Potrzeba bycia potrzebnym. Pięć lat YCBMA

Potrzeba bycia potrzebnym. Pięć lat YCBMA

Pięć lat istnienia fundacji You Can Be My Angel to okazja do podsumowań, sporządzenia bilansu zysków i strat oraz  wyznaczenia kolejnych celów. Rozmowa z założycielami fundacji YCBMA, Katarzyną Romanowską, Małgorzatą Pachotą i Sławomirem Rachmaciejem.

Grzegorz Dziedzic: – Mija pięć lat istnienia fundacji You Can Be My Angel, której jesteście założycielami. Jakie odczucia i refleksje towarzyszą temu jubileuszowi?

Sławomir Rachmaciej: – Na pewno nie czujemy się zmęczeni, wręcz przeciwnie. Jesteśmy wciąż zaskoczeni, że z naszego pierwszego spontanicznego spotkania narodziło się dzieło, z którego jestem niezwykle dumny. Zaczynaliśmy jako laicy i amatorzy, czasami było łatwiej, czasami trudniej, ale dobrnęliśmy do pięciu lat działalności, w czasie których udało się wysłać na leczenie wiele chorych na raka dzieci.

Małgorzata Pachota: – Pamiętam naszą pierwszą zbiórkę w Copernicus Center. Zbieraliśmy na leczenie Marcinka Sporka. Podczas koncertu bracia Golcowie zaprosili nas na scenę, zagrali „Pieniądze to nie wszystko” i poprosili Polonię o wsparcie. Tak to się zaczęło. Nikt przed nami nie prowadził zbiórek w takiej formie, na koncertach, piknikach i rozmaitych imprezach. Prosiliśmy Polonię o wrzucenie do naszych puszek przysłowiowego dolara, a w ciągu pięciu lat udało się ich uzbierać ponad milion. Na początku pukaliśmy od drzwi do drzwi, nie znaliśmy prawie nikogo w polonijnym środowisku. Doszło nawet do tego, że podczas pierwszej zbiórki zignorowaliśmy konsula generalnego, bo nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to on.

Katarzyna Romanowska: – Od początku czuję się tak, jakbyśmy byli prowadzeni. Jakby ktoś z góry świecił latarką i wskazywał nam drogę. Żadne z nas wcześniej nie prowadziło jakiejkolwiek fundacji. Spotkaliśmy się przez przypadek i udało się stworzyć coś tak fantastycznego praktycznie z niczego. Przeglądaliśmy ostatnio zdjęcia z początków istnienia fundacji, wspominaliśmy osoby, które pomogły w jej powstaniu i dzieci, którym zdołaliśmy pomóc. Patrząc wstecz, wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. YCBMA to takie pięcioletnie dziecko, które już nauczyło się chodzić, a teraz czas wysłać je do szkoły.

O jakie doświadczenia jesteście bogatsi po pięciu latach prowadzenia fundacji? Czego się nauczyliście?

Katarzyna Romanowska: – Ja zawsze wierzyłam w ludzi. Wychodzę z założenia, że ludzie z natury są dobrzy. Nauczyłam się jednak, że czasem boją się pomóc, albo podchodzą do fundacji z dużą rezerwą. Nauczyłam się, jak rozmawiać z takimi ludźmi. Też tego, żeby uśmiechać się nawet wtedy, kiedy jest kiepsko. O sobie dowiedziałam się, że jestem silna.

Sławomir Rachmaciej: – Zrozumiałem, że prowadzenie fundacji wymaga biznesowego planowania. Kiedy zaczynaliśmy działalność, miałem ochotę pomagać, ale obawiałem się, że nie wystarczy mi na to czasu. Okazało się, że jeśli chcę, to czas zawsze znajdę. Zrobiłem się też odważny. Na początku trudno było mi poprosić o pomoc dla dzieci, teraz nie mam z tym żadnego problemu. Nauczyłem się wiary w ludzi. Ludzie chcą pomagać, a naszym zadaniem jest dotrzeć do nich i pokazać, jak mogą pomóc.

