Ach, co to był za bieg. Do zobaczenia za rok!

W tegorocznym Biegu Niepodległości wzięła udział rekordowa ilość uczestników fot.Artur Partyka

To była zimna niedziela chłodem listopadowej aury, ale gorąca ciepłem emocji i doznań, jakie wyzwolił Bieg Niepodległości upamiętniający 101. rocznicę odzyskania przez Polskę wolności. Zgromadził na starcie ponad dwa tysiące biegaczy, sporą grupę kibiców dopingujących swoich najbliższych oraz przypadkowych obserwatorów, którzy w tym czasie znaleźli się przy Montrose Harbor, nie mogąc się nadziwić nie tylko wielkością biało-czerwonego tłumu, również atmosferą, która dzięki niemu zaistniała.

Przyjechali z najbardziej odległych zakątków Stanów Zjednoczonych, od Kalifornii po Connecticut, od Florydy po Montanę. Niektórzy po to, by wygrać, inni, by się sprawdzić w rywalizacji, w pokonywaniu słabości i kryzysów, wszyscy, by pokazać polonijną jedność i przywiązanie do narodowej tradycji. Tak jak Marcin Kamiński, z Indiany, który dowiedział się o biegu w przeddzień jego rozpoczęcia. Wcześniej startował w dziesięciu Biegach Niepodległości w Polsce. Po przyjeździe do USA zamieszkał w Arizonie, ale ciągnęło go do polskiej społeczności, dlatego przeniósł się tam, gdzie jest jej więcej. Zarejestrował się, wziął ze sobą żonę, roczną Zosię i trzyletnią Marysię. Mając taką asystę, nie mógł ich zawieść. Dobiegł do mety, a później trzymając biało-czerwoną flagę uwiecznił na zdjęciu swój sukces.

Prezenterzy radia 103.1 FM Magda Marczewska, Mateusz Pankiewicz i Grzegorz Bartusiak czuwali nad sprawnym przebiegiem Biegu Niepodległości fot.Artur Partyka

Ci, którzy walczyli o zwycięstwo, zaprezentowali poziom, który wzbudził podziw amerykańskich obserwatorów Chicago Area Runners Association. Już teraz chcą, by Bieg Niepodległości wszedł do kalendarza ich imprez i jako ostatni był uwieńczeniem sezonu.

Ci, którzy chcieli się sprawdzić, zmierzyć się ze słabością, kryzysem i zmęczeniem na trasie, mają satysfakcję z tego, że prawie wszystkim udało się dobiec do mety.

Nas też było widać fot.Piotr Serocki

Polonijnej jedności i przywiązania do tradycji też nie można kwestionować. Potwierdził to kilkutysięczny biało-czerwony tłum. Czy był to tylko symboliczny, jednorazowy gest, czy początek czegoś, co ma szansę zaistnieć na dłużej, a może nawet na stałe, czas pokaże?

Rekordowa frekwencja, coraz wyższy poziom

W ubiegłym roku w Biegu Stulecia wystartowało 1918 biegaczy. Była to symboliczna ilość, której nie można było przekroczyć. W drugiej edycji biegu ilościowego obostrzenia już nie było. Obniżono też dolną granicę wieku z 12 do 10 lat. Dano też uczestnikom możliwość wyboru dystansu. Ci, którzy chcieli walczyć o zwycięstwo biegli na 10 kilometrów, pozostali mogli spróbować swoich sił na dystansie o połowę krótszym. To spowodowało, że pękła granica dwóch tysięcy uczestników, a najlepsi z nich osiągnęli czasy, które były dla ubiegłorocznych triumfatorów nieosiągalne.

Prowadząca rozgrzewkę Magda „Dzika” Huk jak zwykle w doskonałej formie fot.Artur Partyka

Pierwszy linię mety niedzielnego biegu minął Krzysztof Bąk. Pochodzący z Bielska-Białej odnosił w Polsce największe sukcesy w biegach górskich. Reprezentował kraj na mistrzostwach świata i Starego Kontynentu. W tych pierwszych zdobył w 2001 roku srebrny medal. Również na Alasce zanotował świetny występ, pokonując m.in. wszystkich reprezentantów USA. Po zakończeniu zawodów miał propozycję pozostania, ale Ameryka nie była wtedy jego bajką. Gdy się zdecydował ją przeczytać, zajęty pracą, nie miał zbyt dużo czasu na treningi, nie bardzo też miał gdzie startować, wszak kolebką biegów górskich jest Kolorado, a nie “Wietrzne Miasto”. Nie zerwał jednak z bieganiem. Wykorzystując swoją siłę, startował w biegach po…schodach, m.in. w ówczesnym Sears Tower oraz w kilku amerykańskich maratonach.

