Ostatni rejs kapitana Lisieckiego. Polak odpowie za przemyt ludzi

 fot.Michael Reynolds/EPA

fot.Michael Reynolds/EPA

W piątek, 26 sierpnia Piotr Lisiecki wstał wcześnie. Pożegnał się z żoną Sylwią, powiedział, że jedzie do pracy i wróci wieczorem. Po pracy chciał pojechać jeszcze na marinę do Kenoshy, gdzie zacumowany jest Bałtyk – jacht kapitana Lisieckiego – znanego wśród Polonii żeglarza, instruktora żeglarskiego, członka Chicago Polish Yacht Club, aresztowanego pod koniec sierpnia za przerzut z Kanady do USA nieudokumentowanych imigrantów.

Piotr Lisiecki fot.US Marshall’s Flint in Midland, Michigan

Piotr Lisiecki fot.US Marshall’s Flint in Midland, Michigan

Z podchicagowskiego Park Ridge, gdzie mieszkają Lisieccy, do Port Huron w Michigan jedzie się pięć godzin. Port Huron leży nad Claire River, która stanowi wodną granicę pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Kanadą. O 11.30 amerykański patrol graniczny zauważył Piotra Lisieckiego, który w towarzystwie niezidentyfikowanej dotychczas kobiety wszedł na pokład jachtu Sacrebleu, zacumowanego w miejskiej marinie. Ruch na rzece Claire jest w sezonie spory, żeglarze często przybijają i odbijają do brzegu pełnego tawern i restauracji. Sacrebleu ruszyła w kierunku Kanady i ok. godz. 13.00 wpłynęła do mariny klubu jachtowego w Point Edward, kanadyjskiego miasteczka położonego w pobliżu ujścia rzeki do jeziora Huron.

Amerykańscy pogranicznicy obserwowali jacht od przeszło tygodnia, zaniepokojeni faktem, że Piotr Lisiecki – figurujący w dokumentach jako właściciel Sacrebleu, przebywał w USA nielegalnie. Informacje na temat aktywności jednostki na przygranicznych wodach Amerykanie otrzymali od kanadyjskiej służby granicznej. 26 sierpnia, zaraz po odbiciu Sacrebleu od amerykańskiego brzegu, funkcjonariusze amerykańskiej straży granicznej zaalarmowali stronę kanadyjską, która natychmiast podjęła obserwację podejrzanej łodzi.

Z relacji patrolu Royal Canadian Mounted Police (RCMP) wynika, że o godzinie 13.45 w pobliżu zacumowanej łodzi zatrzymał się van, do którego wsiadła towarzysząca Lisieckiemu kobieta. Zaś na pokład Sacrebleu wsiadło pięcioro pasażerów vana. Pięć minut później łódź popłynęła w stronę amerykańskiego brzegu i o godz. 14.40 kapitan Lisiecki przybił do River Street Marina w Port Huron, czyli do miejsca, z którego wyruszył niecałe dwie godziny wcześniej. Trzy pasażerki jachtu zeszły na ląd, gdzie zostały zatrzymane przez funkcjonariuszy amerykańskiej Służby Granicznej (U.S. Border Patrol). Agenci weszli też na pokład jachtu, gdzie zatrzymano trzech mężczyzn, w tym Piotra Lisieckiego. Okazało się, że żaden z zatrzymanych nie posiada dokumentów uprawniających ich do przebywania na terytorium Stanów Zjednoczonych. Pogranicznicy aresztowali sześcioro obywateli Rzeczpospolitej Polskiej: Piotra Lisieckiego, Monę Dolińską oraz małżeństwa – Marię i Jana Haufów oraz Wandę i Romana Kowalskich. Wszyscy zostali aresztowani pod zarzutem bezprawnego przekroczenia granicy; Piotr Lisiecki usłyszał dodatkowo zarzut szmuglowania nieudokumentowanych imigrantów.