Pochwalcie się. Co udało się osiągnąć? Ile dzieci wysłaliście na leczenie?

Katarzyna Romanowska: – Zebraliśmy pieniądze na leczenie 35 dzieci, ale zdarzało się, że leczenie okazywało się tańsze niż planowano i zostawały pieniądze, a wtedy przekazywaliśmy je innym potrzebującym dzieciom. Ja osobiście cieszę się, że wzbudzamy sympatię. Mam czasem obawy, czy fundacji nie jest za dużo, ale okazuje się, że jeśli czasem zabraknie nas na jakimś polonijnym wydarzeniu, potem pada pytanie „Co się stało? Gdzie były Anioły?”. Fundacja to też szansa dla wolontariuszy, żeby poczuć się częścią czegoś większego. Mogą utożsamić się z grupą i wnieść swoją cząstkę dobra. To poczucie przynależności jest na obczyźnie szczególnie ważne.

Małgorzata Pachota: – Ktoś może powiedzieć, że pomoc 35 dzieciom przez pięć lat to niewiele. Ale proszę pamiętać, że nasza fundacja działa na zasadzie wolontariatu. Od dwóch lat Kasia ma dwa dni etatowej pracy dla fundacji, ale cała reszta pracuje za darmo. Wierzę, że kiedyś znajdzie się sponsor, który pokryje jeden lub dwa całe etaty. Wtedy nasze pomaganie zyska o wiele większy zasięg. Pomysłów mamy mnóstwo, a dzieciaków, którym trzeba pomóc jest jeszcze więcej.

Wasza trójka stanowi rdzeń fundacji. Jakie są wasze role w YCBMA?

Katarzyna Romanowska: – Najważniejsi są wolontariusze. Istnieje grupa najbardziej aktywna, na którą można liczyć zawsze i wszędzie, to około 30 osób, a wszystkich Aniołów jest ponad dwa razy więcej. Każdemu, kto się angażuje, z całego serca dziękuję. Nasza trójka jest najbardziej widoczna, ale nie dalibyśmy rady prowadzić fundacji bez wielu Aniołów działających z drugiego szeregu, jak choćby naszej księgowej Beaty Szaflarskiej. Bez jej wkładu nie wyobrażam sobie, żeby to miało działać. Jeśli chodzi o naszą trójkę, to ja jestem najbardziej emocjonalna, Gosia – oszczędna i racjonalna, a Sławek – najbardziej energiczny i wygadany. Uzupełniamy się.

Małgorzata Pachota: – Kasia jest najbardziej rozpoznawalna, jest prezesem i twarzą fundacji, ale tak naprawdę wszyscy jesteśmy tu od wszystkiego. Decyzje podejmujemy wspólnie. Kiedy jest potrzeba, roznosimy ulotki, rozwieszamy plakaty i sprzątamy po imprezach. Kilka lat temu usłyszeliśmy, że fundację mogą założyć jedynie osoby znane lub bogate. A okazało się, że nie, że wystarczą chęci i dużo pracy.

Sławomir Rachmaciej: – Kiedy zaczynaliśmy pracowałem w branży handlowej i było mi łatwo dotrzeć do firm, które dostarczały nam jedzenie na imprezy, więc w sposób naturalny zajmowałem się zaopatrzeniem. Teraz, po kilku latach, każde z nas może to robić, bo te szlaki są już przetarte.

Co wy macie z tego pomagania?

