Chwała na wysokościach

Gdy opadną emocje, umilkną głosy i wyciszą się komentarze towarzyszące każdej spektakularnej śmierci polskiego himalaisty, warto wsłuchać się w ciszę… najlepiej ciszę gór i wysłuchać, co mają do powiedzenia ci, którzy dobrze ją znają. Można ich znaleźć nawet na takich nizinach jak Chicago.

 

Nanga Parbat fot.Olivier Matthys/EPA/REX/Shutterstock

Przemek wie, co to wspinaczka w nocy. Po ciemku wspinał się na szczyty m. in. w Nevadzie, Tatrach i Dolomitach. Wie również, jak zachowuje się organizm na wysokości. Nie chce się jeść ani pić, trzeba wmuszać w siebie płyny i pokarm, aby dostarczyć ciału energii, a i tak nie ma szans na odpowiednią regenerację. Na wysokości jest tylko trzy czwarte tlenu, jaki mamy na poziomie morza. – W górach przemierzenie jednego metra ciągnie się czasem w nieskończoność. Robisz mały krok, odpoczywasz, bierzesz trzy oddechy i dopiero następny, a co dopiero z plecakiem i ekwipunkiem. Tak jest na 3-4 tysiącach, a co dopiero na 8 tysiącach nad poziomem morza – mówi 39-letni miłośnik gór i wspinaczki z Schiller Park, Przemysław Jurczyk, nawiązując do wydarzeń z 27 stycznia, kiedy po szczytem ośmiotysięcznika Nanga Parbat pozostał polski himalaista Tomasz Mackiewicz.

Inny pasjonat wysokości, 41-letni Rafał Kaczmarczyk był świadkiem, gdy podczas zejścia z chilijskiego wulkanu na wysokości 5600 m n.p.n. w ciągu dwudziestu minut z towarzysza wędrówki zaczynało „robić się warzywo”. Nogi odmawiają posłuszeństwa, zanika świadomość, ciało stawia opór. W ostateczności przewodnik zaczął go znosić, a Rafał pośpieszył z pomocą. – Proszę mi uwierzyć, znosić dorosłego mężczyznę, nawet paręset metrów i nawet we dwóch, to jest naprawdę problem. A to wszystko było na wulkanie, który jest przecież stożkowaty, a gdzie tam dopiero lodowa ściana… Sam doświadczył też choroby wysokościowej, choć nie w tej najgorszej odmianie z obrzękiem płuc czy mózgu. – Kompletna apatia, niechęć do wszystkiego, problem z oddychaniem, senność, ból głowy, brak apetytu, problemy z koncentracją, zaburzenia mowy – relacjonuje chicagowianin.

Od ścianki na ścianę

W środowisku polonijnym nie ma oficjalnego klubu wspinaczy. Jest za to mnóstwo pasjonatów, dla których górskie wyprawy stanowią oderwanie od codzienności i ciężkiej pracy na emigracji. Wyjazdy odbywają się na zasadzie kumpel dzwoni do kumpla, planowanie zajmuje czasami wiele miesięcy, nieraz lat. Jedni wciągają w góry drugich. Zawsze jest do kogo zadzwonić.

Przemka pierwszy raz na ściankę wyciągnęli koledzy w Polsce 20 lat temu. Były to pierwsze ścianki w szkołach podstawowych na Śląsku. Potem już w Chicago inny kumpel zabrał go na zakupy sprzętu i pierwszy piaskowiec w Palisade State Park. I tak się zaczęło. Grupka wielbicieli wspinaczki zaczęła się powiększać, po Wisconsin przyszła pora na Kolorado i pierwsze ściany. Potem było Kilimandżaro, Alaska, Meksyk i Mont Blanc. Wraz z kumplami wspinali się niby na poważnie, ale głównie opierając się na metodzie dedukcji. – Każdy coś tam zobaczył na obrazku i próbowaliśmy, jak się dało, często bez kasków – przyznaje Jurczyk.

Pewnego dnia podczas wspinaczki w Kolorado Przemek pomyślał sobie „Co by było, gdyby tak teraz kumpel poleciał w dół i połamał się”. Ta myśl zainspirowała go do zrobienia kursów taternika. – Na kursie okazało się, że do tej pory wszystko robiłem źle. Źle trzymałem linę, źle budowałem stanowiska. Instruktorzy byli w szoku, że jeszcze żyję…

– Na kursach uczą, jak wyciągać kogoś ze szczeliny. Przytomnego i nieprzytomnego. Na lodowcu niedaleko Mont Blanc mieliśmy takie ćwiczenia. Jeżeli człowiek jest przytomny, to jeszcze nic, ale nieprzytomny… Leżysz na lodzie, pas wspinaczkowy rwie cię w dół, a ty musisz utrzymać ofiarę, siebie, zbudować stanowisko – to jest taki ból… A to tylko na wysokości 3 tysięcy. Robienie czegoś takiego na wysokości 8 tys. zdaje się być nierealne, zwłaszcza jeśli ofiara nie może ci pomóc.

