Sport polonijny 2018 – mija rok, dobry rok…

Załoga „Husarii” stanęła na wysokości zadania i dała z siebie wszystko fot.Facebook

Do wydarzeń i osób z nimi związanymi, kreującymi emocje, entuzjazm, namiętności należy wracać, szczególnie wtedy, kiedy odchodzi stary rok, dając początek nowemu. W ubiegłym tygodniu przedstawiliśmy sylwetki Olivii Smoligi, Laury Stępniak i Dariusza Milewskiego. Oni sprawili, że końcówka roku była pełna medali i zaszczytów. Wizytówek polonijnego sportu w Chicago jest jednak więcej. Byli podziwianymi na akwenie jeziora Michigan, alpejskim stoku, matach karate, rajdowych bezdrożach i piłkarskich murawach. Dołączyli do nich utalentowany szermierz, który osiąga znakomite wyniki na planszy i w szkole oraz ci, dla których sport jest jedną z form życiowej aktywności, tak wspaniale zaakcentowanej podczas Biegu Stulecia.

Mackinac dla Kamińskiego i jego „Husarii”

Krzysztof Kamiński z załogą odniósł w 110 Race to Mackinac jeden z najbardziej spektakularnych swoich sportowych sukcesów. Płynąc na „Husarii”, wygrał, sekcję 02 Mackinac Cup Division, pozostawiając w pokonanym polu wiele młodszych i bardziej nowoczesnych jachtów.

Z 288 jachtów uczestniczących w tegorocznych regatach, aż 65 nie osiągnęło mety, co świadczyło, z jaką skalą trudności mieli do czynienia ci, którzy w sobotnie popołudnie wypłynęli z Navy Pier.
Tym większy szacunek dla tych, którym się udało, których nie zawiodła intuicja, którzy potwierdzili swoje umiejętności i których nie opuściło szczęście. Wśród nich była załoga „Husarii” skippera Krzysztofa Kamińskiego.

– Czekaliśmy na ten sukces od 2003 roku, kiedy „Błyskawica” wygrała kategorię open. 15 następnych regat to kolejne doświadczenia, przemyślenia i marzenia o skompletowaniu załogi zgranej, wyszkolonej, zdeterminowanej. Stanęła na wysokości zadania, dała z siebie wszystko i zmusiła „Husarię” do tego, by spisała się fantastycznie, by potwierdziła, że świetnie czuje się, płynąc z wiatrem i ostrym prądem, że nie boi się wysokich fal i że z przeciwnymi podmuchami też świetnie potrafi sobie radzić – powiedział na mecie w Mackinac najlepszy polonijny skipper.

Niezmierną satysfakcją dla nich było również to, że ich „staruszka”, wybudowana w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, mijała na wodzie łódki młodsze, bardziej nowoczesne, lepiej wyposażone, jak np. „Main Street”. To, co jeszcze do niedawna wydawało się nie do pomyślenia, stało się faktem.

Złoty Gąsienica-Daniel

Szymon Gąsienica-Daniel zdobył złoty medal w slalomie specjalnym w mistrzostwach świata Masters, w których startowali narciarze alpejscy w wieku od 30 do 55 lat. W slalomie gigancie był o krok od podium, ostatecznie kończąc rywalizację na czwartym miejscu. W super gigancie, który traktował treningowo, zamknął pierwszą dziesiątkę.

Zawody odbyły się w Big Sky Resort w Montanie na znakomicie przygotowanych czterech stokach. Startowało 400 alpejczyków z ponad 20 krajów. Faworytami byli Austriacy, Niemcy i Włosi, tym większe zaskoczenie, że pogodził ich narciarz z amerykańskiego Midwestu. Jeszcze żadnemu polskiemu alpejczykowi w 30-letniej historii mistrzostw świata Masters taka sztuka się nie udała. Jego złoty medal w slalomie specjalnym w grupie wiekowej 35-39 był największą sensacją mistrzostw i było o nim najgłośniej.

