Być tatą. Oblicza polonijnego ojcostwa

fot.Jason Nelson/FreeImages.com

fot.Jason Nelson/FreeImages.com

Przyrodni, adopcyjni, weekendowi, samotni, wielodzietni. Młodzi i dojrzali, z rodzinami wielodzietnymi, rozwodnicy i wychowujący niepełnosprawne dzieci. Ojcowie. Bo ojcostwo niejedno ma imię. Poznajcie polonijnych ojców.

Marek Nowacki: tata adopcyjny

Marek Nowacki z Abigail, Kubą i Ellą fot.arch. rodz.

Marek Nowacki z Abigail, Kubą i Ellą fot.arch. rodz.

Ojciec 11-letniego Kuby i dwóch dziewczynek adoptowanych z Polski – 6- i 8-latki. – Kuba chciał mieć rodzeństwo. Czas biegł, a żona nie mogła zajść w ciążę, w końcu zdecydowaliśmy się na adopcję sióstr z Polski. Ellę i Abi adoptowaliśmy dwa lata temu. To były już ukształtowane dzieci, ze swoimi przyzwyczajeniami i rutynami. W domu dziecka żyje się w grupie, obowiązują inne reguły niż w domu rodzinnym. Pamiętam taką sytuację, to było jeszcze w Polsce: poszliśmy z dziewczynkami do pizzerii, usiedliśmy przy stoliku i nagle jedna z córek gdzieś się zapodziała. Odnalazła się po chwili przy stoliku zupełnie obcych ludzi. Zobaczyła, że jest wolne miejsce, więc usiadła.

Po dwóch latach to zupełnie inne dzieci niż te, które poznaliśmy w domu dziecka. Są miłe i serdeczne, nie mają problemu, by mówić „mamo, tato”. Od wszystkich dzieci wymagamy tyle samo, nikt nie jest faworyzowany. Oczywiście, różowo-królewnowy świat dziewczynek jest dla mnie nowy, ale dziewczynki są mną zafascynowane. Pierwsze ich słowa rano to: „Czy jest tata?”. Dziewczynki są nie do zdarcia, chcą pokazać, że nie wymiękają, na przykład kiedy jedziemy na wycieczkę rowerową. Bardzo się starają, na Dzień Ojca przygotowują laurki i prezenty. Tata jest dla nich bardzo ważny. Młodsza Ella miała ostatnio spotkanie w szkole, na które nie mogłem pójść, bo akurat pracowałem. Kiedy dowiedziała się, że nie przyjadę, bardzo płakała, było jej przykro.

Jesteśmy pełną pięcioosobową rodziną. Chcemy promować adopcję wśród Polonii, bo jest czymś pięknym i dobrym.

Marcin Markowski: weekendowy tata

Rozwód zmienił w moim postępowaniu dosłownie wszystko. Rodzina przeprowadziła się z Teksasu do Chicago. Zrezygnowałem z dobrej pracy i przeprowadziłem się za nią tylko po to, by być bliżej dzieci. Mam je wprawdzie na odległość kilkunastu minut jazdy samochodem, ale tak naprawdę jestem z nimi te dwa razy w miesiącu. Jednak te dwa razy po 48 godzin, to mój najcenniejszy czas. Staram się go rozciągać jak najbardziej i wykorzystać jak najlepiej. Skończyły się jakiekolwiek podróże służbowe. Nawet gdy firma prosi mnie o wyjazd, zdecydowanie odmawiam. Te weekendy są w 100 proc. przeznaczone dla dzieci. Obecnie zdaję sobie doskonale sprawę, że jeśli tych chwil nie spędzę z nimi, to już ich nigdy nie nadrobię. Jeździmy więc razem na występy i koncerty, do ogrodu botanicznego i zoo, do biblioteki i na wystawy. Wszędzie tam, gdzie oni, a przy okazji i ja, mogą się czegoś nauczyć. Robimy cokolwiek, ale najważniejsze, że razem.

