Polski trzeba uczyć się od nowa

Polski trzeba uczyć się od nowa

O powrocie z emigracji, szoku kulturowym i procesie powtórnego przyzwyczajenia się do polskiej rzeczywistości z psychologiem dr Magdaleną Leszko rozmawia Grzegorz Dziedzic.

Grzegorz Dziedzic: Wróciła Pani z emigracji w USA do Polski. Czy to był łatwy powrót?

Magdalena Leszko fot.arch. Magdaleny Leszko

Magdalena Leszko: Do Polski wróciłam rok temu, po pięciu latach w Stanach Zjednoczonych. Jako psycholog zdawałam sobie sprawę z istnienia pewnych procesów emocjonalnych, na jakie narażeni są wracający po długim pobycie emigranci. Przeszłam też szkolenie dla studentów przyjeżdżających do USA z różnych zakątków świata, więc można powiedzieć, że posiadałam wiedzę o fazach przystosowania się do życia w Stanach, a potem do powrotu do kraju. Pierwsza faza, zaraz po powrocie, nosi nazwę miesiąca miodowego. Polega ona na tym, że osoba, która odwiedza kraj, albo wraca do niego po dłuższej nieobecności, na początku jest zachwycona. Zmiany, które zastałam w Polsce, były dla mnie fascynujące. Od mojego wyjazdu wiele się zmieniło, bardzo ucieszyło mnie to, że zainwestowano w modernizację kraju, że powstały nowe, ciekawe miejsca. O moim powrocie dowiedzieli się znajomi i przyjaciele, więc pierwsze dni i tygodnie upływały na miłych spotkaniach, wspomnieniach i rozmowach ze znajomymi i rodziną. Wróciłam, ale generalnie czułam się jak turystka.

Czyli na początku powracający emigrant chłonie Polskę. Wszytko jest ekscytujące i warte spróbowania, a rzeczywistość widziana jest jeszcze przez różowe okulary. Dobrze to rozumiem?

– To jest spokojny czas – zachwytu i zadowolenia. Spostrzegamy przede wszystkim fascynujące i pozytywne aspekty.

Czy miesiąc miodowy jest związany z mechanizmem, który każe nam na emigracji idealizować kraj, z którego wyjechaliśmy? Po jakimś czasie zapominamy, dlaczego wyjechaliśmy?

– Z pewnością tak. Znam wielu Polaków mieszkających w Stanach Zjednoczonych, którzy mają nierealistyczny, wyidealizowany obraz Polski. Mechanizm idealizacji kraju, z którego wyjechaliśmy, będzie tym silniejszy, im większa jest rozpiętość pomiędzy jakością naszego życia w obu tych krajach. Na przykład jeśli ktoś w Polsce miał bardzo dobrą pracę i wielu znajomych, ale zdecydował się na wyjazd do Stanów Zjednoczonych ze względu na partnera lub partnerkę, a po przyjeździe okazało się, że bardzo trudno jest tej osobie znaleźć porównywalnie satysfakcjonującą pracę i nowych znajomych, to wówczas tęsknota za krajem i idealizacja będzie duża. Większa niż w przypadku osób, które napotykały w Polsce wiele trudności, a w Stanach dzięki ciężkiej pracy odniosły sukces i są zadowolone z rezultatów swoich decyzji.

Jak długo trwa reemigracyjny miesiąc miodowy?

– W literaturze fachowej określa się długość jego trwania na dwa do ośmiu tygodni, choć u niektórych może trwać do kilku miesięcy. Jeżeli w tym czasie wrócimy do kraju, z którego właśnie przyjechaliśmy, zabierzemy ze sobą głównie pozytywne wrażenia. Jeśli zostaniemy, to po upływie tego początkowego przyjemnego okresu zmuszeni będziemy skonfrontować się z rzeczywistością.

Co dzieje się, kiedy mija?

– Po fazie miesiąca miodowego następuje dość przykra weryfikacja naszych zachwytów, zderzenie rzeczywistości z oczekiwaniami. Dochodzi do nas, że nie jesteśmy turystami i trzeba załatwić różne urzędowe sprawy. Dla rodziny i przyjaciół też nie jesteśmy już tak atrakcyjni i się do nas przyzwyczajają. Jeśli chodzi o znajomych, to może dosyć szybko okazać się, że niektóre z przyjaźnie nie wytrzymały próby czasu. Przychodzą też obowiązki dnia codziennego. Zaczynamy porównywać zwyczaje lub funkcjonowanie urzędów. Ja również wpadłam w pułapkę porównywania po sześciu tygodniach życia w Polsce. Porównywałam wiele rzeczy i dochodziłam do wniosku, że w Stanach wiele spraw da się załatwić znacznie łatwiej i szybciej. To porównywanie wywoływało we mnie rosnącą frustrację.

