Kobiety z przyszłością

Kobiety z przyszłością

Nie chciały siedzieć w domu, sprzątać „kibli”, ani użalać się nad sobą. Niektóre trudności przyniosło życie, inne poniekąd wybrały same, decydując się na dążenie do swoich celów. Historie trzech Polek, które postanowiły zawalczyć o siebie, są dowodem na to, że marzenia się spełniają, ale niekoniecznie tylko za sprawą uśmiechu losu, lecz własnej determinacji i ciężkiej pracy.

fot.Pixabay.com/Pexels.com

Wioletta, 40 lat: Myślałam, że jestem beznadziejna

Patrząc dziś na wesołą, energiczną i pełną życia Wiolettę, trudno uwierzyć, że jeszcze parę lat temu była pogrążona w depresji i przekonana, że do niczego się nie nadaje. – Po przyjeździe do Stanów z mężem i trójką dzieci, zamknęłam się w sobie. Pod szkołami spotykałam inne mamy, które miały pracę, kariery, wspólne tematy, a ja byłam tylko kurą domową.

I co z tego, że dzieci były zadbane, najedzone, a dom był czysty. Najstarsza córka chodziła do zerówki. – Codziennie to samo. Byłam znużona, nie chciałam się z nikim spotykać. Często myślałam, że jestem beznadziejna. Dodatkowo, przy jednym pracującym rodzicu, pięcioosobowej rodziny nie było stać na wszystko. Nie było lepszych dni, były tylko gorsze.

Od przyjazdu minęły trzy lata. Często przeglądała oferty pracy w „Dzienniku Związkowym”. Zawsze przewijały się w nich dwa słowa – doświadczenie i edukacja. Ona nie miała nic. Po liceum, zamiast na studia, poszła do pracy w sklepie w śródmieściu. Skusiły ją pieniądze, ale praca była bez przyszłości. Sklep zamknęli, a Wioletta z rodziną wyjechała do Europy. Teraz była z powrotem i zaczynała od zera.

Pewnego razu w Targecie spotkała koleżankę z rodzinnych stron. Okazało się, że pracuje „na domkach”. Wioletta nie wiedzieć skąd zapytała „A dlaczego nie pójdziesz do szkoły”. Koleżanka odpowiedziała: „A dlaczego ty nie pójdziesz?”. Wymieniły się telefonami.

Razem pojechały do Zrzeszenia Amerykańsko-Polskiego. – Trafiłam tam na cudowne osoby (Czy może pani wspomnieć– panią Jadwigę, panią Basię?). Zapisała się na kurs pomocy pielęgniarskiej, CNA. Poznała dziewczyny w podobnej sytuacji, młodsze i starsze kobiety. Mąż i koleżanka pomagali przy dzieciach.

Po kilku miesiącach miała już certyfikat CNA. Dostała dwie oferty pracy i obydwie przyjęła. Zaczęła pracę jako pomoc pielęgniarska przy niepełnosprawnym dziecku, a zaraz potem w gabinecie lekarskim. Dziewczyna, która kiedyś mdlała na widok igieł, teraz pobierała krew innym. Ale nie miała zamiaru na tym poprzestać.

Zapisała się na dodatkowe kursy medyczne w TTI Medical Training School. Gdy przychodziła myśl „po co mi to, przecież mam już pracę”, zaraz zapalała się czerwona lampka „o nie, chcę być zabezpieczona na przyszłość”. Ze znajomą spotkaną w Targecie dopingowały się nawzajem. Zrobiła kurs flebotomii, EKG, a teraz kończy kurs asystenta medycznego.

– Brak mi słów, aby wyrazić, jak bardzo odmieniło się moje życie. Znów jestem towarzyska, otwarta, uśmiechnięta. Mam więcej zajęć, ale i więcej energii. Zarabiam i mam lepszy kontakt z dziećmi. Kocham życie. Na rynku medycznym jest ogromne zapotrzebowanie. To solidne prace ze świadczeniami, na dodatek idealne dla kobiet z dziećmi, bo w szpitalu można pracować na dowolną zmianę. Żałuję tylko, że straciłam tyle czasu – mówi Wioletta, która ma już nowy plan – chce iść na studia pielęgniarskie.

Agata, 36 lat: Niepowodzenie nie będzie mnie definiować

Przez siedem lat Agata starała się o spełnienie swojego największego marzenia – zostania mamą. Po drodze, a może nawet trochę „na pocieszenie” uparła się, że skończy studia magisterskie. Postanowiła udowodnić sobie i innym, że bezpłodność oraz wiążące się z nią przeżycia nie będą definiować jej życia. W rezultacie została i mamą, i logopedą.