W Biegu Stulecia zajął trzecie miejsce, w niedzielę z czasem 35,23,57 był już poza konkurencją. – Rok temu wystartowałem z marszu, praktycznie bez treningu, dlatego miejsce na podium uważam za sukces. Już wtedy postanowiłem, że w następnym roku będę lepiej przygotowany. Kiedy dowiedziałem się, że główną nagrodą jest bilet lotniczy do Polski, zacząłem trenować ze zdwojoną energią. W pewnym momencie pojawiła się nawet obawa, czy przypadkiem nie przesadzam. Dlatego ostatnie treningi przed biegiem były luźniejsze, obliczone na odzyskanie świeżości. Jak się później okazało, przyniosło to efekty. Na 800 metrów przed metą oderwałem się od stawki i już wtedy wiedziałem, że nikt nie będzie w stanie mi zagrozić, że bilet, na którym tak bardzo mi zależało stanie się moją własnością – dzielił się wrażeniami na mecie.

Krzysztof Bąk minął Damiana Bednorza na kilkaset metrów przed metą i zwyciężył niezagrożony fot.Artur Partyka

Tuż za nim przybiegł ubiegłoroczny zwycięzca Damian Bednorz. Wtedy był dla konkurentów nieosiągalny. W niedzielę, mimo że poprawił swój rezultat o ponad minutę, musiał zadowolić się drugim miejscem. – W tamtym roku byłem faworytem i nie zawiodłem. Teraz do biegu podchodziłem z dużą pokorą, bo wiedziałem, że stawka jest mocniejsza, że są rywale, którzy mogą mnie pokonać. Najbardziej obawiałem się Jana Myrdy. W październikowym maratonie chicagowskim osiągnął on niesamowity, jak na swój wiek czas, znacznie poniżej trzech godzin. Jednak nie on wygrał, Krzysztof Bąk, który na ostatnim kilometrze zademonstrował wielką klasę – podkreślił z podziwem Bednorz.

Trzeci linię mety minął wspomniany Myrda. Od samego początku narzucił ostre tempo. Długo prowadził i zanosiło się, że jest w stanie wygrać. Nie wytrzymał jednak trudów biegu. Czy zawiodła taktyka, czy czuł jeszcze trudy październikowego maratonu, a może Bąk i Bednorz tego dnia byli po prostu lepsi? Na pocieszenie pozostanie mu zwycięstwo syna Barta, który był najszybszy w biegu na pięć kilometrów w kategorii do 19 lat.

Zarówno Bąk, jak i Bednorz podkreślają doskonałą organizację imprezy, jej profesjonalizm, rozmach i oprawę. Dostrzegają też liczny udział Amerykanów, którzy odgrywają coraz większą rolę i podnoszą sportowy poziom. Przykładem jest Marisa Ruhter, która świetnym czasem 40,26,95 z łatwością zdystansowała rywalki, a w rywalizacji z biegaczami dała się wyprzedzić tylko kilku nielicznym.

Ich zdaniem poziom sportowy będzie z roku na rok wyższy, nie dlatego, że uczestnicy będą do biegu intensywniej się przygotowywać, ale dlatego, że będą w nim startować coraz lepsi biegacze, ceniący nie tylko profesjonalną organizację, również rywalizację na najwyższym poziomie.

Jedyną sugestią tegorocznych zwycięzców, absolutnie nieobniżającą organizacyjnej wartości niedzielnej imprezy jest, by w przyszłości finisz biegu na 10 kilometrów nie odbywał się w gronie uczestników kończących rywalizację na dystansie o połowę krótszym, by dać widzom szansę śledzenia zmagań najlepszych na ich ostatnich metrach i pokazać ich wysiłek i radość z osiągniętego sukcesu.

Okazała sportowa Polonia

Swoich przedstawicieli w Biegu Niepodległości miały liczne polonijne kluby i stowarzyszenia sportowe.

Pojawili się także Marek Sukiennik, Janusz Sarnicki, Karol Dołęga, Krzysztof Ożóg, Józef Kazanecki, którzy przed laty odnosili w Polsce wielkie sukcesy w biegach średnich, długich i maratonie. W niedzielę zaprezentował się jedynie ten ostatni, co nie oznacza, że za rok nie zdecydują się pozostali, podnosząc swoimi nazwiskami nie tylko rangę imprezy, również jej poziom.

Najsłynniejszym reprezentantem Hyper Fight Fitness był w niedzielę Andrzej Fonfara. Były czołowy pięściarz świata w wadze półciężkiej mógł się przekonać, że wciąż jest popularny wśród polonijnej społeczności. Rozmawiał, pozował do zdjęć, rozdawał autografy, był także przez Funky Polaka zaproszony na scenę. Jak sam przyznał, zdecydował się na start w Biegu Niepodległości z szacunku dla tych, którzy przed laty wywalczyli dla Polski wolność. – Piękne święto, super impreza, świetna organizacja, sympatyczni ludzie – podkreślił.

