Recepta na amerykański sen

Recepta na amerykański sen

O pisaniu jako terapii, życiowych lekcjach i recepcie na spełnienie amerykańskiego snu z Marią Kordas, córką Kazimiery „Kasi” Bober, autorką książki pt. „Moja mama Kasia i jej amerykański sen” rozmawia Grzegorz Dziedzic.

Jest Pani autorką książki pt. „Moja mama Kasia i jej amerykański sen” (ang. „My Mother Kasia and Her American Dream”). Skąd wziął się pomysł na jej napisanie?

Maria Kordas: Ta książka była dla mnie terapią po odejściu mamy, w ten sposób poradziłam sobie z żałobą. Chciałam też, żeby ta książka była pamiątką dla moich dzieci, ponieważ moja mama miała ogromny wpływ na ich wychowanie. Postanowiłam spisać wspomnienia związane z mamą, zaczynając od mojego dzieciństwa aż do odejścia mamy. Pisząc, nie myślałam, że z tych wspomnień powstanie książka. Planowałam spisać je dla siebie, zrobić dwie kopie i dać je moim dzieciom w prezencie świątecznym. Ale udało mi się znaleźć wydawcę i książka się ukazała. Składa się z trzech części – przed, w trakcie i po – opisuje życie mamy sprzed jej przyjazdu do Stanów Zjednoczonych, okres jej pobytu w Stanach i moje przeżycia po jej odejściu. Na okładce widnieje najładniejsze zdjęcie mamy, jakie kiedykolwiek zrobiono. To zdjęcie z dnia, kiedy mama otrzymała tytuł Kobiety Roku w Chicago. Jest na nim uśmiechnięta i szczęśliwa. Taką chciałam ją upamiętnić.

Pani mama zmarła 2 czerwca 2016 roku. Kiedy zaczęła Pani pisać tę książkę?

– Nigdy nie sądziłam, że śmierć bliskiej osoby może tak mocno wpłynąć na człowieka. Po odejściu mamy starałam się znaleźć sposób, aby poradzić sobie z żałobą i szybciej przejść jej etapy. Ćwiczyłam, słuchałam muzyki, a w pewnej chwili zaczęłam pisać. To mi bardzo pomogło. Nie zdawałam sobie sprawy, że moja mama może pozostawić po sobie tak mocne wspomnienie. Po prostu poczułam, że muszę o niej pisać. Zaczęłam pisać dwa miesiące po jej odejściu.

Czy dzięki napisaniu tej książki udało się Pani poradzić sobie emocjonalnie ze stratą?

– Tak. W trakcie pisania nie mówiłam moim dzieciom, że piszę wspomnienie o mamie. Powiedziałam im dopiero, kiedy skończyłam. Uważam, że ta książka mi pomogła. Pisząc ją, chciałam wydobyć ze swojej pamięci wszystko, co najpiękniejsze, najcieplejsze i przedstawić mamę w taki sposób, żeby moje dzieci dowiedziały się co ich babcia chciała osiągnąć i co osiągnęła. Żeby zrozumiały, jak wiele jej zawdzięczają i jak wiele się od niej nauczyły.

Jaka była reakcja dzieci po otrzymaniu tej książki?

– Dzieci dostały tę książkę w prezencie świątecznym. Myślałam, że będą zaskoczone, ale przyjęły ją z wielkim spokojem. Córka zapytała tylko, jak znalazłam czas, żeby tę książkę napisać. Mama zawsze dawała moim dzieciom ważne lekcje życia. To, kim są dzisiaj, jest w dużej mierze jej zasługą. Kiedy chodziły do szkoły średniej i college’u, w każdy weekend pracowały w rodzinnej firmie. Córka i syn skończyli prawo i świetnie sobie radzą, ale to, w jaki sposób dziś funkcjonują, to owoc tej pracy i lekcji, jakie otrzymały od babci. Mama swoim postępowaniem pokazała im, jak ważna jest pracowitość, systematyczność, oszczędność i poważne podejście do życia. Często to podkreślała. Moje dzieci nie zawsze słuchały, ale decyzje, jakie podejmują w dorosłym życiu są odzwierciedleniem tych lekcji.

Czy można powiedzieć, że Pani książka ma wymiar uniwersalny, że poprzez opisanie historii mamy odniosła się Pani do losu i uczuć każdego imigranta?

– Każdy z nas, imigrantów przeżywa na początku podobne rozterki, każdy przyjeżdżając do Stanów chce zapewnić sobie i swoim dzieciom lepsze życie. Moja mama przyjechała do Stanów z wielkim marzeniem, którego ze względu na panujący w Polsce system nie była w stanie tam zrealizować. Mama marzyła o otworzeniu własnej firmy. Osiągnęła swój cel poprzez pracowitość i upór. Był czas, kiedy po przyjeździe do Stanów miała trzy prace. Musiała utrzymać siebie i nas – w Polsce. Pierwsze osiem lat, które mama spędziła w Chicago sama, były bardzo trudne. Ciężka praca, tęsknota za rodziną i krajem, uczucie rozdarcia – na początku doświadcza ich każdy imigrant.

Nie znałam angielskiego i byłam bardzo nieśmiała, a mama postawiła mnie za ladą. Ona gotowała, a ja sprzedawałam pierogi. Pracowałyśmy przez siedem dni w tygodniu, po dwanaście godzin dziennie. Po dwunastu latach odeszłam z firmy i zaczęłam realizować swoje marzenie. Zawsze marzyłam, żeby być pielęgniarką

Kazimiera „Kasia” Bober, twórczyni i właścicielka firmy Kasia’s Pierogi, spełniła swój amerykański sen. Pani również się to udało. Jak brzmi wasza recepta na sukces?

