Cud Bożego Narodzenia

fot.Brigitte Tohm/pexels.com

fot.Brigitte Tohm/pexels.com

 

Każdy z nas marzy o magicznych świętach, przepełnionych ciepłem i niepowtarzalną atmosferą dziejącego się cudu. Takim cudem jest pojednanie, wybaczenie, życzliwość. Także spojrzenie na życie z innej perspektywy, przewartościowanie i pragnienie zmiany. Poniżej historie osób, które doświadczyły cudu Bożego Narodzenia.

Jarek

Dwa lata temu, na dwa tygodnie przed świętami już nie pracowałem. Jestem płytkarzem, zimą zawsze jest mniej pracy, a że miałem poważny problem z alkoholem siedziałem w domu i piłem. Sytuacja w domu była tragiczna, żona się nie odzywała, wspominała o rozwodzie. Pomyślałem, że najwyższy czas zając się swoim alkoholizmem i na tydzień przed świętami pojechałem do Haymarket, zamkniętego ośrodka leczenia uzależnień, na ewaluację. Okazało się, że absolutnie kwalifikuję się na leczenie i zostałem wpisany na listę oczekujących. Telefon, że właśnie zwolniło się miejsce dostałem w Wigilię rano. Stwierdziłem, że święta i tak będą sztuczne, a jak zacznę pić, to skończę pewnie gdzieś w lutym. Żona szykowała się na kolację u rodziców, a ja spakowałem się i pojechałem na odwyk. Pech chciał, że w samochodzie znalazłem niedopitą flaszkę. Stwierdziłem, że skoro to ma być ostatni alkohol w moim życiu, to warto się napić. Po przyjeździe do Haymarket, zamiast na oddział, trafiłem na detoks.

Wielu Wigilii w swoim życiu nie pamiętam, nawet nie z racji swojego picia, ale po prostu były do siebie podobne i dość nudne, i standardowe. Ta sprzed dwóch lat była szczególna. Oprócz mnie na sali było kilkunastu mężczyzn. W chwili, gdy moja żona łamała się opłatkiem z teściami, ja leżałem na łóżku, patrzyłem w sufit i słuchałem, jak ludzie schodząc z heroiny gryzą metalowe ramy łóżek. To było coś strasznego. Alkohol zaczął mnie puszczać. Zastanawiałem się, czy stamtąd nie uciec, ale przyszło mi do głowy, że skoro Pan Jezus urodził się w stajence, ja mogę zacząć moje nowe życie na tej sali, wśród wyjących z bólu narkomanów. Na drugi dzień, w Boże Narodzenie, na detoks przyszedł amerykański ksiądz i przyniósł nam prezenty. Ja dostałem plastikowy krzyż. Jeden z moich towarzyszy niedoli dostał taki sam, odpakował i roztrzaskał o ścianę, bo spodziewał się nowych skarpet. W drugi dzień świąt przenieśli mnie na oddział. Założyłem sobie, że skoro już przyszedłem się leczyć, to zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby z terapii wynieść jak najwięcej. Codziennie klękałem przed tym plastikowym krzyżykiem i prosiłem o pomoc. Włożyłem w trzeźwienie wiele wysiłku. Nie piję dwa lata. U mnie w domu nad drzwiami wisi plastikowy krzyż.

Świąt spędzonych na detoksie nigdy nie zapomnę, tak jak tych, kiedy miałem siedem lat i z wypiekami na policzkach czekałem na Mikołaja. Wychodząc z tej sali odwróciłem się i obiecałem sobie, że więcej tam nie wrócę. Robię wszystko, żeby dotrzymać danego sobie słowa.