Szymon Gąsienica-Daniel sprawił złotym medalem największą sensację mistrzostw fot.Facebook

W slalomie specjalnym w swojej grupie był najmłodszym uczestnikiem, dlatego startował jako jeden z ostatnich. Nie miał już tak dobrych warunków, jak ci, którzy jechali przed nim. Tym większe zaskoczenie, że udało mu się ich pokonać. Zawdzięczał to głównie bardzo dobremu drugiemu przejazdowi.
Również start w slalomie gigancie był dla niego zaskakująco udany. Przegrał brązowy medal bardzo niewielką różnicą czasu.

Gąsienica-Daniel pochodzi z bardzo usportowionej rodziny. Jego ojciec Stanisław Gąsienica-Daniel był brązowym medalistą MŚ w skokach narciarskich w Szczyrbskim Plesie i olimpijczykiem z Sapporo, skąd Wojciech Fortuna przywiózł złoty krążek. Jego wujkiem jest Andrzej Bachleda Curuś, najlepszy w historii polski alpejczyk, a kuzynką Maryna Gąsienica, która startowała w ostatnich igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu.

Spełnione marzenia Feteli

Piotr Fetela marzył o tym, by zostać kierowcą rajdowym, by choć raz wystartować w prawdziwym wyścigu. To mu się udało. Jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia i chciał więcej, a potem jeszcze więcej. Pojawiały się nowe marzenia, nowe wyzwania. Jak sam podkreśla, taki już jest. Nie lubi stać w miejscu, cofać się. Czasami robi nawet ponad siły, by się rozwijać i iść do przodu. I idzie.

W tym roku zdobył wicemistrzostwo Rally America, zwyciężając aż w czterech eliminacjach. Wygrałby pewnie jeszcze więcej, gdyby jego Ford Fiesta Proto nie odmawiała posłuszeństwa, często wtedy, kiedy przewodził stawce i rywale już się pogodzili z tym, że do nie dościgną.

Jedną z eliminacji, którą wygrali, był 100 Acre Wood Rally. To tam dwa lata temu miał koszmarny wypadek, w którym cudem ocalił życie. – Jak robiliśmy rozpoznanie trasy i dojeżdżaliśmy do tego miejsca, to kompletnie się rozsypałem. Puściły emocje, pojawiły się łzy. Nie da się tego spokojnie opowiedzieć. Doszedłem do siebie dzięki mojemu pilotowi Dominikowi Jóźwiakowi, który podtrzymał na duchu, zapewniał, że na pewno będzie dobrze. I miał rację. Podczas rajdu ten odcinek niewątpliwie spotęgował stres, ale myśli były poukładane, wszystko było pod kontrolą. Przed skokiem zmniejszyłem prędkość, dzięki czemu był on nawet ładny i co najważniejsze pewnie wylądowany. Wygraliśmy ten „oes”, a później wpadliśmy sobie w ramiona, jak wtedy, kiedy cudem wyszliśmy z kompletnie rozbitego samochodu – relacjonował Fetela.

Piotr Fetela nie tylko świetnie sobie radził na rajdowych trasach, również w Biegu Stulecia fot.Facebook

Jego kolejnym marzeniem było zaprezentowanie się w Polsce, nie jako zaproszony gość specjalny, tylko jako rajdowiec. Chciał się ścigać z polskimi kierowcami, rozmawiać w języku polskim. I ścigał się na asfaltowych drogach w warszawskim Rajdzie Barbórka. W tym roku jeszcze nie wyszło, ale przekonał się, że asfalt nie jest taki straszny, taki obcy i jak sam przyznał „szybko się z nim zaprzyjaźnił”.

Przekonał się również o tym, że mając sprawny samochód i większą ilość treningowych kilometrów, może powalczyć z najlepszymi jak równy z równym, bez kompleksów i poczucia niższości.

