Kuba Łuczkiewicz: dojrzałem do debiutu

Od lewej: Grzegorz Godlewski, Kuba Łuczkiewicz i Matt Pratt na planie filmu

 

O marzeniach, na których realizację warto zaczekać, niesłychanym tempie pracy i fenomenie Polish Power, z reżyserem filmu „Every 21 Seconds”, Kubą Łuczkiewiczem rozmawia Grzegorz Dziedzic.

Grzegorz Dziedzic: Jesteś reżyserem filmu pt. „Every 21 Seconds”. To Twój fabularny, pełnometrażowy, amerykański debiut.

Kuba Łuczkiewicz: „Every 21 Seconds” to również fabularny pełnometrażowy debiut firmy producenckiej Road 28, którą prowadzę z moją żoną Kingą. Wcześniej robiliśmy etiudy fabularne. Pierwsza, jaką wspólnie reżyserowaliśmy, nosiła tytuł „Crossroads”. Główne role w tym filmie zagrali Shannon i Suzette Brown, którzy prowadzą firmę producencką Two 9 Productions. Dwa lata temu zwrócili się do nas z propozycją nakręcenia „Every 21 Seconds”. W ten sposób poznaliśmy historię Briana Sweeneya, autora książki pod tym samym tytułem, który opisał historię swojej rehabilitacji po doznaniu urazu mózgu. Scenariusz napisał Dale Zawada.

Od razu podchwyciliście temat i ruszyliście z produkcją?

– Dwa lata temu zapewniano nas, że pieniądze na ten projekt „leżą na stole”, później okazało się, że produkcja została zatrzymana. Ale my byliśmy już zaawansowani w procesie badania tematu urazu mózgu. Nakręciliśmy krótki film dokumentalny, zawierający wywiady z osobami po urazach mózgu i wylewach. Nie ma zatem tego złego, co by na dobre nie wyszło –mieliśmy dwa lata na dokładne zaznajomienie się z tematyką. Uraz mózgu nazywany jest czasem niewidzialną epidemią, ponieważ ludzie cierpiący z jego powodu wyglądają z reguły na zdrowych, ale ich funkcjonowanie jest mocno zaburzone. Jeden z weteranów, cierpiący z powodu urazu mózgu, powiedział, że wolałby wrócić z wojny bez ręki lub nogi, bo wtedy wszyscy widzieliby, że jest niepełnosprawny. W ośrodkach rehabilitacyjnych widzieliśmy ludzi, którzy fizycznie wyglądali na zdrowych, ale nie radzili sobie z prostymi zadaniami.

Czy ten temat ma dla ciebie jakieś osobiste znaczenie?

– Film jest oparty na faktach. Kiedy poznałem historię Briana Sweeneya, doszło do mnie, że chciałbym ją opowiedzieć, żeby nagłośnić problem. W Hollywood nie powstała żadna duża produkcja na ten temat, pomyślałem więc, że znaleźliśmy niszę tematyczną. W wielu rodzinach urazy mózgu są powodem dramatów i ludzkich tragedii. Brian Sweeney, po doznaniu urazu głowy, z kochającego ojca i niezwykle przyjaznego człowieka, zamienił się w osobę niekontrolującą napadów agresji. To historia przypominająca dramat Mr. Jeckyla i Dr. Hyde’a. Nasz film, który jest produkcją niezależną, pokazuje ten problem z ogromnym realizmem, bez cenzury.

Historia jest oparta na faktach, ale również lokalna. Akcja rozgrywa się w okolicach Chicago.

– Tak, choć staraliśmy się opowiedzieć ją w taki sposób, żeby była jak najbardziej uniwersalna. Każdy uraz mózgu jest inny, a historia człowieka, który na niego cierpi zawsze jest indywidualna. Chciałem, żeby z naszym filmem mogło zidentyfikować się jak najwięcej osób. Brian Sweeney w swojej książce wykazał się ogromną odwagą i szczerością. Dla niego książka była formą zmierzenia się z traumą i oczyszczenia po cierpieniu i walce, jaką stoczył wracając do zdrowia. My chcemy dać nadzieję ludziom, którzy wciąż cierpią, chcemy powiedzieć im, że da się z urazem mózgu żyć i nie trzeba się wstydzić swojej choroby.

