł $ 16 lutego, 2018, 10:14

    Nigdy bym swojego imienia i nazwiska nie zmienił i jestem dumny ze swojego pochodzenia.

    Reply this comment
  2. Anna
    Anna 17 lutego, 2018, 14:38

    Chociaż sama bym tego nie zrobiła, szanuję wybór zmiany imion przez innych ludzi. Chcę jednak tutaj zaznaczyć, ze wielu Polakó i Polek z trudnymi do wymówienia dla Amerykanów imionami i nazwiskami dumnie reprezentuje naszą grupę etniczną i chwał im za to.
    Pani Karmen Kensington widoczenie bardzo mało zna poloniją społeczność w Chicago. Czy nie słyszała ona nigdy o Grażynie Auguścik? Ta bardzo znana jazzowa artystka nie tylko na polonijnym rynku muzycznym w Chicago ale na ogolnoamerykanskiej scenie rozrywkowej nie zmieniła swojego imienia i ciągle bardzo dobrze sobie z tym radzi. Jestem nawet dumna z jej wysiłków edukowania lokalnych reporterów jak należy wymawiać jej imię. Przypuszczam, że jej imię nie ułatwie jej kariery, ale na pewno nie jest jej hamulcem. Czapki z głów pani Grażyno!

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*