50 lat i deportacja

Lisiecki od samego początku szedł w zaparte. Przedstawił się jako obywatel amerykański, co szybko zostało zweryfikowane jako nieprawda. Twierdził, że na Sacrebleu wypłynął tego dnia po raz pierwszy w życiu, a pasażerów zabrał z Port Huron. Przedstawił się jako kapitan czarterowy, działający na zlecenie chicagowskiej firmy Sail Time, która wynajęła go, aby zabrał pięcioro pasażerów w krótki rejs. Jak twierdził, nie miał pojęcia o statucie imigracyjnym pasażerów, a za usługę miał po powrocie do Chicago otrzymać wynagrodzenie w wysokości tysiąca dolarów.

Skontaktowaliśmy się z Ryanem Remsingiem, menedżerem Sail Time Chicago. – Nie znam tego człowieka, nigdy nie współpracowaliśmy z Piotrem Lisieckim. W ogóle nie organizujemy rejsów po jeziorze Huron ani po okolicznych rzekach. Nigdy nie wysłaliśmy do Port Huron żadnego jachtu – mówi zaskoczony Remsing. Pytam, dlaczego padła nazwa jego firmy. – Ten człowiek (Lisiecki – red.) to wszystko zmyślił. Jesteśmy znaną firmą żeglarską, pewnie znalazł informacje w internecie – dodaje.

Podczas przesłuchania Wanda Kowalska, jedna z zatrzymanych Polek, przyznała że do Kanady przyleciała z Polski 18 sierpnia. Zeznała, że w miejskim parku poznała mężczyznę, który zaproponował jej i mężowi przerzut do Stanów Zjednoczonych, za który zapłaciła 500 dolarów. Nieco więcej informacji podała Maria Hauf, która przyznała, że przerzut został zaplanowany jeszcze w Polsce. Po przylocie do Toronto Haufowie o umówionej godzinie zostali odebrani z restauracji McDonald’s przez mężczyznę, który vanem zawiózł ich, i pozostałych troje Polaków, na żeglarską marinę, gdzie weszli na pokład jachtu, który przewiózł ich do Stanów Zjednoczonych. Wszyscy pasażerowie Sacrebleu twierdzą, że nie znali wcześniej Piotra Lisieckiego, a tylko Maria Hauf była w stanie rozpoznać go na zdjęciu w czasie przesłuchania.

47-stopowe Sacrebleu kpt. Lisiecki kupił kilka lat temu i cumował w Port Huron. Po co? Nie wiadomo, środowisko huczy od plotek i spekulacji

Nieudokumentowani imigranci z Polski przebywają w areszcie imigracyjnym, gdzie czekają na proces. W związku z nielegalnym przekroczeniem amerykańskiej granicy grozi im kara więzienia i deportacja do Polski. Piotr Lisiecki przebywa w areszcie federalnym. 3 października 2016 roku stanął przed sądem federalnym wschodniego dystryktu stanu Michigan. Polak usłyszał łącznie jedenaście zarzutów, wśród nich – nielegalny transport nieudokumentowanych imigrantów, bezprawne przekroczenie amerykańskiej granicy oraz organizacja przemytu ludzi i umożliwienie nieudokumentowanym imigrantom przekroczenie granicy. Grozi mu pięćdziesiąt lat więzienia, po dziesięć za każdego przerzuconego Polaka.

Sierota czy kombinator?

– To był dla nas wszystkich niesamowity szok – mówi Stefan (imię zmienione na życzenie rozmówcy), który znał Lisieckiego z chicagowskiego polonijnego klubu żeglarskiego. – Bardzo przyjazny, bardzo cichy, taka trochę sierota. Świetny żeglarz, prowadził kursy żeglarskie dla Polonii, sam brałem udział w jego zajęciach. Pamiętam, że świetnie znał się na przepisach granicznych, doskonale wiedział na jakich zasadach pływać po przygranicznych wodach. Naprawdę nie wiem, dlaczego to zrobił, dlaczego przerzucił tych ludzi.