Od skałek w Wisconsin zaczynał w Ameryce również Rafał. Pierwszy raz do Stanów przyjechał w wieku 16 lat. Nowa szkoła, przeprowadzki, nowe otoczenie sprawiły, że wpadł w złe kręgi. Skończyło się na narkotykach. Rodzice wpakowali go więc w samolot i wysłali do Polski w nadziei, że znajdzie lepsze towarzystwo. On znalazł góry. Gdy po roku wrócił do Stanów, bardzo mu ich brakowało. Kolega wyciągnął go na skałki do Wisconsin, wszystkiego nauczył. Potem było Kolorado, Chile, Alaska, Meksyk. Skałki i sztuczne ścianki to trening pod duże góry, na które wyprawy organizuje dwa razy w roku. Jednak Rafał nie przywiązuje wielkiej wagi do sukcesów wspinaczkowych. Za swój największy sukces uważa wciągnięcie we wspinanie innych. – Zabierałem w góry ludzi zupełnie zielonych i nic się im nie stało. Wiele osób zaraziłem górami.

Tomasz Czapkins Mackiewicz fot.Facebook

„Góry są jak narkotyk. Ciągnie tam człowieka. Ktoś powiedział kiedyś, że gdyby nie góry 60 proc. wspinaczy byłoby pewnie uzależnionych od alkoholu lub narkotyków. Coś w tym jest. Góry potrafią zmienić człowieka”

Potężna cisza

Wśród miłośników gór krąży niczym legenda słynna odpowiedź wybitnego międzywojennego brytyjskiego alpinisty George’a Mallory’ego. Zapytany dlaczego chodzi po górach, odpowiedział „Bo są”.

Wspinaczy w góry przyciąga ryzyko, adrenalina, sprawdzenie samego siebie. Wielu ujmuje także bezpośredni kontakt z przyrodą. – Niby są takie wielkie i potężne, i do tego te niebezpieczne wiatry, a potrafi tam być taka cisza… Ta cisza jest przenikająca – snuje opowieść Przemek. – Na początku człowiek nie wie, czy się tej ciszy bać, czy nią się cieszyć. Z czasem człowiek uczy się jej i zaczyna być ona niezwykle przyjemna. Uwielbiam ten moment, to wsłuchiwanie się w ciszę. Po prostu kocha się tam być. I nie dzieje się to po przeczytaniu książeczki o górach. To są lata, proces, to wciąga. Ponadto w którymś momencie polubiłem to dotykanie własnych granic i nieraz przekraczanie ich, walkę z własnym organizmem, który odmawia na przykład dojścia do schroniska, choć widać już światełko. To tak, że ciało już nie może, chce już usiąść, położyć się. A jednak idzie dalej.

Góry to narkotyk

Rafał przyznaje, że odkąd zaczął się wspinać, żyje od wyjazdu do wyjazdu. 2-3 razy w roku musi wybrać się w góry, choć dawniej było to co miesiąc-dwa. Zauważył również, że jeśli zbyt długo jest na nizinach, robi się coraz bardziej nieznośny. – Z gór wraca się stonowanym, lepszym. Bardziej docenia się rzeczy, na które na co dzień nie zwraca się uwagi. Góry są jak terapia – wyjechać, zrelaksować się, naładować baterie i wrócić lepszym człowiekiem. Najbardziej lubię góry zimą, choć trudniej wówczas znaleźć partnerów do wspinaczki, bo są wówczas takie surowe. I wiatr! Jak ja lubię w górach ten wiatr. I samotność, a także możliwość sprawdzenia samego siebie.

– Góry są jak narkotyk. Ciągnie tam człowieka – Ktoś powiedział kiedyś, że gdyby nie góry 60 proc. wspinaczy byłoby pewnie uzależnionych od alkoholu lub narkotyków. Coś w tym jest. Góry potrafią zmienić człowieka – dodaje Rafał.

Pogląd, że góry są uzależnieniem, podziela mieszkający obecnie w Kolorado 60-letni Jacek Czyż, instruktor alpinizmu z Polski, który ma za sobą szczyty w Himalajach indyjskich, m.in. Satopanth o wysokości 7,075 m n.p.m. Pod koniec lat 90. Czyż jako pierwszy nie-Amerykanin wytyczył nową drogę na jednej z najtrudniejszych i najsłynniejszych ścian wspinaczkowych świata – El Capitan w kalifornijskiej dolinie Yosemite. – Góry to uzależnienie, od którego – w przeciwieństwie od innych nałogów – trudno się wyzwolić – mówi. Kiedyś w góry ciągnęło go samo wspinanie, wybierał trasy maksymalnie trudne, natomiast parę lat temu odkrył również, że przyjemność daje mu zwykłe łażenie po górach. – Robię coś, czym kiedyś gardziłem – śmieje się Czyż, który parę lat temu doznał wypadku ręki utrudniającego wspinaczkę.