Wracamy po latach do kraju. Przechodzimy miesiąc miodowy, a po nim bolesne zderzenie z codziennością. Jaka jest następna faza?

– Niektóre źródła podają, że po tym chwilowym obniżeniu nastroju i narośnięciu frustracji, następuje ożywienie. Ożywienie nie jest może najbardziej fortunnym określeniem, ale dobrze opisuje to, co się z nami dzieje. Kiedy już otrząsnęłam się z frustracji i obniżonego nastroju, postanowiłam, że zacznę intensywnie działać, miałam już dosyć tego marazmu i porównywania, chciałam w jak najlepszy sposób wykorzystać to, czego nauczyłam się, żyjąc w Stanach Zjednoczonych. Zaczęłam działać i szukać pomysłu na siebie. Poznałam nowych ludzi i cieszyłam się tymi znajomościami, zaangażowałam się w pracę nad kilkoma projektami. Pojawiła się rutyna i nowe nawyki, a z nimi uspokojenie. Zaczęłam dostrzegać coraz więcej zalet powrotu. Po około roku weszłam w fazę dopasowania, czyli zaczęłam żyć już bez wrażenia, że jestem tu tylko przejazdem. U każdego te fazy mogą mieć inną długość, nie muszą też następować po sobie w tej kolejności. Po dopasowaniu może pojawić się okres, kiedy bardzo tęsknimy i który wywołuje wiele wspomnień. U mnie taki dzień nadszedł czwartego lipca, w amerykański Dzień Niepodległości. Nie potrafiłam nie myśleć wtedy o Ameryce jako o moim drugim domu.

Czy da się uniknąć porównywania, kiedy przenosimy się z jednej rzeczywistości do innej? Czy nie zaczynamy porównywać automatycznie, bez udziału woli?

– Da się, choć jest to bardzo trudne. Kluczowym słowem jest „automatycznie”, bo tak to się właśnie odbywa. Jednak jako ludzie możemy zdać sobie sprawę z tych automatycznych procesów, czyhających na nas pułapek i starać się je kontrolować. Porównując do siebie dwa kraje, zawsze jeden stawiamy na lepszej, a drugi na gorszej pozycji. To, co staram się praktykować, to obserwowanie tych różnic, bez oceniania ich. Po angielsku nazywa się to mindfulness, w Polsce często tłumaczone jako „uważność”. Więc mówię sobie – wróciłam do Polski, wiele rzeczy się zmieniło, nie zawsze wszystko wygląda tak, jakbym tego chciała, ale postaram się zrobić to, co mogę, używając zasobów, które posiadam. Myślę, że to zdrowsze podejście niż frustracja i narzekanie na wszystko, co nas otacza.

Zajmijmy się zatem okresem zderzenia powracającego emigranta z rzeczywistością. Z czym najczęściej muszą zmierzyć się powracający do Polski Polacy?

– To, z czym trzeba się zmierzyć, w dużej mierze zależy od tego, czy nasz powrót do kraju jest spowodowany naszą świadomą i nieprzymuszoną decyzją, czy wynika on raczej z sytuacji, która nie była planowana. Z innymi aspektami rzeczywistości będzie musiała zmierzyć się osoba, która wraca do Polski z oszczędnościami i chce założyć tu firmę, a z innymi osoba, która wróciła, aby opiekować się chorym rodzicem. Ogromne znaczenie ma również długość pobytu za granicą, wiek reemigranta oraz posiadanie wsparcia bliskich. Gdybym miała w skrócie odpowiedzieć na to pytanie, to powiedziałabym, że musimy zmierzyć się z samym sobą, z tym, jak spostrzegamy różne sytuacje i jak na nie reagujemy.

W tej fazie pojawia się także tęsknota za pozostawionymi na emigracji przyjaciółmi i przychodzi świadomość, że prawdopodobnie nie zobaczę ich przez dłuższy czas. Na szczęście dzięki internetowi możemy w dużo większym stopniu zadbać o utrzymanie kontaktu.

PRZECZYTAJ TEŻ: Powrót w trzech smakach

Podobno szok kulturowy jest tym większy, im dłużej powracający emigrant przebywał za granicą.

– Szok kulturowy może wynikać z wielu czynników. Jeśli odwiedzaliśmy nasz kraj co rok, lub co kilka lat, to szok kulturowy nie będzie tak duży jak w przypadku osoby, która ostatni raz w ojczyźnie była 15 lat temu. Być może część zmian, które obserwujemy w Polsce, będzie nam odpowiadać, a część nie – i wówczas ten szok będzie bardziej dotkliwy, bo nasz obraz Polski nie odpowiada rzeczywistości. Zmienia się kraj, technologia, zmieniają się ludzie. To, co wydawało nam się być normą, przestaje obowiązywać. Rażą nas zachowania ludzi w codziennych sytuacjach. Rzeczywiście, im dłużej człowiek pozostaje za granicą, tym bardziej dotkliwe może być zetknięcie się z rzeczywistością w kraju.

