Polityka – duże, brudne, źle kojarzące się słowo – dotyczy nas wszystkich

Polityka – duże, brudne, źle kojarzące się słowo – dotyczy nas wszystkich

Rozmowa z Anną Góral, kandydatką na radną miejską w Chicago

Anna Góral fot.arch. Anny Góral

Anna Góral fot.arch. Anny Góral

Czym jest dla Pani polityka?

Anna Góral: – Słowo polityka kojarzy mi się z wielką niesprawiedliwością, z wielkimi powiązaniami, z wielkim biznesem. Polityka to nic innego jak decydowanie, kto jest dla ciebie ważniejszy: czy ludzie, których reprezentujesz jako polityk, czy może duży biznes i jego interesy. To wybór między lojalnością wobec wyborców a lojalnością wobec korporacji.

Polityka ma jednak wiele poziomów. Polityka lokalna znaczy dla mnie zupełnie co innego niż ta na szczeblu federalnym. To praca na najniższym poziomie, w miejscu zamieszkania, w swoim okręgu, z którego jest się wybranym. To reprezentowanie tych, który oddali na ciebie głos. Decydowanie o rozwoju okręgu, o skali przestępczości w jego obrębie, decydowanie o tym, jakie mamy szkoły i jak pieniądze, które każdy okręg dostaje co roku – a jest to kwota około 1,3 mln dol. – są wydawane. Chodzi o sprawiedliwe rozdysponowanie tym funduszem.

 

Mówi Pani, że polityka kojarzy się Pani z niesprawiedliwością, a mimo wszystko decyduje się Pani na to, by być jej częścią.

– Od lat jestem społecznikiem, od lat udzielam się na różnych szczeblach polityki i uważam, że takich ludzi jak ja – zaangażowanych w sprawy nie tej dużej polityki, tylko tej – nazwijmy ją – małej – nie ma wielu. Jeśli będzie nas więcej, wówczas zaczniemy od własnego podwórka, a później będzie szansa także i na porządkowanie polityki na wyższych poziomach.

 

Nie zniechęciły Pani dotychczasowe doświadczenia, eksperymentowanie z polityką?

– Wręcz przeciwnie! Ta lekcja, którą wyniosłam, nauczyła mnie, że nie mogę się poddawać. Pierwszy raz jak się idzie do polityki, to człowiek sam się musi sprawdzić. Kiedy po raz pierwszy kandydowałam, spotkałam się z takim zdaniem, że po co mi to, skoro i tak nie wygram. Myślę, że przez te wszystkie lata sprawdziłam się i doszłam do wniosku, że polityka nie jest czymś, co powinnam zarzucić, bo to mnie mobilizuje do jeszcze większej walki.

 

Czyli postrzega Pani swoje kandydowanie jako walkę?

– Tak, ale nie jest to walka o mnie. To walka o ludzi i dla ludzi, których się chce w przyszłości reprezentować. Jest to nierówna walka z całym establishmentem, korupcją, z tymi wszystkimi niesprawiedliwościami. Jedna osoba nic nie znaczy, ale ktoś musi zacząć, by mogło się to rozszerzyć na inne pola polityki. Jest już w naszym mieście grupa tak zwanych progresywnych polityków, którzy często sprzeciwiają się obecnemu burmistrzowi. Zanim zagłosują nad ustawami, które dyskutuje się w radzie miasta, spotykają się z ludźmi, pytają ich o zdanie i w zależności od tego, co chcą ich wyborcy – tak głosują.

 

Polityka oznacza pieniądze, bo to one, a nie programy, wygrywają kampanie…

– Całkowicie się z tym zgadzam. Poprzednie wybory były tego najlepszym przykładem. Wydałam ogromną ilość pieniędzy, swoich pieniędzy. Pieniądze są prawdopodobnie jednym z najważniejszych elementów kampanii wyborczej, ale obok nich trzeba mieć takie przesłanie, które trafia do ludzi, kojarzy im się z tym, czego potrzebują i wymagają od swojego kandydata. Trzeba także mieć sztab ludzi, którzy wierzą w twój program, wierzą, że jesteś dobrym kandydatem i że przy ich pomocy możesz wygrać. Ja przy poprzednich wyborach miałam fundusze, miałam przesłanie, bo zrobiłam znakomitą kampanię wyborczą – czego najlepszym przykładem było aż 34 procent głosów, i to był najlepszy wynik jakiegokolwiek polonijnego kandydata od kilkudziesięciu lat – ale zabrakło mi wolontariuszy: tych ludzi, którzy by mi pomagali w takiej przyziemnej robocie jak roznoszenie ulotek, rejestrowanie ludzi do wyborów, zachęcanie, by poszli głosować, pomaganie mi w dzwonieniu do wyborców.

Anna Góral fot.arch. Anny Góral

Anna Góral fot.arch. Anny Góral

Rozumiem, że teraz to wszystko jest już gotowe?

– Nie, jeszcze nie do końca, bo kampanię dopiero zaczęłam. Ale poprzednie wybory pokazały mi, czego nie miałam i ucząc się na podstawie tego doświadczenia, wiem dokładnie, czego potrzebuję. W przypadku nowej kampanii wyborczej trzeba sobie zapracować na każdego wolontariusza; ja osobiście muszę go przekonać, że warto mi pomagać. Za mną nie stoi, tak jak w przypadku starych stażem polityków, sztab, dla którego jest to po prostu etatowa praca. Wcześniej nie przykładałam do tego tak wielkiego znaczenia. Uważałam, że mam pieniądze, dobre przesłanie, a więc powinno mi się udać. Przełożyło się to wprawdzie na dobry wynik wyborczy, ale nie na wygraną. Z perspektywy czasu wiem, że bez zaplecza organizacji politycznej, czyli w moim przypadku bez wolontariuszy, nie można liczyć na sukces.