Porachunki z górą

Jedne góry zdobywa się, albo nawet nie i przechodzi nad tym do porządku dziennego. Inne nie dają spokoju, są jak drzazga pod paznokciem, której nie da się wyciągnąć. Tak musiało być w przypadku Tomka Mackiewicza i Nanga Parbat – zastanawia się Rafał. – Tak również, choć na mniejszą skalę, jest w moim przypadku. Na przykład na Longs Peak w Kolorado byłem już pięć razy, a mimo to ta góra nie daje mi spokoju. Muszę tam wejść zimą. Do innych gór nie mam takiego sentymentu, choć mam jeszcze porachunki z Pico de Orizaba w Meksyku, do której podchodziłem już dwa razy…

Megawyczyn

Wobec niedawnej akcji ratunkowej przeprowadzonej przez czwórkę Polaków biorących udział w wyprawie na K2 ludzie gór są pełni podziwu. Jedną z tych osób jest Robert Stocki, 57-letni fotograf i podróżnik obecnie mieszkający w Downers Grove. Wraz z żoną Barbarą w latach 90. uczestniczyli w wyprawach himalajskich organizowanych przez Krzysztofa Wielickiego. Do dziś utrzymują bliski kontakt z czołówką himalaistów starej szkoły – Wielickim, Piotrem Pustelnikiem, Januszem Majerem. Gdy rozgrywały się wydarzenia na Nanga Parbat, otrzymywali informacje z pierwszej ręki. – To jest dość wąskie środowisko. Ci ludzie znają Himalaje jak własne podwórko, znają się z lokalnymi władzami. Do opinii publicznej dociera tak naprawdę tylko część historii. Scenariusze są znane i przewidywalne, a szanse ocenia się realnie. Sprawa jest prosta, człowiek miał pasję, bez której nie mógł żyć i którą przypłacił życiem. Zapewniam panią, że tam nikt nie jedzie, żeby się zabić. Ci ludzie są świetnie przygotowani i liczą się z ryzykiem. Krzysiek (Wielicki) bardzo rzadko kogoś komplementuje, a on mi powiedział, że ta akcja to był wyczyn. I był. Nieprawdopodobny.

– To co oni zrobili, tysiąc metrów wspinania w nocy, w lodzie, w pionie, w ciągu ośmiu godzin – to był megawyczyn. Mistrzostwo świata. Trzeba mieć niesamowitą wydolność. Niejeden by się nawet nie podjął takiego wyzwania – mówi Przemek. – Miałem sytuację, że utknąłem wraz z kumplem na całą noc na 4 tys. m bez namiotu, bez niczego. Byłem przekonany, że facet mi nie przeżyje i cały czas myślałem o tym, co powiem w domu jego rodzinie. Choć jest zasada, że w górach nigdy nie zostawia się partnera, w Himalajach panują ekstremalne warunki, których my nigdy nie doświadczyliśmy i nie nam jest oceniać – dodaje Rafał.

Góra przeznaczenie

Jacek Czyż, który podczas swoich wypraw nieraz otarł się o śmierć, wierzy w przeznaczenie oraz w to, że każdy ma przypisaną śmierć w danym miejscu i czasie, i przed nią nie ucieknie. – To nie znaczy, że należy podstawiać głowę pod topór, lecz ludzie niezorientowani we wspinaniu nie powinni wypowiadać się na temat ryzyka, jakie podejmujemy. Zawsze wierzymy, że bezpiecznie wrócimy do naszych rodzin. Sam prekursor stylu alpejskiego Wojciech Kurtyka nazwał wyczyn Mackiewicza artyzmem. I dla mnie to znaczy najwięcej – dodaje Czyż.

W najwyższych górach świata – Himalajach i Karakorum – zginęło od lat siedemdziesiątych kilkudziesięciu polskich alpinistów. Jeżeli jest taka możliwość, ich ciała chowa się w szczelinach lub usypuje kopiec z tabliczką. Czasami zostawia się je w namiotach. Nie ma możliwości sprowadzania zwłok na dół bez narażania życia innych. Ciała wspinaczy, którzy zginęli w górach, na zawsze pozostają na wysokościach. O widoku martwych ciał na szlaku na najwyższą górę świata, Mount Everest, krążą legendy. Upiorne, zmumifikowane przez mróz i wiatr ciała przypominają śmiałkom o tym, że na wysokości 8 tys. metrów nad poziomem morza rządzą inne prawa, które zrozumieć potrafią tylko nieliczni.

Joanna Marszałek

j.marszalek@zwiazkowy.com

Categories: Na bieżąco, Polonia

Comments

  1. fuzzydrowsy
    fuzzydrowsy 4 lutego, 2018, 17:29

    Szkoda chłopaka, wyglądał na poczciwego.

    Reply this comment
  2. Anonim
    Anonim 4 lutego, 2018, 23:16

    Pani Joanno! Widzę nieścisłość pewna! Pisze Pani że Pan Robert Stocki utrzymuje kontakt z Arturem Hajzerem…. A przecież ten nie żyje od dawna. Zginął 7 lipca 2013 na stoku Gaszerbrum I w Karakorum…. więc nie do końca rozumiem…

    Reply this comment
  3. Gujek
    Gujek 5 lutego, 2018, 14:49

    Do Anonim znajdz mi w tym tekstcie nazwisko Hajzer moze tak Majer panie inspektorze👎

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*