Po pięciu latach starań o dziecko postanowiła powiedzieć sobie „stop”. Miała za sobą poronienia, dwie ciąże pozamaciczne, trzy inseminacje i dwa in vitro. Przy pierwszej ciąży pozamacicznej ledwo uszła z życiem. Była już zmęczona – lekarzami, terapiami, a nade wszystko komentarzami ze strony krewnych, dobrymi radami wszystkowiedzących koleżanek.

Jej dzieciństwo było pełne terroru i dramatycznych przejść. Do Stanów przyjechała, aby odciąć się od toksycznych rodziców. Mimo to odkąd sięga pamięcią, jej największym marzeniem było macierzyństwo i praca z dziećmi. W Polsce uczyła angielskiego, prowadziła przedszkole. W Stanach pracowała, ale jej życie dominowała myśl, żeby zajść w ciążę. – Kobiety, które zachodzą w nieplanowaną ciążę, nigdy nie są w stanie zrozumieć żałoby, którą miesiąc w miesiąc przechodzi kobieta, która pragnie dziecka – mówi Agata. Czarę goryczy przelał pewien mocny komentarz ze strony krewnego. Wówczas postanowiła, że udowodni sobie i wszystkim, że fakt, że nie może mieć dzieci, nie będzie definiować jej życiowego sukcesu.

Gdzieś wśród pedagogicznych zainteresowań zawsze fascynowała ją logopedia. – Na jakiejś imprezie, przy winie, ktoś palnął do mnie „ty to powinnaś zostać logopedą”. Pomyślała sobie: „zostanę”. Okazało się, że jest bardzo duże zapotrzebowanie na polskojęzycznych specjalistów. Zaczęły się bardzo intensywne przygotowania. Zaliczono jej studia z Polski. Na studia magisterskie na kilkanaście miejsc było ponad trzystu kandydatów, ale się dostała. Dalej była karuzela emocjonalna, w dzień praca, w nocy nauka, trzygodzinna jazda na uczelnię, przysypianie za kierownicą. Wiedziała, że w przeciwieństwie do marzenia o dziecku, tym razem ciężką pracą może wpłynąć na efekt końcowy.

Gdy pisała pracę dyplomową, zaszła w ciążę. To była druga ciąża pozamaciczna, której nie można było utrzymać. Cios i ból. Wszystko wróciło. Wtedy zupełnie już straciła nadzieję na dziecko. Na noworocznej liście postanowień po raz pierwszy z mężem nie napisali punktu „zostać rodzicami”. Wróciła do nauki, miała przed sobą bardzo trudne egzaminy. – Stres był niesamowity. Nawet nie było czasu na seks. I właśnie wtedy… zaszłam w „normalną” ciążę.

Lekarz powiedział, że to książkowy cud. Przez pierwsze trzy miesiące ciąży cały czas chodziła zła. – Bo przecież za chwilę ją stracę. Z dużym już brzuchem broniła pracę magisterską. Profesorki znały jej historię i kibicowały jej. W sierpniu obroniła dyplom z logopedii, w październiku urodziła pierwszą córkę.

Po roku w domu z dzieckiem, z duszą na ramieniu poszła na rozmowę kwalifikacyjną do dystryktu szkolnego niedaleko domu. Od razu zaproponowano jej pracę. Jednocześnie okazało się, że jest w ciąży z drugim dzieckiem. Chciała się wycofać, lecz pracodawca od razu zapowiedział, że będzie ją wspierać. Urodziła drugą córeczkę. – To wszystko było jakieś niesamowite. Wszystko się układało, ludzie mi sprzyjali. Po tylu życiowych zakrętach wreszcie szczęście i radość nabrały prawdziwego znaczenia.

Agnieszka, 35 lat: Pokażę, że potrafię

Agnieszka sprząta domki, zajmuje się córką w wieku szkolnym i domem. W nocy zakuwa anatomię i biologię. A gdy czasami ma już dość, powtarza sobie: „Nie będę sprzątać tych kibli do końca życia”. Pomaga też, gdy od czasu do czasu porządnie się wypłacze. I dalej do przodu.

