Prowadź mnie, Światło

Prowadź mnie, Światło

Tak zaczyna się piękna i bardzo osobista modlitwa ułożona przez kardynała Newmana, a wybrana przez ojca Jana Górę, dominikanina, który zapalił dla Boga tysiące młodych serc. Mija

Urodził się 8 lutego 1948 roku w Prudniku koło Opola. Powołanie dojrzało w nim bardzo szybko. Jako chłopiec wyjeżdżał na wakacje do stryja, proboszcza niewielkiej parafii w diecezji tarnowskiej. W rodzinnym domu panowała atmosfera religijna. Lubił się modlić. Widział, jak matka codziennie odmawiała pacierz. W jednym z wywiadów wspominał, że będąc małym chłopcem, bawił się z kotem. Wtedy od starej kucharki Honoraty usłyszał prorocze słowa: „Jasiek, zostaw kota. Masz być księdzem”. I przygotowywał się do obrania tej drogi życiowej.

Jako osiemnastolatek, tuż po maturze, wstąpił do zakonu dominikanów. Studiował w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym Ojców Dominikanów w Krakowie. Tam w 1972 roku złożył śluby wieczyste, a dwa lata później przyjął święcenia kapłańskie. Skierowany został na parafię do Tarnobrzega. Miał także uczyć dzieci i pracować z młodzieżą. Nie dogadzało to jego ambicjom, chciał poświęcić się pracy naukowej, pisać. Udało mu się jednak nawiązać kontakt z młodzieżą.

Został przeniesiony do Warszawy. Łączył naukę ze służbą kapłańską i zakonną. Zawsze imponowali mu ludzie wykształceni, lubił się uczyć. Podjął studia w ATK w Warszawie. W 1981 roku uzyskał tytuł doktora teologii. Skierowano go do Poznania.

W Poznaniu był początkowo duszpasterzem młodzieży szkół średnich, potem duszpasterzem akademickim. Głosił rekolekcje, równocześnie pisał książki i felietony. Od 1987 roku wygłaszał kolokwia w klasztorze w Hermanicach. Był także płomiennym i gorącym kaznodzieją. Miał entuzjazm, fascynację Bogiem i potrafił zapalić nimi młodych. „Nikt nie może zapalać, jeśli sam nie płonie” – mówił. On płonął. Uważał także, że trzeba mieć odwagę i miłość. I szlachetną dumę pierwszych chrześcijan.

Łatwo nawiązywał kontakty z młodzieżą. Odkrył, że nie chce w nim widzieć kumpla, lecz ojca, że potrzebuje miłości i akceptacji, że chce mądrze i pięknie żyć. W nawiązaniu takich relacji pomogły mu przemyślenia Jana Pawła II. Ojciec Jan bardzo cenił naukę papieża i zawsze był jej wierny. Był przekonany, że to człowiek święty. Przyjaźnili się z papieżem serdecznie, ojciec Jan podziwiał go za umiejętność zatopienia się w modlitwie, za życie w Bogu, za bezgraniczną ufność, za piękno jego starości. To papież natchnął go pomysłem wprowadzenia młodzieży w trzecie tysiąclecie.

Umiał w każdych okolicznościach przemycić słowo Boże, zjednać sobie ludzi, pozyskać tych, którzy mogli pomóc, mogli sfinansować realizowane przez niego projekty. Dotarł do najbogatszych Polaków, znaczną sumę otrzymał także od papieża. Miał wiele sił i jeszcze więcej pomysłów, pomysłów szalonych, które realizował bez obaw, że mogą się nie udać. Czasem rzucano mu kłody pod nogi, posądzano o złe intencje. Urzędom i Kościołowi ojciec Góra zarzucał „pańskość”; żeby coś osiągnąć, trzeba się było w pas kłaniać. To co myślał, mówił zawsze wprost, bez retuszu.

W 1997 roku ojciec Jan Góra po raz pierwszy zaprosił młodzież na Lednicę koło Gniezna, w miejsce chrztu Polski. Dzięki jego staraniom ustawiono tam potężną, stalową Bramę-Rybę, Bramę III Tysiąclecia, przez którą młode pokolenie symbolicznie weszło w nowe milenium. Skromnie podkreślał, że Lednica jest dziełem Ducha Świętego i Jana Pawła II, on tylko dopomógł. Papież podsunął pomysł bramy, ojciec Jan zdecydował, by była to ryba.

Ojciec Jan planował otwarcie 4 czerwca 2016 roku na Polach Lednickich Bramy Miłosierdzia. Spotkania tego nie dożył. Zmarł 21 grudnia 2015 roku w Poznaniu. Zasłabł, odprawiając mszę św.

Tekst i zdjęcie: Jolanta Polaszk

Categories: Polonia, Religia

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*