Skoro już mowa o zmianach, to przecież emigracja zmienia też samego emigranta, i to na wielu poziomach. Często sami nie zauważamy tych zmian.

– Zgadza się. Przebywając na emigracji, pewne rzeczy bierzemy za pewnik. Podam trywialny przykład – po przyjeździe do Stanów przyprawiałam pizzę ketchupem, bo tego nauczyłam się w Polsce. U moich amerykańskich znajomych wywoływało to zdziwienie. A w Polsce tak się po prostu robi. Żyjąc w dwóch kulturach, bierzemy z każdej to, co w nich najlepsze, najbardziej dla nas korzystne. Ja z Ameryki przyjechałam nauczona pewnych rozwiązań, dzięki którym w pracy mogę działać szybciej i skuteczniej. Nie zauważam, że je stosuję, po prostu to robię. Uczymy się pewnych zachowań, będących normą na emigracji, a po powrocie bezwiednie je stosujemy. Do dziś wchodząc do restauracji w Polsce czekam, aż podejdzie do mnie kelner i zaprowadzi do wolnego stolika. W Stanach to norma, a w Polsce patrzą na mnie ze zdziwieniem, dlaczego stoję zamiast usiąść. Reasumując, mimo że jesteśmy Polakami wychowanymi w Polsce, po powrocie z emigracji musimy się jej trochę od nowa uczyć.

Z kim rozmawiać o naszych emigranckich rozterkach? Może się okazać, że nasi najbliżsi i przyjaciele nie mają tego rodzaju doświadczeń i nie wiedzą, jak nam pomóc.

– Rzeczywiście, nie posiadając takich doświadczeń, trudno komuś pomóc. Z tego co wiem, w dużych miastach istnieją grupy wsparcia dla osób powracających z zagranicy. Spotykają się tam ludzie, których łączy wspólnota doświadczeń. Dzięki technologii możemy też poszukać wsparcia wirtualnego. Jestem przekonana, że w mediach społecznościowych istnieją grupy i społeczności emigrantów, którzy wrócili do Polski. Wśród obcych łatwiej jest wyrzucić coś z siebie. W końcu warto odwiedzić specjalistę. W Polsce niestety pokutuje co prawda stereotyp, że do psychologa chodzą ludzie z problemami psychicznymi, ale proszę pamiętać, że profesjonaliści rozpoznają fazy procesu adaptacyjnego i podpowiedzą, jak sobie z nimi radzić.

Jak zatem radzić sobie po powrocie? Co zrobić, żeby nasza frustracja nie osiągnęła punktu, w którym pakujemy się i znowu emigrujemy?

– Nie ma żadnej złotej rady, która pasuje do każdego. Możemy złagodzić proces powrotu do kraju przez stosowanie kilku kroków. Najważniejsze jest wyzbycie się albo nieposiadanie wygórowanych oczekiwań. To odnosi się zresztą do każdego aspektu naszego życia. Rzeczywistość, którą zastajemy w Polsce, może okazać się nieprzystająca do oczekiwań, często wygórowanych i nierealistycznych.

Być może złościło nas wiele zwyczajów panujących w Stanach Zjednoczonych, ale na pewno były też takie, które nam odpowiadały i będziemy za nimi tęsknić. Polecam, aby zachować relacje z osobami, z którymi w Stanach łączyły nas dobre stosunki, które dodały coś dobrego do naszego życia. A przede wszystkim, nie zamykać się w sobie z naszymi emocjami. Dobrze jest zadbać o siebie i swoje potrzeby, mówić o tym, co się dzieje, nie tłumić emocji i reakcji na otoczenie. W innym wypadku przypłacimy to wzrostem frustracji, problemami psychosomatycznymi, a nawet depresją. Należy pamiętać, że decyzję o powrocie podjęliśmy z jakiegoś powodu, i powtarzać sobie, że jesteśmy tu z tego właśnie powodu i damy sobie radę, korzystając z zasobów, które mamy. Nic nie jest stałe, więc jeśli nawet teraz czujemy tęsknotę i mamy obniżony nastrój, pamiętajmy, że to minie.

Dziękuję za rozmowę.

Magdalena Leszko – doktor nauk humanistycznych, psycholog i gerontolog, stypendystka Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta. Na co dzień pracuje jako nauczyciel akademicki i psychoterapeuta, a także prowadzi blog i grupę wsparcia dla opiekunów osób chorujących na demencję. Jej pasją są podróże, joga i koty.

Categories: Polonia, Wywiad, Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*