fot.Negative Space/pexels.com

fot.Negative Space/pexels.com

Agnieszka

To było na kilka dni przed końcem ubiegłego stulecia. Zaintrygowana opowieściami przyjaciela wybrałam się z mężem do Doliny Śmierci. Byliśmy kilka miesięcy po ślubie. W pierwszy dzień świąt wylecieliśmy z Chicago. Dotarliśmy do Devalley Junction. To maleńka, opuszczona osada, w której mieszka niezwykła osoba. Nazywa się Marta Beckett, jest baletnicą, a do Doliny Śmierci przyjechała w latach sześćdziesiątych. Trafiła tam przypadkiem. Podczas podróży z mężem przez Dolinę Śmierci, zepsuł im się samochód. Czekając na naprawę, Marta poszła na spacer. Weszła do opuszczonego hoteliku, białego budynku w kolonialnym stylu. Na końcu korytarza znajdowało się zamknięte pomieszczenie. Kiedy zajrzała do niego przez dziurkę w ścianie, zobaczyła scenę. To był teatr. W tym momencie poczuła, że znalazła swoje miejsce, że powinna tu zostać i występować na tej scenie. Budynek jakby prosił, żeby się nim zająć.

Marta Beckett przekonała do pomysłu męża i zamieszkali w opuszczonym hotelu. Przez następne dziesięć lat, w każdy weekend, występowała z przedstawieniem baletowym. Nawet przed pustą salą, dla myszy i karaluchów. Marta Beckett jest też zdolną malarką, postanowiła więc, że namaluje sobie widownię. Wokół sceny, na ścianach i suficie zasiadają wpatrzeni w przedstawienie widzowie, a na wprost sceny na tronach siedzą król z królową.

W święta trafiliśmy na przedstawienie. Marta miała już wtedy prawie osiemdziesiąt lat, wciąż występowała, a jej mąż akompaniował na pianinie. Oprócz nas na widowni była jedna osoba. Marta tańczyła z niezwykłą radością, a jej występ był podróżą w czasie i przestrzeni. Poczułam się, jakby czas cofnął się o sto lat. To było piękne i niesamowicie inspirujące doświadczenie, dużo z niego we mnie zostało. Wtedy uświadomiłam sobie, że nigdy nie wolno odkładać marzeń na później, że żeby się spełniły, trzeba się o nie troszczyć. Że jeśli coś się kocha, trzeba to robić. Tak jak Marta Beckett, która powiedziała mi, że zawsze kochała tańczyć, a widzowie się znajdą. I tańczyła, nieważne że często przy pustej sali. Warto robić w życiu to, co się kocha, a publiczność można sobie samemu namalować.

Ania

Świąteczny cud właśnie mi się wydarza. To taki mały cud, który dzieje się codziennie. A właściwie połączenie dwóch cudów: ekonomicznego i ludzkiej życzliwości. Ostatnio bardzo nie układało mi się w pracy. Zdecydowałam, że pójdę „na swoje”. Sprzątam domy i dzięki rekomendacjom w dwa i pół tygodnia mam już ośmiu klientów. Problem w tym, że kilka dni po rozpoczęciu działalności rozbiłam samochód. Niegroźnie, ale jest w warsztacie. Za naprawę musiałam zapłacić z własnej kieszeni, więc w tym miesiącu zabrakło mi pieniędzy na czynsz. Czyli od dwóch tygodni jestem bez samochodu i bez pieniędzy, a mimo to rozkręcam biznes i idę do przodu. Przyjaciele i znajomi pomagają mi niesamowicie. Jeden kolega pomógł mi wynająć na kilka dni auto, drugi podwiózł mnie dzisiaj do pracy. Życzliwość ludzi jest niesamowita! Dziękuję!

Sławek

Pochodzę ze wsi, z wielodzietnej rodziny, mam wspaniałych rodziców. Przez pierwsze dwadzieścia trzy lata mojego życia Boże Narodzenie spędzałem z rodziną. To były piękne, rodzinne, tradycyjne święta, pełne modlitwy i życzliwości. Po przyjeździe do Stanów zacząłem bardzo ciężko pracować. W sklepie spożywczym, od świtu do późnej nocy. Pamiętam moją pierwszą Wigilię w Ameryce. Skończyliśmy pracę po ósmej wieczorem. Razem z kolegą pojechałem do jego znajomych, którzy mieszkali w bejzmencie. Barszcz, który wzięliśmy ze sklepu, odgrzaliśmy w mikrofalówce. Nie było opłatka, a moją propozycję, żebyśmy się wspólnie pomodlili, wyśmiano. Na stole była praktycznie tylko wódka. Pamiętam, że ze schowka pod schodami zadzwoniłem do mamy, do Polski, i przepłakaliśmy dwie godziny.

