Czy “Klisze pamięci. Labirynty” zagoszczą w Chicago?

Franciszkanin ojciec Bronisław Staworowski podczas wizyty w Chicago spotkał się z Frankiem Spulą, prezesem Kongresu Polonii Amerykańskiej i Związku Narodowego Polskiego, aby rozpocząć rozmowy na temat możliwości i warunków zaprezentowania w Wietrznym Mieście prac Mariana Kołodzieja z wystawy „Klisze pamięci. Labirynty”. Wystawa zmarłego w 2009 roku w Gdańsku artysty, byłego więźnia niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Auschwitz, jest na stałe zainstalowana w kościele Matki Bożej Niepokalanej w Harmężach koło Oświęcimia, wchodzącego w skład franciszkańskiego Centrum św. Maksymiliana. Składa się z 250 prac, które powstawały przez kilkanaście lat.

Jola Plesiewicz: Jaki jest cel wizyty ojca w Chicago?
O. Bronisław Staworowski: Moim celem przylotu do Chicago było przede wszystkim przekazanie informacji o wystawie prac artysty Mariana Kołodzieja, który pierwszym transportem został przywieziony do obozu w Auschwitz, który przeżył nie tylko Auschwitz, ale kilka innych obozów koncentracyjnych.

Dlaczego historia Mariana Kołodzieja jest szczególna?
– Kiedy przywieziono Mariana Kołodzieja  do niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Auschwitz, miał 19 lat. Po wojnie skończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Pracował jako scenograf w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Przez 50 lat nic nie mówił o obozie. Nie rozmawiał z nikim o swojej tragedii, o gehennie, którą przeszedł. Po prostu nic nie mówił. Milczał, że w obozie poznał osobiście ojca Maksymiliana Kolbe. Był na apelu, kiedy Maksymilian Kolbe wystąpił, żeby zamienić życie swoje za pana Franciszka Gajowniczka. Przeżył wszystkie możliwe męczarnie. Rywalizował o życie na drzewie, na które esesmani wybierali więźniów…

Prace na temat obozowej gehenny powstały dopiero po 50 latach, skąd to opóźnienie?
– Marian Kołodziej mówił, że w swojej twórczości widział pewne ograniczenie, polegające na tym, że on bał się w pewnym sensie i nie malował przestrzeni zamkniętych. Nawet jeśli miał scenografię jakiegoś pomieszczenia, to starał się je ukazać nie jako zamknięte drzwiami, oknami, sufitem, podłogą, ale jako otwarte, ponieważ tak brakowało otwarcia w obozie, który był zupełnie zamknięty. Po 50 latach (również w związku z chorobą – red.) uświadomił sobie, że wielu jego kolegów mówiło o tym, żeby ten, kto z nich przeżyje, opowiedział o tym, co tam było. Jeszcze jeden ważny element dla Mariana Kołodzieja, to wyzwolenie wewnętrzne, całkowite z przeszłości, która bardzo mocno na nim ciążyła. On nie mógł uciec przed sobą jako więźniem Auschwitz, dopiero, kiedy zaczął malować, zaczął to z siebie wyrzucać.

Co jest charakterystyczne dla prac Mariana Kołodzieja na temat obozowej rzeczywistości?
– Ciekawe w artyzmie Kołodzieja jest to, że on ukazuje siebie jako więźnia sprzed 50 lat, czyli jako 19-latka i jako starszego człowieka. Więzień z Auschwitz pomaga starszemu człowiekowi wyzwolić się  z przeszłości, ale ten starszy też pomaga młodemu wyjść z tego więzienia.

Gdzie znajduje się oryginalna wystawa prac Mariana Kołodzieja?
– Wystawa Mariana Kołodzieja „Klisze pamięci. Labirynty” jest na stałe zainstalowana w kościele Matki Bożej Niepokalanej w Harmężach koło Oświęcimia, wchodzącym w skład franciszkańskiego Centrum św. Maksymiliana. Kiedy Marian Kołodziej dowiedział się, że jest takie centrum i to w miejscu, w którym pracował jako więzień, gdzie poznał  św. Maksymiliana, ponownie odnalazł swoje miejsce. Będąc człowiekiem bardzo religijnym uznał, że jest to najlepsze miejsce do ekspozycji. Wystawa jest monumentalna i nie do ruszenia. Są to nie tylko dzieła rysowane czy malowane, ale to jest też wagon kolejowy, przez który wchodzi się na wystawę. I prycze, na których więźniowie leżeli, fragmenty celi i czarno–białe grafiki, nieliczne kolorowe.

