Polszczyzna nie do garbecia

O polonijnym dyktandzie i mitach dotyczących poziomu trudności języka polskiego, o pożytkach z ortografii i ewolucji polszczyzny, a także dlaczego dekarz jest lepszy od roofera – z sekretarz Rady Języka Polskiego Katarzyną Kłosińską rozmawia Grzegorz Dziedzic.

Profesor Katarzyna Kłosińska i Grzegorz Dziedzic fot.Dariusz Lachowski

Profesor Katarzyna Kłosińska i Grzegorz Dziedzic fot.Dariusz Lachowski

Pani Profesor, chyba każdy Polak słyszał, że nasz język jest jednym z najtrudniejszych na świecie. Można kupić koszulkę z napisem: „Mówię po polsku, jakie są twoje supermoce?”. Czy obnosząc się z umiejętnością władania arcytrudnym językiem, mówimy prawdę?

Katarzyna Kłosińska: – Nie. Oczywiście polski jest trudny jako język obcy, czyli dla ludzi, którzy nie rozmawiają tym językiem w domu, tylko przyjeżdżają do Polski albo zapisują się na kurs. I rzeczywiście polski jest trudniejszy, przynajmniej na początkowym etapie niż np. angielski, gdyż trzeba uczyć się odmiany wyrazów, czego w angielskim nie ma. Ale coś za coś. Jak ktoś nauczy się po polsku odmieniać, to potem nie ma problemu ze składnią, czyli konstruowaniem zdań. W języku angielskim występuje większa trudność, jeżeli chodzi o składnię, relacje nadrzędno–podrzędne.

Polski nie jest chyba łatwiejszy od angielskiego?

– Język angielski jest łatwy na samym początku, potrzeba trzech miesięcy, żeby się w nim jako tako porozumiewać. Natomiast z polskim zajmuje to około roku. Nie jest prawdą, że polski jest wyjątkowo trudny.

Drugi po chińskim…

– Nie, to są jakieś mity. Zależy też dla kogo, nie jest w ogóle trudny dla Polaków, osób, które posługują się nim w domu. Dla Rosjanina czy Czecha będzie językiem łatwym, a dla Chińczyka już nie.

Jesteśmy świeżo po polonijnym dyktandzie. Czy ortografia jest nam w ogóle – oprócz gnębienia uczniów – do czegokolwiek potrzebna? Czy nie łatwiej byłoby ujednolicić pisownię, pozbyć się wyjątków? Po co nam „ó”?

– Jeżeli byśmy zlikwidowali „ó”, a wszędzie na jego miejsce wprowadzili tylko „u”, to za chwilę byśmy nie widzieli związku pomiędzy krową, a krówką, nie tylko wyrazowego, ale i znaczeniowego. Inaczej mówiąc, słowa jakoś by się odrywały od siebie, a tak – mając świadomość, że istnieje jakaś rodzina wyrazów – łatwiej jest nam się porozumiewać. Łatwiej nam zrozumieć ten język i świat, który jest za pomocą języka opisywany. Natomiast można by się zastanowić, i Rada Języka Polskiego nad tym rozmyśla, aby ujednolicić pisownię małą i dużą literą, czy łącznie – rozdzielnie. Tutaj jest dużo niekonsekwencji, nie ma uzasadnienia w etymologii wyrazów czy w związkach między nimi.

Na przykład jakich wyrazów?

– Nazwy mieszkańców państw (Polak) piszemy dużą, a już miast (chicagowianin) – małą literą. Obie nazwy można by pisać małą albo wielką – raczej wielką – literą. Jeżeli mielibyśmy przeprowadzić reformę ortografii, to trzeba by to zrobić raz a dobrze, a nie po kawałku. Inaczej ludzie by zgłupieli, co chwilę by się coś zmieniało.

Język polski, tak jak inne języki, jest żywy, zmienia się, ewoluuje. Jakie tendencje zauważa pani w tych zmianach? Jakim polskim będą mówić i pisać wnuki współczesnego Kowalskiego?

– Tego nie wiem. Zawsze język idzie w takim kierunku, jak tego chcą jego użytkownicy. To zależy od tego, jaki będzie świat za te 50 czy 70 lat. Na pewno będzie stechnicyzowany, cyfryzacja jest procesem, który się dzieje. I ona wpływa na to, w jaki sposób funkcjonują nasze mózgi; stajemy się nastawieni na odbiór obrazków, a nie tekstów, w związku z czym ten język będzie może dążył do uproszczenia, tak jak to się dzieje w internecie. Powstają różne znaczki, emotikony, które zastępują całe wyrażenia. Być może w tym kierunku te zmiany pójdą.

Przebywając z wizytą w Chicago – jak ocenia pani polszczyznę Polonii? Co razi, a co jest miłym zaskoczeniem?

– Miłym zaskoczeniem jest to, czego doświadczam od pięciu lat. Dyktando odbyło się po raz piąty. Poziom, jeśli chodzi o ortografię, jest bardzo wysoki, tzn. to jest taki poziom jak u Polaków, którzy mieszkają w Polsce. Można powiedzieć, że jeżeli pojawiają się błędy, to są to te same błędy jak na dyktandzie przeprowadzonym w Warszawie czy Krakowie. Więcej jest w języku Polonii zapożyczeń z angielskiego, co jest naturalne, bo tutaj Państwo mieszkają. Łatwiejsze wydaje się użycie słowa anglojęzycznego niż polskiego w danym kontekście. Chociaż dobrze byłoby – myślę – gdyby był to wyraz rodzimy.

Od której z form specjalistce od ojczystego języka bardziej puchną uszy: trafik na hajłeju czy wyrzucić coś do garbecia?

– Właśnie, język Polonii amerykańskiej jest opisywany naukowo, uważa się go za osobny system językowy. Oczywiście ja bym zachęcała, żeby nie mówić o hajłeju, tylko o autostradzie, nie garbeć, tylko śmietnik, ale są to zjawiska w jakiś sposób nieuniknione. Jeśli ktoś tak bardzo wsiąka w tę społeczność tutaj, to w pewnym momencie traci wrażliwość na polszczyznę, ale dobrze, żeby jej nie zatracił całkowicie.

Czyli roofera, z ogłoszeń o pracę, możemy warunkowo dopuścić?

– To nie jest tak, że my coś dopuszczamy. Ja bym była za tym, żeby w gazecie, która jest przeznaczona dla Polaków i pisana w języku polskim, nawet w Chicago, pojawiał się „dekarz”, a nie „roofer”. To jest słowo żargonowe. Należy zrozumieć tych, którzy tego słowa używają, często nie znają innego słowa na określenie osoby, która pracuje na dachu.

Czyli możemy przyjąć, że „trafik na hajłeju” jest regionalizmem używanym przez Polaków w Chicago?

– Tak. To jest może nie regionalizm, ale wyrażenie gwarowe.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Grzegorz Dziedzic

Zdjęcie główne: Katarzyna Kłosińska fot.Dariusz Lachowski

 

Categories: Polonia, Wywiad, Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*