Kolejne lata i święta nie różniły się od siebie i wcale mnie nie cieszyły. W Wigilię kończyłem pracę wieczorem, samotnie jadłem kolację i szedłem na pasterkę. Kilka lat temu w sklepie, w którym byłem już wtedy menadżerem, atmosfera bardzo się zepsuła. Próbując pogodzić właścicieli i grupę pracowników, znalazłem się pomiędzy młotem a kowadłem. W końcu wszyscy się ode mnie odwrócili, ale moja ambicja nie pozwalała mi odejść z firmy. Ostatnie pięć lat żyłem jak w amoku, pracując po sto godzin tygodniowo, w atmosferze nie do zniesienia. Żeby złagodzić stres, zacząłem brać tabletki przeciwdepresyjne i uspokajające. Całkowicie zatraciłem siebie.

W Wigilię zeszłego roku byłem tak załamany, że po raz pierwszy nie zadzwoniłem nawet do rodziców. Wtedy zdarzył się świąteczny cud. Zadzwoniła do mnie znajoma przyjaciół, kobieta, którą spotkałem dwa razy w życiu. Porozmawialiśmy, a przez kolejne dwa tygodnie przyjeżdżała do mnie do sklepu zobaczyć jak się czuję, wesprzeć, przywoziła mi lunch. Dzisiaj jest moją szefową. W Wigilię zeszłego roku napisałem też smsa do znajomego, proste, standardowe życzenia. A on mi odpisał „Sławciu, musimy porozmawiać”. Spotkaliśmy się, a on powiedział, że na tę rozmowę czekał pięć lat.

Potrząsnął mną bardzo mocno, opowiedział mi swoją przejmującą historię. Minęło kilka tygodni. Pewnego dnia wstałem i zamiast zacząć dzień od tabletek, pozbyłem się ich. Wkrótce potem odszedłem z firmy, w której nie dało się już wytrzymać. Dzisiaj widzę, jak bardzo byłem zagubiony w pędzie, własnej ambicji i rozpaczy. Widzę też, że Bóg wielokrotnie dawał mi znać, że potrzebuję zmiany, ale udawałem, że tych znaków nie widzę. Może dlatego postanowił przysłać swoje anioły, te osoby, dzięki którym gruntownie zmieniłem swoje życie.

Tegoroczne święta spędzę ze znajomymi. Jestem zaproszony do pięciu osób! Planuję odwiedzić ich wszystkich. Dzisiaj wiem, że każdy dzień jest bezcenny, a żadne pieniądze i żadna kariera nie są warte, żeby zatracić samego siebie. Znalazłem spokój, nie muszę brać tabletek na ukojenie nerwów. Spokojnie idę swoją drogą.

fot.picjumbo/pexels.com

fot.picjumbo/pexels.com

Kasia

Do Ameryki przyjechałam w 2003 roku. Miałam wtedy 19 lat. W Chicago nie znałam nikogo, znalazłam pracę z zamieszkaniem, a na weekendy wynajmowałam pokój, który w rzeczywistości był pralnią. Nie było w nim nawet okna, a łóżko stało obok pralki i suszarki.