– Dla mamy jej firma była jej wielką pasją. Jej celem było zadowolenie klientów, uśmiech na ich twarzach. Pasja jest najważniejsza. I dążenie do spełnienia własnych marzeń. W mojej książce napisałam, że trzeba uszanować marzenia każdego człowieka. Te najmocniejsze torują nam drogę w życiu.

Pani mama była osobą ogólnie znaną, polonijną ikoną. Co sprawiało, że była osobą tak niezwykłą?

– Początki były bardzo trudne. To był 1982 rok. Mama robiła pierogi, które sprzedawała do sklepów i restauracji. Później udało się wynająć sklep z zapleczem, gdzie można było gotować. Mama dużo pracowała, ale nie była zachłanna, dużo oddawała za darmo. Dzięki swojej hojności i ofiarności poznała wielu ludzi. Firma zaczęła się rozwijać. Wszyscy ją szanowali i podziwiali za pracowitość i upór. Mama zawsze więcej myślała, niż mówiła. Początkowo w środowisku amerykańskim nie odzywała się wiele, bo słabo mówiła po angielsku. Stresem było dla niej choćby przemówić przy okazji odebrania jakiejś nagrody. Żyła w swoim małym świecie. Kierowała dużą firmą, ale nigdy nie była częścią „wielkiego świata”. Zawsze była oszczędna i ostrożna z pieniędzmi. Mama wyszła z biedy i nigdy o tym nie zapominała. W Stanach zrealizowała swoje marzenie, a nam, swoim dzieciom, dała lepsze życie. My jesteśmy z Bieszczad, z małej wioski. Ojciec mamy zmarł, kiedy miała pięć lat, przez całe życie za nim tęskniła i płakała zawsze, gdy o nim mówiła. Natomiast małżeństwo moich rodziców nie było udane, więc wyjazd do Stanów był rozpoczęciem nowego życia. Od początku zbudowała i rozwinęła własną firmę będąc samotną matką trójki dzieci. Była osobą niezwykle pracowitą i nigdy się nie poddawała.

Te wzorce, które wyznaczyła Kazimiera „Kasia” Bober, miały ogromny wpływ także na Pani życie.

– W 1982, w wieku 22 lat przyjechałam do Chicago zaraz po ukończeniu szkoły pielęgniarskiej. Miałam swoje marzenia, chciałam być pielęgniarką na onkologii. Ale mama mówiła, że musimy otworzyć firmę, bo trzeba się utrzymać, opłacić rachunki. Nie znałam angielskiego i byłam bardzo nieśmiała, a mama postawiła mnie za ladą. Ona gotowała, a ja sprzedawałam pierogi. Pracowałyśmy przez siedem dni w tygodniu, po dwanaście godzin dziennie. Po dwunastu latach odeszłam z firmy i zaczęłam realizować swoje marzenie. Zawsze marzyłam, żeby być pielęgniarką. W USA zaczęłam od nauki angielskiego, pracy w domu starców i pracy na ochotnika w szpitalu. Pracowałam na pełny etat, wychowywałam dzieci i chodziłam w pełnym wymiarze do szkoły. Dzień po dniu, po latach ciężkiej pracy i wielu zwątpieniach i kryzysach osiągnęłam swój cel – trzy fakultety pielęgniarskie i doktorat. Osiągnęłam to, bo miałam marzenie, miałam cel.

Co najważniejszego zawdzięcza Pani swojej mamie?

– Wpoiła, żeby nigdy się nie poddawać, mieć w życiu cel i do niego dążyć. Ja to samo starałam się przekazać moim dzieciom. Moja córka w liceum napisała w wypracowaniu, że patrząc na mnie i na swoją babcię zrozumiała, jak wiele kobieta może w Ameryce osiągnąć.

Książka napisana jest po angielsku. Kiedy możemy spodziewać się polskiej wersji?

– Najstarsza siostra mamy mieszka w Hoczwi i ma 92 lata. Bardzo chciałaby przeczytać moją książkę i to głównie dla niej ją tłumaczę. Moim marzeniem jest skończenie tłumaczenia do maja i wydanie książkę po polsku na Dzień Matki. Na razie angielskojęzyczna wersja dostępna jest w Internecie, na portalach Amazon i ExLibris oraz na stronie księgarni Barnes & Noble. Cały dochód z książki przekazuję na szkołę podstawową w Hoczwi, w miejscowości skąd pochodzę. Wracam wspomnieniami do moich szkolnych lat i chciałabym dać coś od siebie. Żeby któreś z tych dzieci, które dzisiaj uczą się w podstawówce w Hoczwi nie bało się spełniać swoich marzeń.

To Pani literacki debiut. Będą kolejne pozycje?

– To samo pytanie zadał mi wydawca. Odpowiedziałam, że ta jest pierwsza i zarazem ostatnia. Proszę pamiętać, że nie jestem pisarką, jestem pielęgniarką. Ale przyznam, że rozważam napisanie książki o mojej pracy i o mojej zawodowej drodze. Być może w ten sposób pomogę komuś, kto po przyjeździe z Polski chciałoby wykonywać swój wymarzony lub wyuczony zawód, a zajmuje się czymś, co nie przynosi mu satysfakcji. Nigdy nie przypuszczałam, że w Stanach zrobię doktorat. Ale wytrwałość pozwoliła mi tego dokonać. Może moja historia zmotywuje kogoś i pozwoli mu zrealizować cel. W tym kraju możliwości są ogromne, a edukacja zmienia życie na lepsze.

Życzę wielu sukcesów i dziękuję za rozmowę.

g.dziedzic@zwiazkowy.com

Na zdjęciu: Maria Kordas fot.Grzegorz Dziedzic

Categories: Polonia, Wywiad, Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*