 

Porozmawiajmy o przeciwnikach

– Jeśli popatrzymy na poprzednie wybory, to warto może przypomnieć, że radny Michael Zalewski z 23 okręgu wyborczego, czyli tego, z którego chcę ponownie startować, wygrał ze mną tylko kilkuset głosami. Uniknął, dzięki tej niewielkiej przewadze, ponownego spotkania się ze mną w kwietniowych wyborach.  Ale nie tylko o niego i jego syna, który jest stanowym reprezentantem, czy całą rodzinę obejmującą rządowe stanowiska, muszę się martwić. Także o wielu innych, którzy otaczają mój okręg wyborczy: z północy i ze wschodu radnego Burke’a, który ma za sobą silną organizację polityczną, z południa mam marszałka Izby Reprezentantów Michaela Madigana. Z każdej strony jestem otoczona ogromną siłą polityczną, z wielkim zapleczem finansowym. Na dobrą sprawę nie powinnam nawet odetchnąć w takim towarzystwie. A jednak… Jestem osobą trzeźwo patrzącą na świat. Gdybym nie była przekonana, że mogę wygrać wybory, nie startowałabym w tych wyborach.

 

Czego oczekuje Pani od polskiej grupy etnicznej?

– Mam nadzieję, że będziemy bardziej zmobilizowani, żeby głosować. Wyniki wszystkich wyborów, bez względu na to, jaki jest ich szczebel, pokazują, że nie głosujemy. Chciałabym, żeby Amerykanie polskiego pochodzenia zarejestrowali się do głosowania, żeby poszli głosować i żeby w końcu zrozumieli, że polityka – duże, brudne, źle kojarzące się słowo – dotyczy nas wszystkich! Polityka na ich lokalnym poziomie oznacza, jakie mają szkoły, jakie są podatki od nieruchomości, jaka jest skala przestępczości, jak rozdysponowywane są należne okręgowi pieniądze, jaki wpływ mają na lokalną politykę i czy ich radny wypełnia zobowiązania przedwyborcze.

 

Program, rozumiem, jest zbieżny z wymienionymi właśnie przez Panią sprawami?

– Każde wybory mają swoją specyfikę. Mój program opiera się przede wszystkim na zadbaniu o bezpieczeństwo mieszkańców okręgu, który będę reprezentować. To jest numer jeden. Jeśli myślimy, że kwestia przestępczości dotyczy wyłącznie południa Chicago – to grubo się mylimy. Problem przestępczości mamy wszędzie. Może w mniejszym stopniu niż we wskazanych rejonach, ale wystarczy wejść na stronę internetową CPD (Chicago Police Department – przyp. red.), żeby się przekonać, co się dzieje w naszym okręgu. Zahamowaniem rosnącej fali przestępczości trzeba się zająć teraz, bo za trzy, cztery lata będzie za późno. Przykład Chicago najlepiej to obrazuje. Kilka lat temu, kiedy policjanci i strażacy odnawiali kontrakt z miastem, zdecydowano o zwolnieniach i zabraniu funduszy z obu departamentów, co przełożyło się na jasną wiadomość dla przestępców, że mają wolną rękę.

Druga sprawa, która jest dla mnie ogromnie ważna, to edukacja. Zamyka się bardzo dużo szkół publicznych, tłumacząc, że mają za niski poziom lub za mało dzieci. Ale w wielu przypadkach zamyka się szkoły publiczne, a otwiera w ich miejsce czarterowe.

Kolejna kwestia to budżet. Trzeba się upewnić, że publiczne pieniądze, które dostaje okręg, trafiają w odpowiednie miejsca, że wszystkie najważniejsze z punktu widzenia mieszkańca placówki są odpowiednio dofinansowywane.

Następna rzecz – to podatki od nieruchomości. Jestem od wielu lat agentem obrotu nieruchomościami. Widzę tragedię ludzi, którym banki odbierają domy. Banki zarabiają miliony na naszych depozytach, a nie dają społeczności, na której zbijają fortunę, nic w zamian. Rolą radnego jest wymuszenie na lokalnych instytucjach finansowych współpracy z lokalną społecznością, na której się bogacą.

I kolejna ważna kwestia – praca. 25 proc. wszystkich miejsc pracy generują małe biznesy. Trzeba więc im ułatwić funkcjonowanie, także uprościć procedurę zakładania firmy, utrzymania licencji, obniżyć podatki etc. To, czego teraz doświadczają ci drobni pracodawcy, często ich przerasta i zmusza do zamknięcia zakładu, a więc i zwalniania ludzi.

 

Jest jakieś specjalne przesłanie dla polskiej grupy etnicznej?

– Proszę mi pokazać jeden punkt z tej listy, który Polaków nie dotyczy…

Rozmawiała Małgorzata Błaszczuk

 

Anna Góral do Stanów Zjednoczonych przyjechała w 1981 roku. Ukończyła z wyróżnieniem wydział Computer Science na DePaul University w Chicago. Pracowała w firmie Arthur Andersen and Co. Od wielu lat jest właścicielką własnego biznesu. Jest mężatką, matką dwóch dorosłych synów, babcią. Od ponad 30 lat mieszka w Garfield Ridge koło lotniska Midway.

W 2011 r. bez powodzenia startowała na stanowisko radnej z 23 okręgu wyborczego (gdzie mieszka); w 2012 r. chciała ubiegać się o stanowisko reprezentanta stanowego, jednak jej nazwiska nie umieszczono na karcie do głosowania. W wyborach, które odbędą się w 24 lutego 2015 r., będzie ponownie ubiegać się o możliwość zasiadania w Radzie Miasta Chicago z 23 okręgu wyborczego.

Categories: Polonia, Z miasta

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*