Medalowe kyokushin i shotokan

Jeżeli ktoś wątpił w słuszność powiedzenia „do trzech razy sztuka”, mógł się na przykładzie Marka Ociesielskiego przekonać, że potrafi ono zadziałać. Najlepszy polonijny karateka w dwóch poprzednich mistrzostwach świata i Europy ocierał się o najwyższy stopień podium, ale wtedy był on jeszcze dla niego nieosiągalny. W tym roku cel został osiągnięty.

W maju zdobył w Łańcucie złoty medal Starego Kontynentu w kategorii open WKB World Kyokushin Budokai, pokonując w finale reprezentanta Polski przez wskazanie sędziów. Jeszcze bardziej dramatyczną walkę stoczył w półfinale z reprezentantem Ukrainy. Aktualny wicemistrz świata był faworytem zawodów, jednak nie potrafił ani w regulaminowym czasie, ani w dogrywkach udowodnić wyższości nad Ociesielskim ostatecznie przegrywając większą wagą ciała.

Marek Ociesielski zdobył w tym roku mistrzostwo świata, Europy i USA fot.Facebook

W grudniu w japońskim Kobe, do dwóch srebrnych medali mistrzostw świata, dorzucił w końcu złoty w karate kyokushin IKO Nakamura. Po trzech zwycięskich walkach eliminacyjnych z reprezentantami gospodarzy pokonał w finale Polaka Zbigniewa Gągola. – Myślę, że sprawiłem sobie na św. Mikołaja wielki prezent, a chicagowskiej Polonii, być może odrobinę radości – mówi po zakończeniu finałowego pojedynku.

Również dla Agaty Smetaniuk mijający rok był powiększeniem przebogatej medalowej kolekcji. Rozpoczęła od zdobycia trzech krążków na zawodach 2018 District Championships w Grayslake, które były pierwszą eliminacją do mistrzostw USA w karate shotokan, wygrała olimpijską katę i swoją grupę wiekową oraz była druga w mandatory kata.

Do Fort Lauderdale na mistrzostwa USA pojechała bez specjalnej nadziei na dobry wynik. Odczuwała jeszcze skutki kontuzji barku i biodra. Jednak okazało się, że po raz kolejny Fort Lauderdale okazało się dla niej łaskawe. W 2014 roku były one pamiętne nie tylko ze względu na zdobyte medale, również dlatego, że był to jej pierwszy start po kilkuletniej przerwie. Dwa lata temu również Fort Lauderdale okazało się szczęśliwe. W tym roku po raz trzeci z rzędu to miejsce ją nie zawiodło. Stanęła na najwyższym stopniu podium w mandatory kata i w swojej kategorii wiekowej, natomiast brązowy krążek przypadł jej w rywalizacji olimpijskiej.

Z powodzeniem próbuje swoich sił w… malarstwie. Zadebiutowała w nowej roli w Muzeum Polskim w Ameryce na wystawie Art for Heart 2018. Dochód z jej sprzedanych obrazów zasilił konto fundacji Daru Serca.

Wysoki lot „Orłów”

Piłkarze Eagles po raz kolejny udowodnili, że nie mają konkurentów nie tylko na polonijnym rynku piłkarskim, również w jednej z najlepszych amerykańskich amatorskich lig Metropolitan Soccer League, której po dwóch latach, ponownie zostali mistrzami. Wygrali w dużym stylu, gromiąc w większości spotkań swoich rywali i tracąc zaledwie jedenaście bramek, przy 33. przez siebie zdobytych.

Najbardziej utytułowany polonijny zespół był tym sezonie zdecydowanie najlepszym, dysponującym najwartościowszym i najbardziej wyrównanym składem, zdyscyplinowanym na boisku i poza nim. Zespołem sprawnie kierowanym przez ludzi zarządzającym klubem i konsekwentnie prowadzonym przez szkoleniowców.