Wróćmy do produkcji. Kiedy padł pierwszy klaps?

– Produkcja ruszyła w tempie, którego się nie spodziewałem. Decyzję o jej rozpoczęciu podjęliśmy pod koniec lutego tego roku, a pierwszą scenę nakręciliśmy już na początku maja. A mówimy o projekcie, w którym sama obsada aktorska liczy prawie 50 osób. Na szczęście doświadczenie producenckie Suzette Brown i jej zorganizowanie pozwoliło na sprawny casting, negocjacje z agentami, zgromadzenie obsady, znalezienie lokalizacji zdjęciowych i załatwienie tysiąca innych rzeczy. W tej chwili jesteśmy po zakończeniu zdjęć i zaczynamy montaż.

Kto zagrał główne role w „Every 21 Seconds”?

– Główne role zagrali Shannon Brown, który wcielił się w Briana Sweeneya. Kelly Thiebaud, znana z serialu „General Hospital”, gra żonę Briana, na której rykoszetem odbija się uraz męża i Jim O’Heir, który przybył na plan w tydzień po otrzymaniu nagrody Emmy. To bardzo zdolni aktorzy i niezwykle mili i skromni ludzie.

Kiedy możemy spodziewać się premiery?

– Do końca sierpnia chcemy zakończyć montaż, ponieważ wtedy upływa termin zgłaszania filmów na festiwal filmów niezależnych Sundance. Roboczą kopię powinniśmy mieć gotową do końca czerwca, żeby do pracy mógł wkroczyć kompozytor i specjaliści od efektów dźwiękowych. Chcemy pokazać nasz film na kilku festiwalach i zainteresować nim dystrybutorów. Liczymy na to, że poza walorami artystycznymi, nasz film będzie miał wartość edukacyjną, że zainteresują się nim ludzie, których problem urazu mózgu bezpośrednio lub pośrednio dotyczy. Jest ich sporo, bo statystycznie urazu mózgu ktoś w USA doznaje co 21 sekund. Stąd tytuł filmu.

Czy zamierzacie pokazać „Every 21 Seconds” polonijnej i polskiej publiczności?

– Mam nadzieję, że film uda pokazać się na Festiwalu Filmów Polskich w Ameryce, pokusiłbym się również, żeby zgłosić „Every 21 Seconds” do konkursu festiwalu w Gdyni.

Co podczas 25 dni zdjęciowych było dla ciebie największym wyzwaniem i zaskoczeniem?

– Największą trudnością było tempo pracy. Na przykład na scenę w sądzie mieliśmy jeden dzień – niedzielę. Mieliśmy 15 występujących aktorów, do tego statystów. Dziesięć stron scenariusza i dziesięć godzin na realizację. To bardzo wysoko postawiona poprzeczka i duży poziom stresu. Jako reżyser bez przerwy musiałem odpowiadać na setki pytań, skupić się na aktorach i scenariuszu. Pod koniec realizacji zdjęć byłem wyczerpany, mówiłem sobie, że „nigdy więcej”. Zadzwoniłem do mojego przyjaciela Bogusia Lindy i zapytałem go, czy to normalne, a on powiedział, że tak zawsze jest. Powiedział, „jeśli nie miałbyś tego uczucia, to coś zrobiłeś źle”.
Dla amerykańskiej części ekipy największym zaskoczeniem było zjawisko określane przez nich jako „Polish Power”. Dzięki dobrej woli naszych polonijnych przyjaciół udało się zdobyć miejsca na kręcenie zdjęć, które kosztowałyby fortunę. Dzięki pomocy polonijnych firm mogliśmy kręcić i w sklepie, i w klinice rehabilitacyjnej czy barze. Jesteśmy dumni z tego, że Polonia pokazała się ze swojej najlepszej strony. Amerykanie nie mogli wyjść ze zdumienia, jak ogromna była pomoc i życzliwość Polaków w Chicago.