Nie mam partnerki życiowej, by przypadkiem nie zabierała czasu, który chcę poświęcić dzieciom. Czy kontakty z nimi wyglądają tak samo, gdy byliśmy pełną rodziną? Absolutnie nie. Czuję wyraźnie, że relacje z obojgiem dzieci, a szczególnie z Nelly uległy poluźnieniu. To już nie jest to samo, co kiedyś, ale wiadomo, że wszyscy jesteśmy już w innym wieku i inaczej postrzegamy świat. Mam nadzieję, że moje relacje z dziećmi będą się tylko zacieśniać, choć widzimy się tylko dwa razy w miesiącu. One też mnie potrzebują. W Dniu Ojca nigdy nie zapominają o mnie. Tego dnia zawsze robimy coś wspólnie, choć to dzień poza harmonogramem spotkań. I tak będzie w tym roku…

Marek Rządkowski: do niedawna samotny ojciec

Marek Rządkowski był do niedawna samotnym ojcem. Lekarz okulista, pracownik dużej chicagowskiej kliniki medycznej, 11-letnią obecnie Italkę wychowywał od drugiego roku życia. Opiekę nad córką musiał pogodzić z pracą zawodową, co nie było łatwe. − Zostawiałem córkę po lekcjach na dodatkowe zajęcia po szkole, bo pracowałem i nie miał się nią kto zająć. Teraz jest lepiej, lżej i radośniej.

Od lewej: Iwona, Italka i Marek Rządkowski

Od lewej: Iwona, Italka i Marek Rządkowski fot.arch. rodz.

20160416_143937

Marek Rządkowski z Michałkiem fot.arch. rodz.

Rodzina Rządkowskiego powiększyła się. Itala ma przybraną mamę Iwonę i przyrodniego brata, Michałka, który przyszedł na świat dziewięć miesięcy temu. Italka bardzo kocha braciszka, opiekuje się nim i nie jest zazdrosna. − Nie byliśmy z Iwoną pewni, jak zareaguje Italka na dodatkowego członka rodziny, ale ona sama wyrażała chęć powiększenia rodziny. Italka jest Michałkiem zauroczona. Spędza z nim dużo czasu, bawi się i karmi. Nie ma powodu do zazdrości. Ja zresztą tak samo ją kocham, jak kochałem. I nie ograniczam ze względu na Michałka czasu, jaki spędzam z Italą. Tłumaczę jej, że braciszek jest mały i potrzebuje więcej opieki.

Pytany o sukces w roli ojca, odpowiada, że słyszy pochwały, iż dobrze wychowuje córkę. − Ja tylko pozwoliłem Italce być dzieckiem, ale równocześnie nauczyłem ją norm społecznych, by potrafiła współżyć z innymi ludźmi. Wymagałem, by zawsze mówiła prawdę i dotrzymywała słowa. Uczyłem, dając jej przykład własnym zachowaniem. Zawsze byliśmy w związku partnerskim. Gdy popełniła jakiś błąd, nie urządzałem sądu, nie wymyślałem bezsensownych kar. Itala wie, że jak ma problem, musi mi o nim powiedzieć, to będziemy wtedy rozmawiać i razem go rozwiązywać.

Czego życzyłby sobie z okazji Dnia Ojca? − Więcej czasu dla moich dzieci. A czego życzy innym ojcom? − Żeby kochali dzieci i pamiętali, że są to mali ludzie, i nie stawiali im zbyt wygórowanych wymagań, bo to niepotrzebne źródło frustracji tak dla rodziców, jak i dla dzieci.

Rafał Kowaluk: zawsze chciałem mieć dużo dzieci

Pragnąłem mieć dużo dzieci, choć zdawałem sobie sprawę, że w Ameryce utrzymanie dziecka jest kosztowne. My wprawdzie nie należymy do milionerów, a jednak zdecydowaliśmy się mieć dużo potomków. Mamy ich sześcioro – od 4 do 17 lat. Cóż można o nich powiedzieć? Każde z nich jest inne. Każde cudowne. Patrząc na nich swoim ojcowskim okiem, czuję dumę i radość, że rosną, dobrze się uczą, mają ciekawe hobby, rozwijają się w dobrym kierunku. Czuję radość, że żyją z sobą jak prawdziwe rodzeństwo, pomagają sobie wzajemnie, wspierają się, występują w obronie pokrzywdzonych. Cieszę się też z tego, że z przyjemnością wracają do rodzinnego domu. Wiele jeszcze w naszym życiu się wydarzy, ale z moich dotychczasowych obserwacji wynika, że jeśli nas, rodziców zabraknie to dzieci dadzą sobie w życiu radę. Dadzą sobie radę, bo nie będą samotne, będą mogły liczyć na wzajemną pomoc. Choć, nie powiem, czasem jest ciężko. To wożenie na mecze, tańce, różańce… jest męczące, ale tej przyjemności nie odstąpiłbym nikomu.  A radość, gdy w Dniu Ojca otrzymuję od swojej cudownej szóstki prezent niespodziankę, to przeżycie nie do opisania.

