Na dobre i złe. Przez pół wieku albo dłużej

Sakramentalne „tak” powiedzieli sobie jeszcze w poprzednim tysiącleciu. Nie nadużywają słowa miłość. Mają za sobą pół wieku spędzonego razem – na dobre i złe, w zdrowiu i w chorobie. W kraju, gdzie według Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego blisko połowa małżeństw kończy się rozwodem – poznajcie prawdziwych bohaterów – małżeństwa z ponad pięćdziesięcioletnim stażem.

Wala i Józef Aniołowie

Wala i Józef, małżeństwo od 51 lat

Na pierwszą randkę poszli… we troje. Wala podobała się Józefowi, ale pech chciał, że chodziła wtedy z jego przyjacielem Edkiem. Józef zaoferował więc, że pomoże załatwić bilety do kina, ale pod warunkiem, że pójdzie z nimi. – Siedziałam przez dwie godziny nieruchomo, żeby tylko przypadkiem go nie dotknąć – wspomina 71-letnia Wala Anioł. Józef był szarmancki, elegancki, kulturalny, miły, czyściutki i pachnący, nie jak inni chłopcy dokoła. To ją ujęło. Sprawiło też, że Edek szybko poszedł w zapomnienie.

Przyjeżdżał do niej w czasie swoich wojskowych przepustek. Czasami zostawał dłużej niż było wolno. Pewnego razu przyjechał za nim patrol. Za patrolem – porucznik. Za ucieczkę z wojska dostał 20 dni aresztu.

Pobrali się w kwietniu 1966 roku. Matka nie chciała, żeby wydało się, że córka jedynaczka jest w ciąży. A Wala przyznaje, że zbliżyła się do Józka na złość mamie. Na krótko po ślubie Józef wrócił do wojska, a Wala zamieszkała u teściów. Nie umiała ani prać, ani gotować, była kompletnie nieprzygotowana do małżeństwa. Jednak Józef zawsze wykazywał wyrozumiałość. Przez większość małżeństwa – to on gotował.

– Jest bardzo dobrym człowiekiem, nigdy nie zrobił mi wstydu ani przykrości. Kłóciliśmy się o głupoty. Ja zawiniłam, ale to on musiał mnie przeprosić – przyznaje Wala, dodając że w małżeństwie zawsze ona dominowała, a mąż zawsze się na to zgadzał. – Może dlatego nasz związek przetrwał różne zawirowania – zastanawia się Wala.

Najszczęśliwszy dzień w małżeństwie? Gdy po siedmiu latach z teściami dostali własne mieszkanie. Ta radość budowania własnego gniazdka. W USA znaleźli się za sprawą córki i wnuków. Potem ściągnęli tu również syna z rodziną. Od sześciu lat mieszkają w Burbank; Wala opiekuje się Józefem po wylewie i trójką mieszkających z nimi wnuków. Sama też jest po wylewie i ma problemy z lewą stroną ciała, ale jest urodzoną optymistką i nie lubi robić problemu z byle czego.

Pytam Józefa, co urzekło go w Wali: – Ładna, zadbana, no i z wioski… – jego głos łamie się. Po chorobie mówienie przychodzi z trudem. Podobnie jak chodzenie, ubieranie i inne podstawowe czynności. – Kocham ją… – wydusza z siebie w końcu 73-latek, a emocje na jego twarzy mówią więcej niż tysiąc słów. – No nie płacz, bo ta pani pomyśli, że ci ze mną źle – karci go Wala.

Ewelina i Czesław Świętkowie w 1954 r.

Ewelina i Czesław, małżeństwo od 63 lat

85-letnia Ewelina Świętek woli rozmawiać przez telefon. Mąż nie jest rozmowny, ona nie ma zrobionych włosów, a następna wizyta u fryzjera dopiero za parę tygodni. Gdy zachęcam ją do odkurzenia wspomnień, świetną polszczyzną, jak na osobę urodzoną w Stanach, która nigdy nie była w Polsce, opowiada, jak dawno, dawno temu…

Ich ojcowie znali się jeszcze z Polski, gdzie byli sąsiadami w miejscowości pod Tarnowem. Pewnego dnia Antoni Świętek przyjechał do dawnego sąsiada do Chicago w sprawie okien, które ojciec Eweliny miał wymieniać. Przywiózł go syn, który niedawno wrócił z Korei i był na wojskowym urlopie. Gdy ojcowie rozmawiali na podwórku, matka kazała młodym wejść do domu i oglądać telewizję. Był rok 1953. Leciał właśnie mecz Chicago Cubs. „Lubisz Cubsów?” – zapytał Czesław. „Tak, bardzo” – odpowiedziała Ewelina, która przyznaje, że do dziś nie ma zielonego pojęcia o baseballu.

