Anna Góral: mogę wygrać te wybory

Anna Góral: mogę wygrać te wybory

Anna Góral, z nomen omen góralską wytrwałością i uporem, prowadzi starania o urząd radnej 23. okręgu miejskiego w Chicago. Wierzy, że w ostatecznej rozgrywce pokona machinę polityczną obecnego radnego Michaela Zalewskiego. Góral liczy na głosy polonijnych wyborców. O swoich szansach i przygotowaniach do wyborów 24 lutego opowiada w rozmowie z Alicją Otap.

 

W poprzednich wyborach bezskutecznie usiłowano usunąć Pani nazwisko z listy wyborczej. Czy w tych wyborach rywale również próbowali wyeliminować Panią z wyścigu?

– Nie. Tym razem nie podejmowano takich starań, ponieważ bardzo dobrze przygotowałam się do procedury formalnej. Zebrałam bardzo dużą liczbę podpisów pod wnioskiem kandydackim − prawie 2300, a potrzebowałam tylko 473. Opozycja nie była w stanie mnie znokautować.

Cztery lata temu przegrała Pani pojedynek z długoletnim radnym Michaelem Zalewskim niewielką liczbą głosów…

– To była już dogrywka, czyli wybory uzupełniające i przegrałam tylko 270 głosami. A to się przelicza na kilka osób w każdym obwodzie wyborczym. Mogłam wygrać, gdyby zagłosowali ci, co nie przyszli. Ten wynik pokazuje, jak rzeczywiście ważny jest każdy głos.

Od tamtej pory urzędujący radny już nie lekceważy Pani kandydatury?

– Nikt się nie spodziewał, że będę miała takie dobre wyniki. Dlatego radny Zalewski bardzo zmobilizował się po tamtych wyborach. Wówczas byłam niedogodnością, a teraz jestem poważnym zagrożeniem. Mój przeciwnik korzysta z pomocy lokalnej machiny politycznej. Wspierają go niemający kontrkandydatów radni Ed Burke z 14. okręgu i z 13. Marty Quinn, powiązany z Michaelem Madiganem, najbardziej wpływowym politykiem w Illinois, który jest przewodniczącym Partii Demokratycznej i marszałkiem Izby Reprezentantów. Setki pracowników politycznych Burke’a i Quinna pomagają Zalewskiemu. Naciskają na mieszkańców, żeby przed ich domami postawili tablice z nazwiskiem Zalewskiego. Jest duże zastraszenie. Czuć napiętą atmosferę.

Prowadzenie kampanii wyborczej to praca na pełny etat?

– Od kilku miesięcy chodzę od domu do domu. Pukam do drzwi i rozmawiam z ludźmi. Dzięki temu zebrałam tak dużo podpisów wyborców pod wnioskiem o przyznanie statusu kandydackiego. Nasz okręg jest niestety bardzo rozległy. Po ostatnim wyrysowaniu nowej mapy politycznej, okręg jest zupełnie inny, niż był cztery lata temu. Połowę stanowią nowe obszary, nowe dzielnice i nowi wyborcy. Im poświęcam najwięcej czasu, bo mnie nie znają. Nowi wyborcy muszą mnie poznać, inaczej nie będą na mnie głosować. Dla wyborców, którzy pozostali w naszym okręgu, moje nazwisko jest rozpoznawalne i przynajmniej o to nie muszę się martwić. Ale to nie znaczy, że nie trzeba się z nimi kontaktować. Wręcz przeciwnie – wśród nich też muszę ciężko pracować.

Mapa 23. okręgu fot. City of Chicago

Mapa 23. okręgu fot. City of Chicago

Jakie są nastroje wśród mieszkańców Pani okręgu?

– Panuje ogromne niezadowolenie ze sposobu sprawowania urzędu przez obecnego radnego. Ludzie wyrażają ogromną niechęć do Zalewskiego, który jest na stanowisku dwadzieścia lat i z polskością, poza nazwiskiem, nie ma nic wspólnego. Gdy mówię o nastrojach mieszkańców, to nie mam na myśli tylko polonijnych wyborców, ale ogół mieszkańców. Przez dwadzieścia lat urzędujący radny nic nie zrobił i nie ma się czym poszczycić. Nasz okręg bardzo podupadł, a szczególnie przez ostatnie cztery lata, częściowo w wyniku ogólnie złej sytuacji ekonomicznej, a częściowo po zmianie granic, której radny w ogóle się nie sprzeciwiał. Straciliśmy aż sześć parków i zostały nam tylko dwa, z placami zabaw dla dzieci. Straciliśmy też ogromny obszar cennych nieruchomości komercyjnych, które stanowiły naszą bazę podatkową.

Poprzednią kampanię wyborczą finansowała Pani z własnej kieszeni. Jak jest teraz?

– Tę kampanię, tak jak poprzednią, prowadzę głównie za swoje pieniądze, choć są ludzie, którzy mnie wspierają również finansowo. Jednak jest ich zbyt mało. Polonia nie jest nauczona dawać fundusze na kampanie wyborcze. Nie mamy tej tradycji. Nigdy nie pomagaliśmy finansowo naszym polonijnym kandydatom, a tak naprawdę niewiele potrzeba. To nie muszą być duże kwoty. Gdyby na przykład sto osób dało po dziesięć dolarów, to już jest tysiąc dolarów. Dlatego zbieram fundusze za pośrednictwem mojej strony internetowej. W lutym organizuję imprezę, z której dochód będzie przeznaczony na moją kampanię.

Anna Góral do USA przyjechała w 1981 roku. Ukończyła z wyróżnieniem Wydział Nauk Informatycznych na DePaul University w Chicago. Pracowała w firmie księgowości Arthur Andersen and Co. Od wielu lat jest właścicielką własnego biznesu. Mężatka, matka dwóch dorosłych synów, babcia. Od ponad 30 lat mieszka w Garfield Ridge koło lotniska Midway.