Maciej Cieślukowski: optymizm ponad wszystko

Nasz rozmówca jest rozwiedziony i do niedawna jeszcze był samotnym ojcem, wychowującym córkę Weronikę od drugiego roku życia. Aktualnie jest ojcem nie tylko 9-letniej obecnie Weroniki, ale też 11-letniego Ericka i 15-letniej Kingi, dzieci swej nowej żony Beaty.

Maciej Cieślukowski z żoną Beatą Ejzel i dziećmi: 9-letnią Veroniką, 10-letnim Erickiem i 15-letnią Kingą fot.arch. rodz.

Maciej Cieślukowski z żoną Beatą Ejzel i dziećmi: 9-letnią Veroniką, 10-letnim Erickiem i 15-letnią Kingą fot.arch. rodz.

Kiedy byłem samotnym ojcem na nic nie było czasu. Po powrocie z pracy zdążyłem zrobić obiad, wykąpać córkę, nakarmić, położyć do łóżka, przeczytać bajeczkę i porozmawiać trochę o przedszkolu, o jej problemach i koleżankach. Została mi może godzina dla siebie, ale szybko szedłem do łóżka i zasypiałem zmęczony. To były trudne chwile, ale pomogli mi przetrwać przyjaciele i inni ojcowie w podobnej jak my sytuacji. Spotykaliśmy się, służyliśmy sobie wsparciem − wspomina.

Po rozwodzie Cieślukowski był dość długo samotny bo, jak podkreśla, ciągle szukał ciepła i odpowiedniej rodziny dla dziecka. − Gdy poznałem Beatkę przekonałem się, że jest bardzo matczyna i dzieci też razem się razem super zgrały. Postanowiliśmy spróbować i od dwóch lat jesteśmy wspaniałą rodziną. Dzielimy się obowiązkami. Dzieci bardzo pomagają w domu. Jest nam wszystkim bardzo dobrze. Dzieci cieszą się, że wszyscy mamy teraz prawdziwy dom i mówią, że czują się bezpiecznie. Bo po to jest rodzina − żeby dzieci czuły się bezpiecznie w domu, żeby czuły, że mogą na nas polegać, jak cokolwiek się stanie.

Czego nasz rozmówca życzy innym ojcom? Tego czego i sobie − optymizmu. − Musimy wierzyć, że jutro będzie lepiej i łatwiej. I oczywiście kochajmy dzieci, bo ta miłość wynagradza wszystkie trudy i niepowodzenia.

Tomasz Madej: ojciec i ojciec przybrany

– Jestem ojcem szóstki dzieci, czworo to dzieci biologiczne, a dwoje – przyrodnie. Mam 51 lat, dwie dorosłe córki z pierwszego małżeństwa, dwóch synów w wieku 10 i 6 lat – z drugiego. Moja trzecia żona ma dwoje dzieci: 23-letniego syna i 20-letnią córkę. Po raz pierwszy zostałem ojcem w wieku 21 lat. Byłem młody i niedojrzały, popełniłem mnóstwo błędów, ale myślę, że byłem wtedy bardziej żywiołowy i odważny. Decyzje podejmowałem szybko i bezrefleksyjnie. Teraz, kiedy w wieku dojrzałym jestem ojcem dwóch chłopców, zanim podejmę jakąkolwiek decyzję, szukam odpowiedzi, pytam znajomych. Popełniam mniej błędów, ale ciężko mi podejmować wychowawcze decyzje. Jestem teraz ojcem rozważnym i ostrożnym. Kiedyś, gdy moje córki chciały wejść na drzewo, mówiłem „wchodźcie, byle wysoko”. Teraz obawiam się, żeby chłopcy nie spadli, asekuruję i ostrzegam.