W Polsce zawsze spędzałam święta z rodziną, bardzo radosne i tradycyjne. Na kilka dni przed świętami zrozumiałam, że przyjdzie mi je spędzić samotnie. Nigdy nie zapomnę, jak bardzo było mi wtedy smutno i źle. Na dzień przed Wigilią zadzwoniła do mnie dziewczyna, którą poznałam parę tygodni wcześniej i… zaprosiła mnie na wigilijną kolację. Na początku nie chciałam iść, bo byłam przekonana, że moim nastrojem zepsuję święta innym. Ale pojechałam. Pamiętam, że w dzień Wigilii spadł śnieg, chyba ze trzy stopy, a ja jechałam na przedmieścia kupionym kilka dni wcześniej samochodem i z duszą na ramieniu. Okazało się, że na wigilii jest ponad dwadzieścia osób, zebrała się cała rodzina, a ja byłam jedyną osobą spoza niej. Przyjęli mnie tak ciepło i serdecznie, że poczułam się jak w domu, choć widziałam ich po raz pierwszy w życiu. Wtedy zrozumiałam, jak ważna jest bezinteresowność i życzliwość, bo jej dotykalnie doświadczyłam. Dosłownie, byłam tym zabłąkanym wędrowcem, dla którego stawia się na stole dodatkowy talerz. Dziś mam swoją rodzinę, ale w każde święta zapraszam kogoś, kto nie ma z kim podzielić się opłatkiem. Wiem, jakie to ważne, żeby właśnie w te specjalne dni nie być samotnym.

Andrzej

Przyjaciele mówią na mnie Czapeczka, albo Śledzik, bo jestem z Białegostoku. Cudem dla mnie jest spędzenie świąt z moją córką, rozmowa, szczerość i bliskość. Cudem jest dla mnie to, że żyję. W październiku 2014 roku dowiedziałem się, że mam raka lewego płuca. Pociłem się od pasa do szyi i podejrzewałem, że coś jest nie tak. Piętnaście minut po prześwietleniu zadzwoniła do mnie lekarka. Trzy guzy, największy wielkości pomarańczy, 7 na 10 centymetrów. Usiadłem przed lekarką i zapytałem: „Pani doktor, co robimy?”, a ona spytała „Jeszcze nie umierasz na tym krześle?”

Dostałem się na leczenie do szpitala uniwersyteckiego UIC. Przeszedłem cztery chemioterapie, w końcu wycięli mi lewe płuco. Po operacji ból był taki, że sikałem w majtki; córka kupiła mi pampersy. Ale to był tylko ból fizyczny, do wytrzymania. Pamiętam, że przed świętami brałem trzecią chemię. Na te same zabiegi chodziła przepiękna dziewczyna. Modelka, dwadzieścia dwa lata. Zawsze przywoził ją ojciec. W poniedziałek była, wzięła chemię. W środę jej nie było. Zapytałem pielęgniarkę, gdzie jest ta dziewczyna, odpowiedziała, że w nocy umarła. Siedziałem tam przez sześć godzin, z tymi igłami i rurkami, i płakałem. To był przełom. Życie przeszło mi przed oczami. Zrozumiałem, że ja żyję, a ona umarła, a mogło być na odwrót. Przecież ten największy guz zatrzymał się na dwa milimetry przed sercem.

Od tamtej chwili wiem już, jak mam żyć. Zrozumiałem, jak kruche jest życie, że liczy się tylko jeden dzień, ten dzisiejszy. Wszystko mam załatwione, wyjaśnione. Jestem wdzięczny za raka, bo zmienił moją perspektywę, zmusił do zmiany. Dzisiaj codziennie dziękuję Bogu za kolejny dzień. Dzielę się tym co mam. W tym roku wybieram się na Jackowo, na wigilię dla bezdomnych. Chcę pobyć z nimi, połamać się opłatkiem, nałożyć im na talerze wigilijne potrawy.

Dzisiaj jestem bogatym człowiekiem. Mam wiarę, mam wdzięczność. Żyję godnie i wygodnie. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Wczoraj w domu gotowałem farsz na krokiety, piekłem schab ze śliwką. W radiu leciały kolędy, a ja śpiewałem na cały głos i płakałem ze szczęścia.

Zebrał: Grzegorz Dziedzic

gdziedzic@zwiazkowy.com

Categories: Polonia, Społeczeństwo

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*