Urlop się skończył, Czesław wrócił do bazy w Karolinie Południowej. Co tydzień pisał, odwiedzał ją podczas każdej przepustki. Pewnego dnia zapytał, czy zechciałaby zostać jego żoną. Odesłała go do rodziców. Ślub odbył się 14 sierpnia 1954 roku w kościele św. Władysława w Chicago.

Wspólnie wychowali trzy córki. Czesław pracował jako drukarz, Ewelina jako pracownik biurowy. Najmilej wspominają wspólne wakacje: na Alasce, w Meksyku, na Bahamach i dwa razy na Hawajach – na 25- i 30-lecie małżeństwa. Od pięćdziesięciu lat Świętkowie mieszkają w tym samym dwupoziomowym domu w Mt. Prospect. Oboje chodzą o lasce, a gdy Ewelina skarży się, że trudno jej wejść na górę, Czesław mówi „chciałaś dom dwupoziomowy, to teraz masz”.

Kryzysy? Kryzys jest jak jest choroba – twierdzi Ewelina. Jeśli jest miłość i zgoda, wszystko da się rozwiązać. I nigdy nie wolno kłaść się spać w niezgodzie.

Ewelina dzwoni do mnie jeszcze kilka razy, bo wciąż przypominają jej się jakieś ważne szczegóły. Jednym z nich jest mundur wojskowy Czesława, który miał na sobie podczas pierwszego spotkania. Jest bardzo dumna, że mąż służył w Marines. – Nie pamiętam jak to się mówi po polsku, ale proszę napisać, że to była „love at the firt sight” – wyznaje 85-latka.

Joseph i Judith Drobotowie

Judith i Joseph, małżeństwo od 52 lat

Pierwsze słowa, jakie Judith usłyszała od przyszłego męża, na dodatek w nieznanym jej języku polskim, brzmiały „daj mi buzi”. Tak przynajmniej twierdzi Joe. A ponieważ na pierwszym spotkaniu na przyjęciu studenckim u kolegi nie było mowy o „buzi”, Joe musiał zaprosić ją na randkę.

78-letni Joe jest przekonany, że jego prezencja i urok osobisty zwaliły Judith z nóg. I że zapoznała się z jego grafikiem, żeby móc „przypadkowo” spotykać go na uczelni. Imponowało mu, że śmieje się z wszystkich jego dowcipów. I te jej oczy… Zaś Judith – od razu polubiła jego zadziorność i żart. – Zawsze potrafił mnie rozbawić. I tak jest do dziś – śmieje się 75-latka. A jak dobrze się bawi, słychać w jej głosie, gdy para rozmawia ze mną przez telefon z samochodu w drodze do pracy. Pracy w… Zjednoczeniu Polskim Rzymsko-Katolickim, którego Joe Drobot jest prezesem.

Pierwsze słowa, jakie Judith usłyszała od przyszłego męża, na dodatek w nieznanym jej języku polskim, brzmiały „daj mi buzi”.

Pobrali się po pięciu latach znajomości i choć Joseph znów żartuje, że nie pamięta oświadczyn, Judith wspomina, że były bardzo piękne i romantyczne. Wspólnie wychowali czwórkę dzieci. Joe jest wdzięczny, że żona zawsze jest u jego boku, z wdziękiem i klasą uczestniczy we wszystkich ważnych wydarzeniach związanych z jego pracą, mimo iż para nie mówi po polsku i przyznaje, że niejednokrotnie nie wiedzą, o czym jest mowa. To również ona zachęciła go do przyjęcia funkcji prezesa PRCU i wraz z nim przeniosła się do Chicago. – Wytrzymuje ze mną. Toleruje mnie i kocha mimo moich wad – mówi Joe. Judy określa małżeństwo z Joe jako „52 lata dobrej zabawy”.

Dziś młodzi stawiają na pierwszym miejscu siebie. Joe nazywa ich pokoleniem „najpierw ja”. – Tymczasem małżeństwo to upadki i wzloty, niestety oni chcą mieć same wzloty. Gdy zdarzą się upadki – odchodzą od siebie. Wytrwać i wspólnie pokonywać przeszkody – to jest prawdziwa sztuka. Tak jak moja żona, która wytrwała ze mną tyle lat – mówi Joe, a Judith po raz kolejny wybucha szczerym śmiechem.