W polonijnym środowisku żeglarskim sprawa wzbudza wiele emocji. Lisiecki organizował w przeszłości rejsy czarterowe, często pływał w pobliżu wód kanadyjskich, jakby chciał oswoić służby graniczne ze swoją obecnością. 47-stopowe Sacrebleu kupił kilka lat temu i cumował w Port Huron. Po co? Nie wiadomo, środowisko huczy od plotek i spekulacji.

– To nie było jego pierwsze rodeo – mówi chcący także zachować anonimowość znajomy Lisieckiego. – Świadczy o tym sposób, w jaki to zrobił. W biały dzień, na pewniaka. Poza tym, kto kupuje łódkę za 50 tys. dol. i trzyma ją zacumowaną tak daleko od domu? Ten przemyt musiał być zorganizowany, nie da się takich rzeczy robić bez pośredników i naganiaczy. Koszty? Myślę, że po pięć tysięcy od głowy, w tym przypadku 25 tysięcy za trzy godziny strachu. Niezły biznes.

Nasz rozmówca pasjonuje się żeglarstwem, Lisieckiego poznał kilka lat temu, kapitan pomagał kupić mu jacht, doradzał przy wyborze. – Trzy lata temu popłynęliśmy razem na rejs po Michigan. Opowiedziałem Piotrkowi historie mojego kumpla, któremu akurat groziła deportacja do Polski. „Jak coś, to go przewiozę z powrotem” – powiedział, ale nie kontynuowaliśmy tematu, bo kolegi w końcu nie deportowali – mówi.

Dlaczego kapitan Piotr Lisiecki, znany i lubiany polonijny żeglarz, właściciel firmy elektrycznej, mąż i ojciec zajmował się szmuglowaniem ludzi? Stefan z klubu jachtowego twierdzi, że Lisiecki padł ofiarą okoliczności, że ktoś musiał zaproponować mu „trefny kurs” i być może zwyciężyła zwykła ludzka chciwość i chęć szybkiego zysku.
Innego zdania jest drugi z naszych informatorów. – To kombinator. Szukał pieniędzy, zapożyczał się, podobno na wiosnę zastawił swojego mercedesa, od jakiegoś czasu przestał płacić za mieszkanie. Miał firmę elektryczną, dobre licencje, mógł prowadzić przecież legalny biznes. Ale nie chciało mu się pracować. Dyrektorzył, do zmiany kilku gniazdek wysyłał subkontraktora. Przekombinował.

Próbuję skontaktować się z żoną kapitana Lisieckiego, Sylwią. Nie chce rozmawiać o mężu. „Pisz, co chcesz, za to ci płacą” – odpowiada na moją wiadomość na Facebooku. Komentarza odmawia też adwokat Lisieckiego Thomas Loeb: „Nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia. Powtórzę, żebyś dokładniej usłyszał. Nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia”.

Kapitan Piotr Lisiecki prawdopodobnie nigdy nie wypłynie już w żaden rejs. Czeka go proces, więzienie, a jeśli dożyje zwolnienia – deportacja do Polski. Wiele pytań pozostaje na razie bez odpowiedzi. Działał na własną rękę, a może był członkiem gangu zajmującego się przemytem ludzi? Był szmuglerem rutyniarzem, czy wpadł za pierwszym razem? I najważniejsze – czy za 25 tys. dol., będąc samemu nielegalnym imigrantem, warto ryzykować 50 lat kryminału?

Grzegorz Dziedzic

gdziedzic@zwiazkowy.com

Categories: Polonia

Comments

  1. STASIU
    STASIU 17 października, 2016, 10:09

    Tylko fragment wiec ciężko się wpowiadac. Jedynie nasuwa się refleksja ze ciężko dobić się jachtu pracując na sprzątaniu czy nawet wykonując bazie intratny zajecia. Ludzie którzy maja więcej zajmują się dodatkowymi zajeciami.

    Reply this comment
  2. ROSA
    ROSA 17 października, 2016, 14:35

    stracil dobra praca i to na zawsze,po powrocie z wiezienia ,nie znajdzie pracy bo w papierach to jest juz kryminal ,ryzyko i latwa kasa nie zawsze sie oplaca..

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*