Piłkarze Eagles nie mieli w tym roku sobie równych fot.Facebook

W rundzie jesiennej przez Pawła Otachela, a na wiosnę Roberta Sempocha. Nad całością czuwał Piotr Śliwa, który nie tylko strzegł bramki, potwierdzając, że jest najlepszym amatorskim bramkarzem w Chicago, również mając duży wpływ na dobór zawodników i kontakt z nimi. Tylko tak prowadzone, szkolone i zarządzane zespoły swoje aspiracje przekładają na mistrzowskie tytuły. Eagles są tego najlepszym przykładem. Potrójna korona, na którą składa się mistrzostwo halowej i letniej Metropolitan Soccer League oraz turnieju Ludwig Dairy International Cup, nie była dziełem przypadku, a potwierdzeniem siły i potencjału.

Mistrzostwo na planszy i stypendium Harvarda

Reprezentujący Midwest Fencing Club Filip Dolegiewicz odniósł swój największy sukces w karierze. Zdobył złoty medal mistrzostw USA juniorów w szabli, które odbyły się w Kansas. W zawodach startowało ponad 200 najlepszych zawodników z całego kraju.

Był to już czwarty bardzo dobry wynik najlepszego polonijnego szablisty w tym sezonie. Wcześniej dwa razy wszedł do czołowej ósemki w kategorii seniorów, co pozwoliło mu awansować do ścisłej czołówki w krajowym rankingu. Jest obecnie najmłodszym zawodnikiem kwalifikującym się do uczestnictwa w Pucharze Świata seniorów.

Filip Dolegiewicz otrzymał sportowe stypendium Harvard University fot.Facebook

Szermiercze sukcesy Filipa w powiązaniu z bardzo dobrymi wynikami w nauce, sprawiły, że otrzymał on sportowe stypendium Harvard University i w przyszłym roku akademickim będzie reprezentantem drużyny szablistów tej prestiżowej amerykańskiej uczelni.

Bieg Stulecia 2018 – biało-czerwone święto

Miał być pokaz polonijnej siły i dumy. I był! Bieg Stulecia, upamiętniający setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, zgromadził na starcie dziesięciokilometrowego biegu 1918 uczestników.

Dużo więcej im kibicowało i dopingowało. Wszyscy dobiegli do mety, gdzie czekały na nich przepiękne medale. Wszyscy też wyrażali swoje zadowolenie nie tylko z tego, że zdołali osiągnąć cel, również z tego, że tak gigantyczne przedsięwzięcie zostało w tak doskonały sposób zorganizowane.

11 listopada dokładnie o godz. 11,11 przy dźwięku syreny i aplauzie kibiców ruszył na trasę biało-czerwony tłum biegaczy. Po 36 minutach i 32 sekundach pierwszy linię mety osiągnął Damian Bednorz, tuż za nim przybiegli Jacek Kafel i Krzysztof Bąk. Aneta Ziemiańska, Justyna Tylka i Magdalena Mrozek były najszybsze wśród kobiet, a najmłodszym triumfatorem został 12-letni Patryk Jankowski.

Bieg Stulecia był pokazem polonijnej siły i dumy fot.Artur Partyka

Wymienienie liderów nakazuje dziennikarska poprawność, bo tak naprawdę wszyscy okazali się zwycięzcami Biegu Stulecia. Ci, którzy najszybciej pokonali dystans. Ci, którzy przybiegli na dalszych pozycjach. Ci, którzy mieli kryzys i byli o krok od podjęcia decyzji o zejściu z trasy. Ci, którzy metę osiągnęli idąc, niekiedy pchając wózki z kilkunastomiesięcznymi maluchami. Wszyscy, dzieląc się wrażeniami, podkreślali symbolikę święta i to, że po prostu tego dnia nie mogło ich tutaj zabraknąć.

Dariusz Cisowski

Categories: Polonia

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*