Czarodziej gitary

Arek  Religa wyjeżdża z Chicago

Kiedy miałem 16 lat pojechałem ze znajomymi pod namiot, gdzieś nad jezioro. Tam przy ognisku poznałem dwóch chłopaków z Gryfowa Śląskiego, którzy grali na gitarze i śpiewali przeboje Beatles’ów. Bardzo mi się to spodobało. Następnego dnia wziąłem ich gitarę i… nastroiłem po swojemu, czyli źle, bo przecież nie umiałem. Za to wrzucili mnie w ubraniu do jeziora. To był moment, w którym poczułem, co chcę robić w życiu – wspomina z uśmiechem wirtuoz gitary Arek Religa.

Arek Religa fot. Welcomia.com

Arek Religa fot. Welcomia.com

W tym czasie Arek chodził do szkoły zawodowej w rodzinnej Kamiennej Górze. I gdyby nie ów wakacyjny incydent Polska zyskałaby z pewnością kolejnego fachowca – ślusarza mechanika. A tak, narodził się niebywały gitarowy talent, który obecnie ma na koncie ponad 30 prestiżowych nagród i wyróżnień, w tym amerykańską statuetkę „Guitar Player Super Star”!

Arek Religa dorastał w schyłkowym okresie polskiego socjalizmu. Wszechobecne pustki w sklepach doskwierały wówczas wszystkim, a co dopiero takim marzycielom jak Arek. Gitarę ze zgniłego Zachodu można było jedynie obejrzeć na kolorowych stronach magazynów przemycanych zza żelaznej kurtyny. Musiał zatem zadowolić się klasycznym polskim Defilem, którego spod lady załatwiła mu mama. A że od dziecka był uparty i pracowity wycisnął z niego ile fabryka dała. – Za moich czasów uczyło się grać na instrumencie zupełnie inaczej. Nie było szkółek wideo, jak w tej chwili. I to było ogromnym plusem, bo teraz młodzi ludzie nie uczą się grać „uszami” tylko „oczami”. Patrzą na palce instruktorów i powtarzają ruchy. Owszem, technicznie są świetni, ale kiedy niedawno poprosiłem jednego z moich uczniów, by zagrał coś ze słuchu, to miał już z tym problem. Ja musiałem słuchać, żeby się czegokolwiek nauczyć – wspomina Religa.

Dość szybko przyszły wirtuoz gitary zorientował się, że klasyczne granie ogranicza jego możliwości. Przyszedł więc czas na gitarę elektryczną. – Moim ulubionym gitarzystą był wówczas Michael Schenker z zespołu UFO i on miał gitarę Gibson Moderne w kształcie takiej spłaszczonej gwiazdy. Dla mnie była nie do osiągnięcia, dlatego wybrałem Defila Kosmos, który z wyglądu był bardzo do niej podobny. To była moja pierwsza gitara elektryczna – mówi Arek z nutą rozrzewnienia.

Po wielu latach historia zatoczyła krąg. Arek Religa znów gra na polskich gitarach, jednak z Kosmosem nie można ich już porównywać. –  Dzisiaj gram na gitarach PX. Wykonuje je ręcznie lutnik ze Szczecina Andrzej Burczak. Są to gitary robione pode mnie, mają mój kształt, na gryfie są moje inicjały. Na PX-ach gra m.in. Krzysztof Ścierański. Wszystkie robione są z siedmiu gatunków drzewa wysokiej jakości – podkreśla z dumą Religa.

Zanim jednak PX-y pojawiły się w rękach Arka musiały minąć lata ciężkiej pracy, nauki i wyrzeczeń. Pierwszym jego zespołem był „Kant” powstały w 1982 na fali fascynacji muzyką rockową. To w nim Arek zaczął błyszczeć jako gitarzysta solowy. Choć zespół występował lokalnie, zebrał kilka nagród, przede wszystkim za partie gitary solowej. To ośmieliło jego członków, by spróbować swych sił na festiwalu w Jarocinie. – To był rok 1984. Pojechaliśmy do Jarocina z zespołem “Kant” pełni nadziei, ale nie załapaliśmy się na żaden występ. Na drugi, czy na trzeci dzień przebraliśmy się wszyscy, żeby nas nie rozpoznano i nazwaliśmy się „Guliwer”. Zagraliśmy trochę inny repertuar i dzięki temu dostaliśmy się na festiwal. Sporo było potem zabawy, jak organizatorzy zorientowali się, że „Guliwer” to w rzeczywistości „Kant” – śmieje się Religa.