Wystawa budzi w Polsce coraz większe zainteresowanie, ale ponieważ jest na stałe zainstalowana, w jaki sposób może być zaprezentowana poza miejscem stałej ekspozycji?
– Wystawa budzi coraz większe i zdumienie, i zainteresowanie. Ukazuje w sposób inny niż zwykle gehennę i męczeństwo w obozach koncentracyjnych. Bo zwykle znamy to ze zwyczajnych materialnych pamiątek historycznych z tamtego okresu. Natomiast tutaj jest przetworzenie rzeczywistości w sposób głęboko duchowy. Najpierw został zrealizowany film, prezentacja multimedialna i później powstał pomysł, aby pokazać wystawę szerszemu światu. Dzięki wsparciu Ministerstwa Spraw Zagranicznych 21 plansz zostało rozesłanych do wszystkich polskich placówek dyplomatycznych na świecie. Zyskaliśmy możliwość przedstawienia jej w Parlamencie Europejskim w Brukseli. I teraz przyszedł czas na to, aby ją zaprezentować szerzej światu! Wystawę (składającą się ze zdjęć wybranych prac – red.) chcemy przedstawić w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

W jaki sposób Polonia chicagowska może pomóc w przygotowaniu do wystawy?
– Pomoc Polonii jest nieodzowna, ponieważ Polonia to część nas, z której większość zetknęła się z tragedią II wojny światowej. Pomoc Polonii jest przede wszystkim potrzebna w organizacji i szukaniu ambasadorów oraz sponsorów, którzy pomogliby to materialnie urzeczywistnić. Jak ja tutaj przyjechałem, pierwszym miejscem, do którego chciałem się skierować, czytając w Internecie, bo nie znałem tutaj środowisk polonijnych, było Muzeum Polskie w Ameryce, a później z godziny na godzinę kontaktowano mnie z innymi osobami, również z Frankiem Spulą, prezesem  Związku Narodowego Polskiego i Kongresu Polonii Amerykańskiej. W ciągu kilku dni miałem 3 audycje radiowe na żywo, dwie nagrane, czyli już są jaskółki, które poszły w świat do opinii publicznej i coraz więcej osób się o tym dowiaduje.

Jak się ojcu wydaje, kiedy urzeczywistni się w Chicago projekt ekspozycji prac Mariana Kołodzieja?
– Kiedy się to urzeczywistni, tego nie wiem, ale już wiem, że zainteresowanie jest na tyle duże, że ta wystawa będzie. Natomiast, żeby wystawa zaistniała, potrzeba kilku miesięcy, żeby wszystko dobrze przygotować. Tutaj dowiedziałem się, że ekspozycja wymaga pewnego dopracowania dla odbiorcy w Stanach Zjednoczonych. Dlatego, że inaczej ogląda się ją w Polsce, ze świadomością historii Polski, a inaczej ogląda się tę wystawę poza granicami kraju, gdzie człowiek w ogóle nie zna tego kontekstu, Holokaustu, męczeństwa, martyrologii Polski i II wojny światowej i symboliki, która tam jest zawarta. Potrzebujemy współpracy osób zainteresowanych prezentowaniem wystawy na terenie Chicago, żeby przygotować dla tego miejsca odpowiedni opis i komentarz. Nie musiałem nikogo przekonywać, że wystawę trzeba zorganizować w Chicago. Spotkałem się z dużą otwartością, życzliwością, zrozumieniem, a nawet pewnością, że trzeba to zrobić.

Dziękuję ojcu za rozmowę
Jola Plesiewicz

Na zdjęciu: Spotkanie ojca Bronisława Staworowskiego z prezesem KPA/ZNP Frankiem Spulą

fot.Ewa Malcher

Categories: Polonia, Wywiad, Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*