Jerzy i Lidia Filusowie

Lidia i Jerzy, małżeństwo od 51 lat

Poznali się w klasie maturalnej. Gdy zdecydowali się pobrać w wieku 18 lat, wszyscy ich straszyli. Że za młodzi, że studia, że nie poradzą sobie finansowo, że przyjdzie ciąża, że jeszcze się znienawidzą. Oni jednak chcieli być razem. Połączyła ich wspólna pasja – matematyka. Razem startowali w olimpiadzie. W szkole przesiedli się, żeby być w jednej ławce. Odprowadzając ją do domu, Jerzy zawsze szukał dłuższej drogi. Pewnego dnia wykorzystał styczniowy mróz, aby przytulić Lidię do siebie. I przy okazji wyznać jej miłość.

Po maturze jedynym sposobem, aby być razem, było małżeństwo. Sceptyczni na początku rodzice w ostateczności wsparli decyzję dzieci. Był rok milenijny 1966, obchody tysiąclecia chrztu Polski w Siedlcach odwróciły nieco uwagę od skromnego, kilkunastoosobowego ślubu 18-latków. Młodej parze zależało, aby jeszcze przed rozpoczęciem studiów matematycznych na Uniwersytecie Warszawskim pojechać w podróż poślubną w Bieszczady.

We wspólnym życiu, które wkrótce razem rozpoczęli, było jeszcze jedno wyzwanie – choroba psychiczna Jerzego. Lidia od początku o niej wiedziała, lecz nie zniechęciło ją to przed zamążpójściem. Miała z Jerzym bardzo dobry kontakt, lecz z dnia ślubu, oprócz radości, zapamiętała też przerażenie i obawę, czy dadzą sobie radę. Oboje byli zdeterminowani, zależało im na sukcesie związku. Patrząc wstecz Lidia nie kryje, że były momenty, kiedy najłatwiej byłoby po prostu odejść.

Już jako młoda mężatka musiała zmierzyć się z poważnymi pytaniami. – Jak zrozumieć drugiego człowieka, jak zaakceptować to, że on chce jak najlepiej, na ile można go pchnąć dalej, a na ile powiedzieć stop. Jak zostawić mu wolność, a jednocześnie iść razem. W chwilach największego kryzysu, kiedy człowiek zostaje sam, musi się trzymać, by być wsparciem dla drugiej osoby.

Ten największy kryzys to trzymiesięczne zaostrzenie choroby męża, do którego doszło jeszcze na studiach. Drugi i ostatni w życiu rzut psychozy Jerzy miał już w Ameryce, choć w znacznie mniejszym stopniu. Za każdym razem Lidia bohatersko stała u jego boku. Trudności związane z chorobą męża traktowała jako trening własnego charakteru. – Trudno to wcale nie znaczy źle. Przez to chwile radości są jeszcze radośniejsze, a człowiek wyrabia w sobie cierpliwość i spokój potrzebne w rozmaitych sytuacjach. Lidia i Jerzy mają dorosłego syna, który również wymaga specjalnej troski.

Kompromisy były po obu stronach. Jerzy musiał zrezygnować z wielu zachowań i punktów widzenia. Przyznaje, że Lidia była dobrym trenerem. Walka była prowadzona zarówno z chorobą, jak i o to, żeby utrzymać związek, a także kontynuować studia, a potem pracę naukową, również za granicą, bo zanim Filusowie trafili do USA, byli najpierw w Belgii i Holandii.

– Jeżeli wspólnie przejdzie się przez trudny okres, później odbiera się go jako wielki sukces. – Rozejść się jest łatwo – mówi Lidia. – Błędne jest zakładanie, że to druga osoba ma nas uszczęśliwić. Sztuką jest zachowanie własnej niezależności przy jednoczesnym życiu w harmonii z drugą osobą – nie z potrzeby, lecz z wyboru – dodaje. Jak osiągnąć tę harmonię? Jerzy podsumowuje to jak na matematyka przystało: „Myśl nie w liczbie pojedynczej, lecz w liczbie mnogiej. I pamiętaj, że ‚my’ jest zawsze większe niż ‚ja’.

Joanna Marszałek

j.marszalek@zwiazkowy.com

 

Categories: Polonia, Społeczeństwo

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*