W 2011 r. startowała na urząd radnej z 23. okręgu miejskiego (gdzie mieszka) i przegrała niewielką liczbą głosów; w 2012 r. chciała ubiegać się o stanowisko posła stanowego, jednak jej nazwiska nie umieszczono na karcie do głosowania. W wyborach, które odbędą się w 24 lutego 2015 r., ponownie ubiega się o miejsce w Radzie Miasta Chicago z 23. okręgu.

Pół roku temu zapowiadała Pani akcję rejestrowania wyborców − polonijnych i nie tylko. Czy udało się ten plan zrealizować?

– Jestem bardzo z siebie dumna, ponieważ udało mi się zarejestrować około 150 Polaków. Bardzo pomogło nagłośnienie akcji w mediach − w prasie, radiu i telewizji. Gdy chodziłam od domu do domu w moim okręgu udało mi się znaleźć Polaków, którzy mają obywatelstwo, ale nigdy nie zarejestrowali się do głosowania z różnych względów, bo m.in. nie uważali tego za ważne.

Ilu wyborców polskiego pochodzenia mieszka w 23. okręgu?

– Po zmianie granic okręgu brakuje statystyk na ten temat, ale według szacunków Polacy stanowią od 12 do 15 proc. mieszkańców, dlatego prowadzę też intensywną kampanię wśród amerykańskich i latynoskich wyborców. Ci ostatni to najliczniejsza grupa − 60 procent. Ale nie wszyscy Latynosi głosują, a tylko niewielki odsetek, może jakieś 20 procent.

Co uważa Pani za najważniejsze w swoim programie wyborczym?

– Najważniejsza jest kwestia edukacji. Jestem zwolenniczką szkół publicznych. Zawsze byłam przeciwko zamknięciu pięćdziesięciu szkół publicznych w Chicago, ponieważ obserwuję, jak pracują szkoły czarterowe znajdujące się w sąsiednich okręgach miejskich. Moim zdaniem prowadzona jest nagonka na szkoły publiczne, żeby zniechęcić do nich społeczeństwo, zamknąć je i na ich miejsce otworzyć czarterowe (prywatne – przyp. red.). Zauważyłam, że placówki czarterowe to przede wszystkim jest to biznes i polityka. W takiej sytuacji edukacja naszych dzieci wymyka nam się z rąk i przestaje być najważniejszą rzeczą. Uważam, że nie ma złych szkół publicznych, a tylko są szkoły niedofinansowane. Jeśli zostanę radną, to zrobię wszystko, aby szkoły publiczne miały wystarczające fundusze, by mogły edukować. Efektywność szkół zależy też od ich współpracy z rodzicami, z lokalnymi biznesami i biurem radnego. Trzeba stworzyć organizację pod auspicjami biura radnego − Friends of School, czyli Przyjaciele Szkoły. Byłaby to grupa złożona z wolontariuszy, z ludzi, którzy naprawdę chcą coś zrobić, mają ogromny potencjał i będą zachęcać biznesy, żeby pomagały szkołom finansowo. Opowiadam się też za wybieralną radą szkolną. Członkowie rady szkolnej powinni być wybierani w demokratycznych wyborach, a nie mianowani przez burmistrza. Osoby, które zasiadają w tej chwili w radzie szkolnej, nie mają nic wspólnego z edukacją, ponieważ reprezentują duże firmy.

Burmistrz Rahm Emanuel twierdzi, że Chicago patroluje dostateczna liczba policjantów. Czy Pani się z tym zgadza?

– Absolutnie się nie zgadzam. Mamy za mało policji na ulicach. Cztery lata temu, gdy Emanuel po raz pierwszy kandydował na burmistrza bardzo dużo obiecywał pod względem przyjęć do pracy w policji. Niestety niewiele zrealizował z tych obietnic. Około pięciuset policjantów rocznie przechodzi na emeryturę i Emanuel zatrudnia pięćset osób na ich miejsce, ale to wciąż za mało. Policjanci muszą brać godziny nadliczbowe. Moim zdaniem za pieniądze wydane na nadgodziny należałoby zatrudnić dodatkową liczbę policjantów.

Ale burmistrz utrzymuje, że wskaźniki przestępczości są najniższe od czterdziestu lat.

– Statystykami można manipulować. Wszystko zależy od tego, co się w nich uwzględnia i kto je podaje, i w jakim celu. Dużo czytałam opinii ekspertów na ten temat. Analogiczna sytuacja jest ze wskaźnikami bezrobocia.

Co chciałaby Pani powiedzieć polonijnym wyborcom na miesiąc przed wyborami?

– Wciąż potrzebuję wolontariuszy do roznoszenia ulotek i do telefonowania. Każda forma pomocy jest bardzo przydatna. Oczywiście pomoc finansowa jest również mile widziana. Równocześnie muszę przyznać, że nasza polonijna społeczność jest coraz bardziej aktywna politycznie i społecznie. Coraz więcej Polaków kontaktuje się ze mną, oferując swoją pomoc przy kampanii wyborczej. Chcą postawić tablice z moim nazwiskiem przed domem. Pytają, co można dla mnie zrobić. Dzwonią do swoich znajomych i do sąsiadów, i ich także angażują do pomocy. To bardzo pozytywna zmiana w porównaniu z poprzednimi wyborami. Myślę, że obudziła się w nas chęć uczestnictwa w procesie wyborczym i politycznym. Polonia zaczyna rozumieć, że z odrobiną pomocy ja rzeczywiście mogę wygrać te wybory.

Dziękuję za rozmowę.

Alicja Otap

a.otap@zwiazkowy.com

fot.AnnaGoral.com

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*