Sławomir Rachmaciej: – Ja pochodzę ze wsi, z wielodzietnej rodziny, mam siedem sióstr i trzech braci. U nas w domu pomaganie sobie nawzajem było podstawą. Nauczyli nas tego rodzice. Nie mieliśmy pieniędzy, ale mieliśmy mnóstwo miłości. Pomagania nauczyłem się od mojego taty, który zawsze był dla mnie wzorem. Po nim mam to, że wolę dawać niż dostawać. Pomaganie pomaga mi żyć. Sprawia, że mój tato jest ze mnie dumny, a ja patrząc na swoje odbicie w lustro mogę sobie powiedzieć – robisz dobrą robotę Sławek.

Małgorzata Pachota: – Ja mam podobnie. Nie mam problemu z dawaniem, a mam z braniem. Pomagam z potrzeby serca i często czuję się skrępowana, kiedy ktoś za tę pomoc dziękuje. Nie oczekuję niczego w zamian. Wystarczy mi świadomość, że dzięki mojemu działaniu jakieś dziecko w dalekiej Polsce ma szansę przeżyć.

Katarzyna Romanowska: – Każdy z nas rodzi się z potrzebą bycia potrzebnym. Działalność w fundacji sprawia mi ogromną radość. U mnie w rodzinnym domu też zawsze się pomagało, a teraz ja mam szansę przekazać tę postawę i nauczyć pomagania swoje dzieci. Dzięki YCBMA otaczam się dobrymi ludźmi i czuję się spełniona. Czuję, że jestem w dobrym miejscu.

Kontynuujmy  ten bilans. Powiedzieliście już o zyskach, a jakie są straty?

Katarzyna Romanowska: – Najtrudniej jest, kiedy odchodzą dzieci. Troje „naszych dzieci” zmarło. Mnie zawsze bardzo to dotyka. Pamiętam jak umarł Iwo. Byłam akurat w biurze w Copernicus Center. To był dla mnie taki szok, że usiadłam na podłodze i nie mogłam wstać. Człowiek staje na głowie, robi co może, a nagle dziecka nie ma. Zmarła też Alicja i Klaudia. Wtedy przychodzi taki moment, kiedy myślisz – „po co?”. Wyrzucałam sobie potem, że może nie zrobiliśmy wszystkiego, że może powinniśmy byli się bardziej postarać. Po śmierci Alicji zadzwoniłam do kliniki do Niemiec. Pamiętam, że byłam dla lekarza nieprzyjemna, a on powiedział – „wybraliście neuroblastomę, najgorszy z możliwych raków, zabójcę dzieci”.

Jaka jest osobista cena, którą płacicie za pomaganie?

Małgorzata Pachota: – Zupełnie nie mam czasu na moją pasję – fotografię. Ostatni raz na wakacjach byłam przed powstaniem YCBMA. Znajomi przestali do mnie dzwonić i zapraszać mnie na urodziny albo grilla. Wiedzą, że i tak nie przyjdę, bo biegam gdzieś z puszką. Mój czas jest tak wypełniony, że nie mam czasu myśleć, co tracę.

Sławomir Rachmaciej: – Najbardziej przykre są momenty, kiedy spotykamy się z ludzką znieczulicą. Najwięcej krytyki słyszymy od ludzi, którzy sami nie robią nic, a nas mierzą swoją miarą.

Katarzyna Romanowska: – Za każdym razem, kiedy dostajemy jakąś nagrodę czy wyróżnienie, spotykamy się z hejtem. Kiedy dostałam od „Dziennika Związkowego” tytuł Człowieka Roku, rozdzwoniły się telefony. Różne telefony, te mniej przyjemne zazwyczaj z zastrzeżonych numerów. Od ludzi, którzy się nie przedstawiają. To co usłyszałam nie nadaje się do druku. W takich momentach przypominam sobie słowa ojca Piotra Kochanowicza, który przestrzegał nas przed ciemną stroną pomagania. Takie sytuacje na chwilę podcinają skrzydła, ale mamy siebie nawzajem i kiedy trzeba, pomagamy sobie nawzajem stanąć na nogi.

Pięć lat minęło. Gdzie widzicie YCBMA za kolejne pięć?

