Przekułam wstyd na dumę

Przekułam wstyd na dumę

Rozmowa z Pam Records, pisarką i dziennikarką, autorką powieści ”Tied with Twine” (”Przewiązane sznurkiem”), której akcja rozgrywa się w roku 1920 w Hegewish, polskiej wówczas dzielnicy Chicago.

Grzegorz Dziedzic: – Jest Pani Amerykanką polskiego pochodzenia, imigrantką w czwartym pokoleniu. Dlaczego postanowiła Pani napisać książkę, której akcja dzieje się wśród Polonii blisko 100 lat temu?

Pam Records: – Kilka lat temu przenosiliśmy moją mamę do domu opieki dla osób starszych. Po jej przeprowadzce sprzątaliśmy jej dom, w którym było mnóstwo pamiątek zbieranych od kilku pokoleń. Moja mama zachowywała i przechowywała wszystko, znaleźliśmy więc pudła pełne naczyń, ubrań, dokumentów i innych rzeczy, które przywołały moje wspomnienia z dzieciństwa. Moi pradziadkowie mieszkali w Hegewisch, a ja z rodzicami w Hammond w Indianie, w nowoczesnym parterowym domu. To były lata 60. ubiegłego wieku. W każdy weekend odwiedzałam pradziadków i za każdym razem było to jak podróż w czasie. W ich domu prawie wszystko pochodziło ze „starego kraju”, a ja jako mała dziewczynka byłam przekonana, że to nazwa kraju, z którego przyjechali pradziadkowie, czyli Polski.

Jak zapamiętała Pani Hegewisch, które było przecież kiedyś jedną z polskich dzielnic Chicago?

– Hegewisch aż do lat 70. było prawie w całości zamieszkałe przez imigrantów z Polski. Było miejscem jednocześnie fascynującym, dziwnym i odrobinę strasznym. Bardzo interesujący był kontrast pomiędzy tą dzielnicą, a miejscem, w którym mieszkaliśmy. Od dziecka wiedziałam, że któregoś dnia napiszę o Hegewisch i tajemniczych miejscach z mojego dzieciństwa. Na przykład o szopie za domem, w której dziadek spał, kiedy za dużo wypił. Szopa była stara, zbudowana z wilgotnych desek pokrytych mchem, ze szparami, przez które z fascynacją i lękiem zaglądałam do środka. Pamiętam też piec w kuchni i buchające płomienie. Zawsze pragnęłam opowiedzieć o tym moim dzieciom. Pamiętam też, że trochę się pradziadków wstydziłam, bo byli inni. Nie potrafili czytać ani pisać, podczas zakupów podawali kasjerowi garść pieniędzy, ponieważ nie potrafili odliczyć należnej sumy. Wstydziłam się za nich kiedy byłam dzieckiem. Dopiero kiedy dorosłam zrozumiałam, przez co musieli przejść, co poświęcili i zostawili za sobą. Zrozumiałam, że ich przeżycia były bardzo trudne, a ja nie mam prawa ich oceniać. Zamiast wstydu zaczęłam być z nich dumna. Zrozumienie tego zmieniło całą moją perspektywę i postrzeganie polskości. Jedna z bohaterek mojej książki, Halina, jest wzorowana na mojej prababci. To grywająca w pokera, posiadająca talent do ziołolecznictwa, uparta, silna i zdecydowana kobieta. Musiała taka być, żeby przetrwać na emigracji, osiągnąć swoje cele i zapewnić lepsze życie swoim dzieciom.

Zrozumiała Pani, że nie ma powodów do wstydzenia się swojej polskości?

– Tak. Moja mama urodziła się w Hegewisch i też nie miała łatwego życia. Chodziła do szkoły przy parafii św. Floriana, w której mówiono wyłącznie po polsku. Kiedy poszła do szkoły publicznej, miała trudności z mówieniem po angielsku. Moja mama do dziś pamięta z jakimi trudnościami na emigracji borykali się jej rodzice i dziadkowie. To słodko-gorzkie wspomnienia. Każde pokolenie musiało mierzyć się z innymi problemami. W latach 60. w Chicago opowiadano wiele krzywdzących dowcipów o Polakach. Pamiętam, że wiele razy w szkole siedziałam w ławce zapłakana, bo inne dzieci naśmiewały się ze mnie tylko dlatego, że mam polskie korzenie. Byłam wtedy załamana, nie wiedziałam jak się bronić. Dzisiaj, posiadając wiedzę, którą mam, zapytałabym takiego prześladowcę, czy wie, kto to był Kopernik i czego dokonał.