11

Tomasz Madej z Adasiem (z lewej) i Adrianem fot.arch. rodz.

Z córkami mam kontakt na tyle bliski, jak blisko można być z kimś na odległość. Jedna mieszka w Polsce, druga w Irlandii. Rozmawiamy często i właściwie o wszystkim, szczególnie z młodszą córką. Obie wiedzą, że mogą na mnie zawsze liczyć, zarówno finansowo, jak w każdym innym wypadku, zawsze jestem gotowy wsiąść w samolot i polecieć, jeśli będą mnie potrzebować.

Ciekawe relacje mam z moimi przyrodnimi dziećmi, synem i córką. To ważne i rozwijające doświadczenie. Jestem z nimi na tyle, na ile mogę, uczestniczę w ich życiu, nie jestem jedynie „dodatkiem” do ich mamy. Mamy dobry kontakt. Wspomnę o kartce, którą dostałem od nich na Dzień Ojca. Na kartce napisane było, że jestem im potrzebny i ważny, że jestem częścią ich życia.

Krzysztof Rożnowski: kocham swoje dziecko, choć jest inne

Mam cudownego syna Jacka. Gdy chłopiec skończył 18 miesięcy, zorientowaliśmy się, że coś jest z nim nie tak. Nie potrafił wskazać czegoś ręką, a tak robią dzieci, które mają coś koło roku. Nie odwracał głowy, gdy wołało się go po imieniu. Nie mówił do nas mama, tata. Nic do nas nie mówił. Umiał wymówić zaledwie pięć czy sześć zrozumiałych słów. Potrafił siedzieć godzinami, przekładając swoje pluszowe zabawki z jednej strony na drugą. Zabieraliśmy Jacka na badania do najróżniejszych specjalistów. Może ma problemy ze słuchem, może są to zaburzenia mowy? Przeczytaliśmy z żoną chyba wszystkie książki, które miały wyjaśnić, co dzieje się z naszym synem. Zrobiliśmy wszystko oprócz zbadania, czy przypadkiem nasze dziecko nie jest autystyczne.

Dopiero pewnego dnia, gdy pakowałem się przed wyjazdem w podróż służbową, usiadłem przed komputerem. Wklepałem hasło: „Oznaki autyzmu u dzieci”. Ekspert cytowany na portalu wyjaśniał: „Jeśli twoje dziecko wykazuje trzy spośród 10 wymienionych oznak, to najprawdopodobniej jest autystyczne”. Mój Jacek wykazywał ich 9. Potrafił jedynie nawiązywać kontakt wzrokowy z opiekunami, czego większość autystycznych dzieci nie umie.

Zrozumieliśmy. Nasze dziecko jest autystyczne. Chciałem odwołać podróż, lecz żona mnie przekonała, że to nic nie da. Przez kilka najbliższych dni rozważałem na wszystkie strony, czyja to wina i jak powinniśmy postępować. Po powrocie, w rozmowach z żoną wzajemnie zrzucaliśmy na siebie winę, jednak to nie miało najmniejszego sensu. Po prostu Bóg tak chciał i nie ma tu niczyjej winy. Trzeba ten fakt jakoś zaakceptować i jakoś z tym żyć. Tylko jak? Będąc z Jackiem na placu zabaw, obserwowałem inne dzieci – a to na huśtawce, a to na zjeżdżalni, a to w piaskownicy. Wmawiałem sobie, że w innych rodzinach też są dzieci z problemami. Postanowiłem wtedy sobie, że nie będę litował się nad sobą ani uciekał w odosobnienie. Postanowiłem otworzyć się na innych, którzy mają dzieci z problemami podobnymi do naszych, by wymieniać się doświadczeniami w wychowaniu autystycznych dzieci. Chłopiec ma już dziewięć lat. Z poznanymi wtedy rodzinami wciąż utrzymujemy bliski kontakt, co pozwala mi łatwiej znosić los i lepiej wychowywać mojego cudownego syna Jacka. Kocham go z całego serca.

WSZYSTKIM ojcom z okazji ich święta składamy najlepsze życzenia!

Redakcja

Categories: Polonia, Społeczeństwo

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*