Reżyser jest Polakiem, współprodukcja jest polonijna, bo Road 28 to wasza firma, jaki jeszcze był wkład Polaków w powstanie filmu?

– Kasia Jarosz fantastycznie uchwyciła swoim aparatem atmosferę na planie. Beata Wasilewicz była odpowiedzialna za scenografię w głównej lokalizacji zdjęciowej, czyli w domu Briana Sweeneya. Za ujęcia wykonywane z kamery zamontowanej na dronie odpowiedzialny był Grzegorz Godlewski. Wszystkim serdecznie dziękuję.

Jakie były koszty produkcji?

– Według oficjalnych danych –200 tys. dolarów. Ale gdybyśmy musieli z własnej kieszeni zapłacić za wynajęcie wszystkich lokalizacji zdjęciowych, myślę, że budżet wyniósłby około pół miliona dolarów. W przypadku kina niezależnego to budżet, w ramach którego można nakręcić porządny film.

Jesteś reżyserem z wykształcenia czy samoukiem?

– Nie studiowałem reżyserii, ale miałem w łódzkiej filmówce wielu przyjaciół. Często tam bywałem, chodziłem nawet z nimi na zajęcia. Studiowałem filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale w trakcie studiów wyjechałem do Stanów. Tutaj zacząłem kręcić filmy dokumentalne i reportaże, pracowałem trochę w telewizji. Siedemnaście lat temu zostałem zaproszony na plan filmu Bogusława Lindy „Sezon na leszcza”. Była to dla mnie niezwykła okazja podglądania na żywo pracy reżysera, to była niesamowita szkoła. Zabrałem ze sobą kamerę i nakręciłem dokument o Lindzie jako reżyserze. Do pójścia w stronę fabuły od dawna namawiał mnie Filip Bajon. Ale największym dobrym duchem mojego filmowego rozwoju był mój serdeczny przyjaciel, nieżyjący już Krzysztof Krauze.

Z reguły fabułą nie debiutują ludzie młodzi i ty wpisujesz się w ten schemat. Czy myślisz, że byłbyś w stanie nakręcić ten film dziesięć, czy dwadzieścia lat temu?

– Na pewno nie. Dwadzieścia lat temu nie miałem w sobie wystarczająco dużo wiary, żeby zabrać się za takie przedsięwzięcie. Nie jest to wczesny debiut, bo mam 52 lata. Myślę, że jeśli ktoś ma w sobie pasję i potrzebę tworzenia, to musi nadejść właściwy moment, żeby ta potrzeba wybuchła. W Polsce na studia reżyserskie przyjmowani są ludzie, którzy zdobyli już dyplom innych studiów, ponieważ władze uczelni wiedzą, że żeby przedstawić uczucia w filmie, trzeba już coś samemu przeżyć.

Twoja postawa może być inspiracją dla wielu Polaków w Chicago, którzy mają pasje, ale z różnych powodów ich nie realizują. Co chciałbyś im przekazać?

– To nie przypadek, że wspólnie z żoną zajęliśmy się kręceniem filmów fabularnych dopiero kilka lat temu. Musieliśmy poczekać aż dorosną nasze dzieci, a my będziemy mieć w końcu czas, żeby zająć się tym, co zawsze chcieliśmy robić i co przynosi nam spełnienie.

Pasja jest warta pielęgnacji w każdym z nas. Nawet jeśli dzisiaj wydaje mi się, że marzenia muszę odłożyć na później, bo potrzebuję zarobić pieniądze na dom czy wykształcenie dzieci, to jeśli pasję pielęgnujesz, ona przetrwa do momentu, kiedy już można się nią zająć. Życzę każdemu, żeby nie przegapił tego momentu.

Dziękuję za rozmowę.

Grzegorz Dziedzic

gdziedzic@zwiazkowy.com

Zdjęcia: Kasia Jarosz, Kinga Łuczkiewicz

  • Od lewej: Grzegorz Godlewski, Kuba Łuczkiewicz i Matt Pratt na planie filmu
  • Kelly Thiebaud i Shannon Brown fot.Kasia Jarosz
  • 3
  • 4
  • 20170601_132548
  • DSC09089
Categories: Polonia

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*