Napisanie historycznej powieści o życiu Polonii wymagało z pewnością żmudnych badań. Z jakiego rodzaju źródeł korzystała Pani gromadząc materiały do swojej książki?

– To był fascynujący proces. Na szczęście obecnie bardzo wiele ciekawych materiałów można znaleźć w internecie. „Dziennik Związkowy” był jednym z podstawowych źródeł, z jakich korzystałam, bo przecież gazeta ukazywała się już w czasach, które opisałam. Opierałam się też oczywiście na przekazach ustnych, na opowieściach rodzinnych przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Opisałam okolicę, którą na własne oczy widziałam jako dziecko. W domu moich pradziadków kuchnia znajdowała się w piwnicy, kobiety schodziły tam, żeby przygotowywać posiłki. W tym czasie mężczyźni wychodzili przed dom, żeby spotkać się z sąsiadami i przy kilku kieliszkach porozmawiać o codzienności. Wychodziłam z nimi, siadałam w pobliżu i uważnie słuchałam ich historii, które rzadko kiedy były odpowiednie dla dzieci. Założę się, że żaden z nich nie zdawał sobie wtedy sprawy, że zbieram materiały na przyszłą książkę. W ”Tied with Twine” opisuję też stroje, buty i przedmioty codziennego użytku. Także zawody, które w tamtych czasach w Hegewisch wykonywali Polacy. Proszę pamiętać, że była to dzielnica praktycznie odcięta od reszty miasta, do której nie dochodziła nawet komunikacja miejska. Życie w Hegewisch było trudne.

Czy ma Pani wrażenie, że pisząc tę książkę wypełnia Pani pewną niszę i opowiada historie, których do tej pory nikt nie opowiedział?

– Myślę, że tak. O czasach prohibicji napisano wiele książek i powieści, ale ich akcja dzieje się zazwyczaj pośród imigrantów irlandzkich lub włoskich. A co z Polakami? Nikt dotychczas nie opisał, co działo się z tą grupą etniczną w tamtych ciekawych i dramatycznych czasach. Na ten temat istnieją jedynie strzępy informacji. Pomyślałam, że to smutne i niesprawiedliwe, bo przecież Polacy odegrali bardzo ważną rolę, zwłaszcza w Chicago. Pisząc tę książkę wypełniłam pewną lukę i uważam, że Amerykanie polskiego pochodzenia powinni pamiętać o swojej imigranckiej przeszłości, o tym wszystkim, przez co przeszli ich przodkowie. Powinniśmy być dumni z naszej przeszłości, pamiętać o niej i przekazywać tę wiedzę kolejnym pokoleniom.

W świadomości współczesnej Polonii zanikają lub już nie istnieją miejsca, które w przeszłości były głównymi ośrodkami polskości w Chicago. Lubimy pamiętać o tzw. Polskim Trójkącie, ale wypieramy ze świadomości istnienie biednych robotniczych polonijnych dzielnic, jak Back of the Yards, The Bush czy opisane przez Panią Hegewisch. Dlaczego warto podtrzymywać pamięć o tych polskich niegdyś dzielnicach?