Od samego przyjazdu do Stanów dziesięć lat temu nie układało się różowo. Do świeżo upieczonej mężatki szybko miał dołączyć sponsorowany przez nią mąż. Stało się inaczej – mężowi odmówiono wizy, a ona dowiedziała się, że jest w ciąży. Zdecydowali, że zostanie w Stanach, a on będzie starać się do niej dołączyć. Tak było przez następne 4,5 lat.

– Najgorszym okresem była ciąża. Dwa miesiące przed porodem załamałam się. Bo właśnie wtedy mąż poszedł po raz kolejny do konsulatu, gdzie powiedziano mu, że nie może jechać do Stanów na narodziny swojego dziecka. Smutno było tak rodzić samej. Rodzinę tak naprawdę uratował nam Skype.

Później poleciała do Polski, żeby pokazać mu córkę. I znów rozstanie, i znów decyzja, i znów samotny powrót do Stanów. Do tej pory pomagali jej rodzice. – Bolało mnie również, że w wieku 28 lat nie jestem samodzielna. Traciłam nadzieję, lata mijały, dziecko rosło, a ja stałam w miejscu, nie stać mnie było na nic.

Przełom nastąpił, gdy mąż dostał odmowę zielonej karty. Perypetie imigracyjne męża ciągnęły za sobą koszty, a ona była z dzieckiem na utrzymaniu rodziców. – Wiedziałam, że muszę coś zrobić. Poszła więc pracować w serwisie sprzątającym. Dziecko było „rzucane” po rodzinie. W Polsce skończyła fizjoterapię i terapię zajęciową. – Nigdy nie bałam się pracy fizycznej, ale te dwa lata w serwisie do dziś odbijają się piętnem na moim zdrowiu. Od zawsze wiedziałam, że muszę coś zrobić w tej Ameryce. Chciałam być terapeutą. To było moje powołanie i koniec.

Gdy po czterech latach i licznych komplikacjach imigracyjnych mąż wylądował na chicagowskim O’Hare i w rozmowie o przyszłości wspomniał coś o drugim dziecku, Agnieszka powiedziała „o nie”. Chciała odsapnąć, zająć się sobą. Nadal pracowała na domkach, ale w głowie ciągle dzwoniło „muszę być terapeutą”.

Zapisała się do koledżu. Nie zaliczono jej żadnych przedmiotów ze studiów w Polsce, musiała zaczynać od nowa. Wzięła więc klasy przygotowujące do programu Physical Therapist Assistant, PTA. Największą przeszkodą był angielski. Wcześniej chodziła na kurs do Zrzeszenia Amerykańsko-Polskiego, ale pamięta, jak siedząc na zajęciach z dużo młodszymi od siebie studentami myślała sobie „Boże, ja nic nie rozumiem!”, „To jest bez sensu!”. Wiele razy chciała się poddać i wtedy słyszała ten głos „Pokażę, że potrafię”. Nadal sprząta domki, choć już nie w serwisie, po południu zajmuje się córką i domem, a nocami zakuwa. – Czasami muszę się tylko porządnie wypłakać. Tak jak parę dni temu, gdy po wynikach ciężkiego egzaminu nie jestem pewna, czy zostanę przyjęta na PTA. Gdy już się już wypłakałam, wymyśliłam sobie plan B i inny fajny program. Najważniejsze to się nie poddawać.

Kobieta na pierwszym miejscu

– Kobiecie do spełnienia potrzebna jest radość i satysfakcja płynące z różnych sfer życia – prywatnego w gronie rodziny i przyjaciół, zawodowego i poczucia własnej wartości – mówi psycholog Katarzyna Pilewicz. – Coraz więcej kobiet ma odwagę na postawienie siebie na pierwszym miejscu. To one torują drogę tym, które stoją w miejscu lub poddają się woli innych. Możliwe jest pogodzenie wszystkich ról, jakie kobieta ma do spełnienia – by pozwolić sobie zakwitnąć pełnią życia. I usiąść w fotelu na koniec dnia, by poczuć dumę płynącą z tego, co dziś osiągnęła.

Wioletta, Agata i Agnieszka teraz motywują swoje przyjaciółki, inspirują inne dziewczyny. Kobietom, które na emigracji rezygnują z siebie z powodu życiowych przeciwności podpowiadają, żeby pokochać siebie, nie poprzestawać na tym, co jest i nie zamykać się na świat. – Najważniejsze – podsumowuje Agnieszka – to po prostu ruszyć tą…, to znaczy zrobić ten pierwszy krok.

Joanna Marszałek
j.marszalek@zwiazkowy.com

Categories: Polonia, Społeczeństwo

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*