Mój pierwszy Thanksgiving

Mój pierwszy Thanksgiving

Jak obchodziliśmy nasz pierwszy Dzień Dziękczynienia? Zadaliśmy to pytanie kilku Polakom w Chicago – bardziej i mniej znanym, starszym i młodszym, z dłuższym i krótszym stażem imigracyjnym.

fot. archiwum

fot. archiwum

Barbara Bilszta – muzyk, dyrektor orkiestry symfonicznej

Mieliśmy to szczęście, że byliśmy zaproszeni przez rodzinę szwagra, który jest Amerykaninem. Trafiliśmy na tradycyjne święta, do których nie przywiązywaliśmy szczególnej wagi. To był prawdziwy zjazd rodzinny – sześciu braci z żonami i dziećmi, rodzice. Było pięknie: wszyscy odświętnie ubrani, życzenia, serdeczności, uśmiechy. Po prostu wizytówka świąt.

Ale co się wydarzyło? Nie dopiekł się indyk! Był ogromny, a w dodatku miał za dużo pomarańczy w środku. Prawdopodobnie popełniono błąd w obliczeniach. Nie rozumiałam wtedy, dlaczego wszyscy nas wielokrotnie przepraszali za tego indyka, który oczywiście wrócił do pieca. Podsuwano nam różne inne, bardzo dziwne potrawy. Nie lubię cynamonu, a prawie wszystko smakowało dziwnie i cynamonowo. Jednak miła atmosfera sprawiła, że nawet ten cynamon jadłam bez specjalnego cierpienia.

Indyk został dopieczony. Na szczęście był bez cynamonu. Wprawdzie podano do niego słodki sos, ale ja z sosu zrezygnowałam. Teraz już mogę jeść na słodko, na przykład szynkę z miodem, ale wciąż preferuję europejskie smaki.

Każdy dostał na drogę okazały kawałek indyka, natomiast pani domu, która się na pewno do jego przyrządzania długo przygotowywała, miała poczucie ogromnej porażki. Było nam przykro, bo samo spotkanie i dom zrobiły na nas duże wrażenie.

Niemniej jednak cieszę się, że od razu otrzymałam taki piękny wzór tego święta.

Byłam zauroczona rodziną i świętami. To jest tak jak u nas Wigilia – te podróże i przeloty, żeby wszyscy tego dnia byli razem. Myślę, że wiele osób rozszerza to święto na grono znajomych, żeby podziękować za to, co nas spotkało od ludzi w minionym czasie. Jest to jeden z elementów kultury amerykańskiej, który uznałam za bardzo wartościowy i włączyłam do naszego życia rodzinnego.

Stefan Niedorezo, artysta plastyk

W kwietniu 1991 roku przyjechaliśmy z dziećmi, żeby się rozejrzeć, z zamiarem powrotu do Polski. Do listopada daliśmy sobie czas na oswojenie się z tym krajem. A przecież każdy z nas miał swoje wyobrażenie Ameryki.

W Polsce wiedzieliśmy, że jest ptak zwany indykiem, choć nie był powszechnie hodowany i nie taki okazały jak tu. W Polsce wydawało się nam, że ptaka trzeba złapać, pozbawić życia, oskubać itd. W sklepach się raczej nawet kury nie kupowało, tylko jechało się po żywą. A tu się okazało, że indyka się piecze w jakiś niemal rytualny sposób. Wkłada się w niego termometr, polewa za pomocą jakiejś pompki… Szczęka mi opadła i miałem wielki szacunek do rodziny, która była tu przed nami i nam te procedury objaśniała. Sam fakt, że to stworzenie piekło się niemal pół dnia, albo jeszcze dłużej… A jeszcze ta cała otoczka historyczna… Opowiadania o purytanach i pierwszych osadnikach do dziś wydają mi się trochę dziecinne, niemniej ktoś to zaczął, wymyślił i kultywował.

Źle by było tego nie obchodzić.

Zgodnie z tradycją dzielenie indyka przypadło mnie. Te noże, straszny widelec – akcesoria przeznaczone tylko do indyka, używane raz w roku. Te talerze, kubki, jakieś specjalne ozdoby na stole, co się w Polsce nie zdarzało, bo indyk był po prostu czymś między kogutem a kaczką.

Staraliśmy się na początku po prostu to tolerować, ale po tych wszystkich latach okazuje się, że to jest dobry zwyczaj. To takie święto trochę po dożynkach i trochę przed Bożym Narodzeniem. Wytwarza rodzinną atmosferę, takie ciepełko, spokój i nastrój kontemplacji. Spotykamy się, jedziemy do siebie, coś sobie opowiadamy.

Indyk nigdy nie smakuje tak dobrze jak w Thanksgiving. I te żurawiny, które znamy z Polski jako coś do kisielu, coś do deseru, a tu łączą się z mięsem. I ten farsz, różne kombinacje i wariacje farszy do indyka, to są wspaniałe sekrety wielu pań. Czasem towarzystwo bardziej rzuca się na farsz niż na samego indyka.

Jerzy Kulik, pracownik fizyczny

To było dziesięć lat temu, nie byłem jeszcze żonaty, mieszkałem sam. Było święto, dzień wolny od ciężkiej pracy, więc znajomi zaprosili mnie „na indyka”. To był taki trochę bardziej wystawny i urozmaicony obiad, ale nikt nie mówił o tym, jakie to święto. Nawet o Ameryce się nie mówiło, tylko o rodzinach w Polsce, o planach na przyszłość; mnie wszyscy życzyli znalezienia sobie dobrej żony, oczywiście Polki, ale koniecznie z zieloną kartą.