Rzeczywistość lat 80-tych, nie sprzyjająca rozwojowi muzyki rockowej sprawiła, że mimo rosnącej popularności „Guliwer” rozwiązał swój skład. Na początku lat 90. artysta zaprzestał występów i skupił się na doskonaleniu różnorakich technik gitarowych, a w szczególności tajemniczo brzmiącego dla laika “tappingu oburęcznego” – Granie tappingiem polega na tym, że lewą ręką i prawą grasz tak samo. To taka trochę technika pianistyczna. Dwoma rękoma przebierasz po gryfie. Wszystko zaczęło się od Ediego Van Hallena, on wówczas używał jednego palca prawej ręki. Ale mistrzem tej techniki jest gitarzysta jazzowy Stanley Jordan. Jak go zobaczyłem, to zwariowałem. Pięć lat się tego uczyłem. Teraz nie używam jej za wiele, ale mam zamiar wydać na DVD szkółkę z tą techniką – podkreśla Arek.  To nie pierwszy tego typu pomysł artysty, bo już wcześniej zbierał materiały do wydania szkółki dla adeptów gitary. Część z nich ukazała się w magazynie “Gitara i Bas” Janusza Popławskiego, najbardziej popularnym w owych czasach czasopiśmie dla muzyków.

W roku 1999 Arek Religa wrócił na scenę, biorąc udział w trasie koncertowej lidera “Varius Manx” Roberta Jansona, promującej jego solową płytę “Nowy Świat”. – To była rewolucja w moim życiu, także finansowa. Wcześniej nie mogłem żyć z koncertów, musiałem dorabiać na chałturach, zresztą jak większość z nas – wspomina Arek. – Po trasie z Jansonem, którego niezwykle cenię i miło wspominam, liczyłem, że pojadę w kolejną długą trasę, tym razem z „Varius Manx”. Tak jednak się nie stało. Decyzję odwlekano z miesiąca na miesiąc a mnie kończyły się pieniądze. Dostałem wówczas propozycję wyjazdu do USA, no i skorzystałem.

Do Chicago przjechał w 2000 roku. Plan był prosty – przyjechać na pół roku, zarobić tyle, by kupić porządny sprzęt i wrócić do Polski. O karierze muzycznej w USA nawet nie myślał. – Wszyscy znajomi mówili mi, że w USA jest strasznie trudno wybić się muzykowi, więc nie zaprzątałem sobie tym głowy. Niestety, nie udało się zarobić i odłożyć w te pół roku tyle, ile oczekiwałem, więc musiałem zostać na kolejne pół roku, a potem znów na kolejne, bo sytuacja się powtórzyła. Patrząc dziś z perspektywy czasu uważam, że musiało tak być.

Dość szybko zorientował się, że jeżeli chce w USA rozwijać się muzycznie to ma dwa wyjścia – albo będzie wydawał krocie na studia nagrań, albo wszystko ogarnie sam. Postawił na to drugie, choć łatwo nie było. – Do szkoły muzycznej uczęszczałem zaledwie pół roku i to w klasie kontrabasu, bo wówczas w pobliskiej Jeleniej Górze klasy gitary nie było. Mam jakieś pojęcie o nutach, ale nie czytam ich płynnie. Nie mam wykształcenia muzycznego, słaby jestem z teorii. Ale dziś nie stanowi to problemu, bo są komputery. Jednak, kiedy przyjechałem do USA to trochę czułem się kaleką. Nawet nie wiedziałem, jak komputer się włącza. Nigdy mnie to nie interesowało. Tragiczna też była moja znajomość angielskiego. Kiedyś poszedłem do „Guitar Center” z zamiarem kupienia wzmacniacza. Pooglądałem jakieś pudełka, a że nie bardzo mogłem dogadać się ze sprzedawcą, to po krótkiej „rozmowie” jedno z nich kupiłem w ciemno. Jak wróciłem do domu, to okazało się, że w pudełku jest jakaś płyta. Dopiero mój kolega wytłumaczył mi, że jest to software do nagrywania. Uruchomiłem go w laptopie i zobaczyłem, że jest tam kilka śladów i kilkanaście efektów gitarowych. Załamałem się, że w życiu tego nie opanuję – wspomina Arek.

A jednak opanował. Dziś w swoim domu na przedmieściach Chicago ma własne studio nagrań wyposażone w oprogramowanie na najwyższym światowym poziomie z setkami śladów i nieograniczoną ilością efektów. Wszystko co tworzył w zaciszu domowego studia, wysyłał na różne konkursy. Wierzył, że prędzej czy później musi osiągnąć sukces. – Paulo Coelho napisał w Alchemiku, że jeśli czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat staje na głowie, żeby udało ci się to osiągnąć. Ja cały czas czułem i nadal czuję, że jest wokół mnie jakaś siła, mądrość, nie wiem jak to nazwać, która podpowiada mi co mam w życiu robić. Do “Guitar Player” wysłałem zgłoszenie tak trochę przypadkowo i nie wierzyłem, że mogę coś wygrać, szczególnie jak zobaczyłem moich rywali. Na dodatek, to zgłoszenie było nie do końca zgodne z regulaminem, ale jurorom tak się spodobała moja osobowość gitarowa, że zdobyłem trzecie miejsce. Gitarzystów grających szybko i sprawnie technicznie jest cała masa, ale oni szukali osobowości i taką we mnie odkryli. Spodobało im się też moje brzmienie. Choć nie osiągnąłem jeszcze sukcesu finansowego, zdobyłem uznanie jako artysta. I to się liczy. Kiedy w Polsce oglądałem magazyn „Guitar Player”, nawet nie śmiałem marzyć, że mogę się znaleźć w tej gazecie. Przez te ostatnie 5-6 lat w sumie zdobyłem około 30 różnych nagród i wyróżnień.