Katarzyna Romanowska: – Marzy nam się oddział YCBMA w Polsce. Dobrze byłoby zacząć działać w Nowym Jorku, Kalifornii, Arizonie – wszędzie tam, gdzie mieszkają Polacy. Jesteśmy już kojarzeni, ludzie nas rozpoznają. Zawsze powtarzam, że lepiej jest jeść małą łyżeczką, żeby się nie udławić, ale wierzę, że jesteśmy prowadzeni i czuję, że nadchodzi czas rozwoju.

Sławomir Rachmaciej: – Potrzebna jest restrukturyzacja, chciałbym, żebyśmy nie skupiali się tylko na zbieraniu do puszek, bo to sprawia, że wielu ludziom kojarzymy się z fundacją „żebrzącą”. A przecież na amerykańskim rynku istnieją organizacje charytatywne wspierane przez potężne koncerny. Chciałbym, żeby o YCBMA usłyszeli Amerykanie i żebyśmy weszli na kolejny, nowy pułap działalności.

Komu pomagacie teraz?

Katarzyna Romanowska: – Zakończyliśmy zbiórkę dla Weroniki. Dochód z niedzielnego koncertu organizowanego na pięciolecie YCBMA przeznaczony zostanie na leczenie Szymonka, chłopca z neuroblastomą, który musi pojechać do kliniki do Niemiec. Mam nadzieję, że na koncert przyjdzie bardzo dużo ludzi i wesprze Szymonka.

Małgorzata Pachota: – Zapraszamy całą Polonię. I dziękujemy, że od pięciu lat pomagacie nam pomagać.

Dziękuję za rozmowę.

gdziedzic@zwiazkowy.com

Na zdjęciach od lewej: Małgorzata Pachota, Sławomir Rachmaciej i Katarzyna Romanowska

fot.arch. Fundacji YCBMA

Categories: Polonia, Wywiad, Wywiady

Comments

  1. Stella
    Stella 7 kwietnia, 2018, 19:13

    Pamietajcie, ze bialy aniol to nie bialy tulipan.
    Tulipan jest pieknym kwiatem ale szybko wiednie, a aniol z pomoca Boga wzbije sie w gore nawet gdy falszywi ludzie sa wsrod nas.Sezon tulipanow juz sie konczy. Tulipan opadl a Wy unoscie sie w gore i ratujcie kogo tylko mozecie. Bog jest z Wami.
    Powodzenia i nigdy nie tracmy wiary.

    Reply this comment
  2. Yaroon
    Yaroon 8 kwietnia, 2018, 01:55

    Życzę powodzenia i pamiętajcie, że „towarzyszem” anioła jest zawsze diabeł, dobra-zło, tworzenia-destrukcja. Mieszkam w Polsce i nie słyszałem o podobnej fundacji. Oczywiście są fundacje dla poszczególnych dzieci ale takich ogólnych jakoś nie widziałem. Warto to rozszerzać na Polonię, gdyż twierdzę, że w jedności nasza siła. Przytoczę wam wielce pouczającą opowieść:
    Pewien człowiek chodził po plaży i zbierał meduzy, które morze wyrzuciło na brzeg. Cała plaża była pokryta meduzami. Podszedł do niego młodzieniec i zapytał: po co to robi, że to bez sensu, gdy wrzuci kilkaset meduz do morza, reszta i tak wyschnie na słońcu. Starszy człowiek nie przerywając pracy wziął meduzę i wrzucił do morza, po czym powiedział: Powiedz to tej meduzie, którą wpuściłem do morza, że to co robię jest bez sensu.

    Reply this comment
  3. Ewa
    Ewa 8 kwietnia, 2018, 05:51

    Byłabym chętna jako wolontariusz włączyć się w pracę w organizacji. . Czy potrzebujecie takiej pomocy???

    Reply this comment

Write a Comment

Kliknij tutaj, aby anulować odpowiadanie.

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*