Dostałem też trochę rad na temat przyrządzania i pieczenia indyka.

Życzenia spełniły się częściowo – znalazłem wspaniałą żonę, wprawdzie bez stałego pobytu, ale załatwiliśmy go wspólnymi siłami. Już rok później urządzaliśmy Thanksgiving i wspólnie piekliśmy indyka, w czym przydały się zeszłoroczne rady kucharskie. I tym razem wiedzieliśmy już, jakie to święto i o co w nim chodzi.

Maria  (opowiada anonimowo)

To było dawno. Nie chcę nawet mówić jak dawno. Pracowałam kilku miesięcy w jednym z bogatych przedmieść Chicago „na domku”, jak się wtedy mówiło. Zarabiałam dobrze i wysyłałam pieniądze do Polski. Miałam swój pokoik, jadałam w kuchni, ale nie narzekałam, bo znałam swoje miejsce, a jedzenie było dobre.

I oto pewnego dnia zebrało się około dwudziestu osób na jakiś uroczysty obiad, a moja pracodawczyni kazała mi się ładnie ubrać i… zaprosiła mnie do stołu.

Byłam bardzo zaskoczona, ale zrobiło mi się bardzo przyjemnie. Ponieważ znałam trochę angielskiego, mogłam nawet przy posiłku wymienić kilka zdań z osobami przy stole. Była bardzo miła atmosfera i poczułam się jak ktoś równy tym wszystkim ludziom. Do momentu, kiedy skończyłam swoją porcję indyka. Pani domu podeszła do mnie i cicho, bardzo dyskretnie i z uśmiechem… powiedziała, żebym poszła do swojego pokoju. Deser i herbatę miałam dostać w kuchni.

Zrobiłam, o co prosiła. Nie chciałam deseru ani herbaty i było mi bardzo gorzko. A przez kolejne lata wymawiałam się od siadania do stołu – bólem głowy albo czymś podobnym.

Potem przyjechała moja córka, trochę później jej mąż i dzieci. Zamieszkałam u nich, przestałam pracować, do dziś pomagam im w domu.

Thanksgiving obchodzimy razem i lubię to święto. Staram się tylko nie pamiętać tego pierwszego.

Marta Ptaszyńska, muzyk, wykładowca akademicki

Przyjechałam 22 września 1972 roku do Cleveland jako doktorantka na studia podyplomowe do Cleveland Institute of Music. Mieszkałam u Amerykanów –  Billa i Lulu Brownów, ludzi bardzo zamożnych… jak w owym czasie się mówiło – milionerów, wspaniałych ludzi, którzy sponsorowali tamtejszą orkiestrę i instytut. Zaprosili mnie jako tę biedną studentkę z Polski, która nic nie miała.

Mieszkałam u nich i nie wiedziałam, co to jest Thanksgiving. Któregoś dnia Lulu powiedziała: „Słuchaj, mam straszne urwanie głowy, bo szykuję Thanksgiving na dwieście osób”. Pomyślałam, że to na pewno będzie w jakiejś sali, może w kościele, ale to jednak było u nich w domu. Przygotowania trwały już od tygodnia, gotowało trzech szefów kuchni.

Nigdy tego nie zapomnę. Dań była ogromna różnorodność, w tym czterdzieści indyków. To była feeria, uczta wprost królewska. Jedzenie było tak wspaniałe, że do dziś pamiętam smak tego, co jadłam w 1972 roku. Opowiadałam to zresztą w Polsce wszystkim swoim kolegom i rodzinie.

Nabrałam wtedy takiego sentymentu do Thanksgiving, że zaczęłam go urządzać również sama. Każdego roku. Jest to piękne święto i właściwie dobrze by było, żeby w Polsce też zaczęto je obchodzić. Co już w niektórych miejscach się przyjmuje, tylko niekoniecznie w tym właśnie czasie. Dla Amerykanów jest to czas dobry, bo historyczny, tradycyjny. Natomiast Polacy nie mają żadnych skojarzeń z końcem listopada. To okres adwentu, przedświąteczny, tak że to nie jest za bardzo zręczny moment.

Ale ten obiad u Brownów był rewelacyjny. Właśnie dziś przypominałam sobie niektóre dania. Były takie rzeczy, których w owym czasie nawet nie rozpoznawałam. Nie wiedziałam, jakie to są warzywa, jakie produkty. Poznałam je dopiero później.

Jest to piękne święto i uważam, że warto je obchodzić.

Zebrała Krystyna Cygielska

k.cygielska@zwiazkowy.com

Categories: Polonia

Comments

  1. Danuta
    Danuta 28 listopada, 2013, 12:30

    Piekne swieto,,uznalam je za swoje,swieto emigranta.
    Mam za co dziekowac Bogu i Ameryce.

    Reply this comment
  2. KICIUS
    KICIUS 29 listopada, 2013, 01:35

    A ja nie moge dziekowac Ameryce za to,ze moja zona sie puszcza z kim popadnie….takie polskie”wyzwolone” szkapy…czy wszystkie Polki w USA i w Europie to takie lafiryndy?…tak tylko pytam…

    Reply this comment
    • mmen
      mmen 29 listopada, 2013, 07:31

      Za to ci „z kim popadnie” maja podstawy do wdziecznosci Ameryce.

      Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*