Trudno je wszystkie wymienić. W kwietniu 2007 Arek Religa wygrał konkurs Texas Music Project (Guitar Solo Contest) w kategorii “Electric Guitar”. Główną nagrodą był wspólny koncert z takimi legendami jak: Eric Johnson, George Lynch, Joe Bonamassa czy Paul Red Smith. Niestety, Arek na koncercie nie pojawił się. – Najnormalniej przestraszyłem się, to było wyjście na szeroką wodę, a ja jeszcze wtedy nie byłem gotowy, no i znajomość języka była słaba, bałem się, że się nie dogadam, ośmieszę. Ale mimo wszystko, ta nagroda dała mi ogromny bodziec do dalszego działania.

W połowie 2008 roku Religa otrzymał nominacje do nagrody LAMA (Los Angeles Music Awards) w kategorii “Best Instrumental Album of 2008” oraz do nagrody ISSA (Independent Songwriter-Singer Associacion) w kategorii “Songwriting/Instrumental”, a 20 listopada w znanym z ceremonii oskarowej Kodak Theatre w Hollywood, w Kalifornii odebrał nagrodę akademii Hollywood Music Awards w kategorii “Best New Age Artists”.

W bieżącym roku dwa utwory z jego najnowszej płyty „Warrior” już są nominowane do tej prestiżowej nagrody i to w kilku kategoriach. – Ta płyta to pewien przełom w moim życiu. Ona ma już zdecydowanie mniej gitary, a dużo więcej muzyki. Gitara nadal jest przewodnia, ale cały podkład jest dużo ciekawszy muzycznie – mówi Religa.

Kalifornijskie nagrody i doświadczenia sprawiły, że Arek podjął dość ekstremalną decyzję, całkowicie zmieniającą jego życie i najbliższych. Postanowił na stałe przeprowadzić się w okolice Los Angeles. – Chicago to prężne muzycznie miasto, ale nie jest łatwe dla muzyków rockowych. W LA rządzą wszystkie style muzyczne. Tam widzę swoja szansę. Mam coraz większe uznanie wśród muzyków i krytyków. No i mam produkt – moją najnowszą płytę, z której jestem bardzo zadowolony.

Arek Religa jest obecnie najbardziej cenionym i najlepiej rozpoznawalnym polskim gitarzystą w USA. Nigdy jednak nie osiągnąłby tego bez wsparcia najbliższych – żony Iwony oraz córeczek Natalii i Oliwii. – Jak dostałem informację w 2011 roku, że jestem finalistą konkursu „Guitar Playera” i wiąże się to z wyjazdem na trzy dni do Nashville, to moja żona bez wahania pojechała ze mną. Tam zobaczyła, że to wszystko ma sens, że to nie jest zabawa, że ja już uczestniczę w tym świecie. Od tego momentu nie ma już wątpliwości. Owszem, kiedyś zdarzało się, że narzekała na brak kasy, ale to normalne. Wielu muzyków zmarnowało swój talent, bo w pewnym momencie żona powiedziała im “weź się do roboty, zarabiaj pieniądze”. U mnie było inaczej. Teraz żona bez sprzeciwu postanowiła rzucić wszystko i wyjechać ze mną do Kalifornii. Ona wierzy w to co robię. To daje mi dodatkowy power do działania.

Nasz Czarodziej Gitary bez wątpienia skazany jest na sukces i sławę. Ta druga z pewnością nie uderzy mu do głowy i nie przerazi, bo Arek ma silny charakter i obraca się w innym muzycznym świecie niż Madonna, czy Rolling Stonesi.

Pożegnalny koncert z fanami z Chicago promujący jednocześnie najnowszą płytę “Warrior” odbędzie się 7 czerwca o godz. 20:00 w Premier Lounge of Glenview, 2626 Golf Rd., w Glenview.

Robert Wachowiak

Categories: Kultura, Polonia

Comments

  1. jakotako
    jakotako 2 lipca, 2014, 11:25

    Chciałbym zobaczyć jakikolwiek materiał na którym Michael Schenker używa Gibsona Moderne. Używał on Gibsona Flying V, nieco podobnego do Moderne ale gitarzysta ze stażem powinien odróżnić od siebie te dwie kultowe gitary.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*