– Kiedy spotykam się z czytelnikami, jak choćby na niedawnym festiwalu Taste of Polonia, wielu z nich jest zaskoczonych, kiedy słyszą o Hegewisch. Pytają, gdzie leży ta dzielnica Chicago i co się w niej działo. A przecież to była prawie zupełnie polska okolica. Mieszkali tam ludzie, którzy mieli swoje historie, pozostawili po sobie ślady. Warto je odnajdywać i opisywać. Pisząc o Hegewisch ocalam przed zapomnieniem te historie i polską tożsamość dzielnicy. Moja powieść to oczywiście fikcja, ale opisywane przeze mnie historie mogły się wydarzyć, a postaci i ich losy są wzorowane na prawdziwych ludziach. Moja prababcia pracowała jako kucharka w jednej z polskich tawern. W czasie prohibicji wejście do tawerny częściowo zarośnięte było trującym bluszczem. Wiedzieli o tym wtajemniczeni, czyli stali bywalcy, natomiast odstraszało to obcych i policję, która i tak rzadko kiedy zapuszczała się do Hegewisch. Mój wujek prowadził podczas prohibicji tawernę w Hegewisch. Wiele razy pytałam o to, czy w alkohol zaopatrywał ją Al Capone, czy odbywały się naloty agentów federalnych. Ale zdaje się, że szczytem ekscytacji były okazjonalne bójki. W okolicy istniał też skleo z narzędziami, w którym oczywiście nie dało się kupić żadnych narzędzi. Wiele takich smaczków umieściłam w mojej powieści, a są oparte na opowieściach i faktach, nie dałoby się ich wymyślić.

”Tied with Twine” to Pani pierwsza powieść. Czy planuje Pani jej kontynuację?

– Pracuję nad drugą częścią, której akcja dzieje się w Hegewisch w 1929 roku. Prohibicja jeszcze się nie skończyła, a nadciągnął Wielki Kryzys. Warunki życia stały się jeszcze trudniejsze, zapanowało bezrobocie i bieda. Sytuacja Polaków w Hegewisch była szczególnie trudna, bo dotychczas nie mieli praktycznie nic, a stracili i to, co mieli. Moja babcia i jej siostra chodziły na tory, żeby zbierać węgiel z przejeżdżających pociągów, by rodzice mogli rozpalić w piecu. Pewnego razu poszły tak daleko, że zastała je noc, więc spędziły ją śpiąc na kolejowym nasypie. W drugiej części mojej powieści znajdzie się wiele takich prawdziwych historii, które do dziś opowiada się w mojej rodzinie.

Czy rozważała Pani, żeby powieść przetłumaczyć na język polski? Jestem przekonany, że wzbudziłaby spore zainteresowanie wśród polskojęzycznych czytelników.

– Przyznam, że nie myślałam o tym aż do przyjazdu do Chicago na festiwal Taste of Polonia. Byłam zdumiona widząc, ilu mieszka w tym mieście Polaków, którzy wciąż mówią po polsku. Być może moja książka przybliżyłaby historię chicagowskiej Polonii także w Polsce. Przetłumaczenie jej na język polski to na pewno pomysł wart rozważenia.

Czy napisanie tej książki miało dla Pani wymiar osobisty?

– Dla mnie był to sposób pogodzenia się z tym, co wydarzyło się w moim życiu. Jak w większości rodzin, tak i w mojej zdarzyło się wiele tragedii, przeżyliśmy wiele traum. Moja babcia przechodziła okresy ciężkiej depresji, a ja jako mała dziewczynka nie wiedziałam, dlaczego tak się czuje. Dopiero kiedy uważnie przyjrzałam się mojej rodzinie i warunkom, w jakich przyszło jej żyć, zrozumiałam, dlaczego członkowie mojej rodziny byli często tak zgorzkniali, skąd w nich wzięło się tyle złości , strachu i poczucia winy. A dzięki temu lepiej i głębiej zrozumiałam samą siebie. Badając życie polskich imigrantów w latach 20. ubiegłego wieku, nabrałam dystansu do mojej rodziny i samej siebie. Podeszłam do moich przodków z empatią i współczuciem, a także zrozumiałam, że moje cierpienie nie było wcale większe niż ich ból. Dzisiaj nie wstydzę się tych ludzi, którzy nie potrafili czytać ani pisać, tych polskich babć z ich folklorem i przesądami. Uważam to wszystko za niezwykłe bogactwo i jestem zafascynowana moimi polskimi korzeniami.

Dziękuję za rozmowę.

gdziedzic@zwiazkowy.com

Zdjęcie: Grzegorz Dziedzic

Categories: Polonia, Wywiad

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*