Licząca ponad 50 osób grupa BiegAm Damiana Bednorza w komplecie zameldowała się na mecie fot.Artur Partyka

Jakub Leśny był jedyny z Hyper Fight Fitness, któremu udało się znaleźć na podium. W kategorii do 19 lat zajął na w biegu na 10 km trzecie miejsce. Jest utalentowanym pięściarzem, ale swoje pierwsze sukcesy odnosił w Polonijnych Rodzinnych Zawodach Sportowych, organizowanych przez Fundację Kultury Tatrzańskiej. Wspólnie z rodzicami Moniką i Grzegorzem oraz bratem Maksem dwa razy z rzędu wygrali rywalizację rodzinną.

Krzysztof Ksiąg ten rok miał wyjątkowo intensywny. Bieg Ultras w Utah, dwie połówki Ironmana, kilka krótszych klasyków, październikowy maraton chicagowski. Nie mogło go jednak zabraknąć na Biegu Niepodległości. W tamtym roku biegł na 10 kilometrów, w tym wybrał dystans o połowę krótszy. Nie dlatego, że obawiał się trudów “dziesiątki”, ale dlatego, by móc towarzyszyć 12-letniej córce Nelli, która postanowiła rozpocząć swoją biegową karierę od krótszego dystansu. Oboje już teraz obiecują, że nie zabraknie ich na starcie w przyszłym roku. “Fantastyczna impreza, prawdziwa wizytówka polonijnego środowiska, dlatego dobrze by było, gdyby na stałe weszła do kalendarza chicagowskich biegów masowych.
“Polonijny Ironman” zwrócił też uwagę na czas rozpoczęcia rywalizacji. – Wiele chicagowskich biegów startuje wcześnie rano, by na nie zdążyć trzeba się zrywać z łóżek o świcie.Bieg Niepodległości rozpoczyna się o godzinie 11.11, co umożliwia spokojne przygotowanie się do niego, bez stresu, pośpiechu i przedstartowej gorączki – dodaje.

10-letni Patryk Żyworonek, utalentowany polonijny tenisista stołowy najbardziej cieszył się, że została obniżona dolna granica wieku. Dzięki temu po raz pierwszy mógł wystartować w Biegu Niepodległości. W tym roku odniósł w swojej kategorii wiekowej kilka znaczących sukcesów w turniejach amerykańskich, ale wie, że te największe są jeszcze przed nim. By je osiągnąć, pracuje także nad poprawą kondycji i wytrzymałości. Dlatego systematycznie biega. Wcześniej brał udział w podobnych biegach, ten niedzielny spodobał mu jednak najbardziej i już teraz nie może doczekać się startu w przyszłym roku. Biegł na pięć kilometrów wspólnie z wujkiem Adamem Żyworonkiem i ukończył go w znakomitej formie, czym sprawił radość dopingującemu go na mecie tacie Arkadiuszowi i mamie Annie, która była w niedzielę wolontariuszką.

Mike Nowacki biegł w ekwipunku jednostek SWAT do zadań specjalnych chicagowskiej policji fot.Artur Partyka

Środowisko polonijnego tenisa stołowego reprezentował także poruszający się na wózku inwalidzkim Dariusz Milewski. Wielokrotny uczestnik Pucharu Świata osób niepełnosprawnych, zaliczył udział w Biegu Stulecia. Nie mogło go też zabraknąć i tym razem. Czekał na start już od godziny dziewiątej. Nie tylko doczekał się, również dojechał do mety w asyście towarzyszących mu Marty Baraniak-Andrzejewskiej i Marty Patino.

Nie mogło w niedzielę zabraknąć przedstawicieli polonijnej piłki nożnej. Najliczniejszą reprezentację miała akademia piłkarska Hussars United. Do rywalizacji stanęło ponad 30 młodych piłkarzy. – Chcieliśmy wspomóc radio 103.1 FM, nie tylko dlatego, że jest najlepsze, ale dlatego, że to przecież dzięki niemu ta wspaniała idea doczekałą się realizacji. Chłopcy byli entuzjastycznie nastawieni do biegu, nikogo nie trzeba było zachęcać i mobilizować. Nie tylko pokazali ile w nich drzemie energii, również to, że akademia, w której trenują rozwija się, jest coraz lepsza i liczniejsza – nie ukrywał satysfakcji trener Hussars Przemysław Ziarek, który również startował i w niezłym stylu minął linię mety.

Satysfakcji z ukończenia biegu nie ukrywał także Jacek Tyszka. Przed laty zarządzał Turniejami Polonijnymi, później zakładał piłkarską akademię Eagles, teraz jeździ z synem na największe futbolowe imprezy świata, dopingując polską reprezentację. W niedzielę z żoną Ewą pobiegli, dobiegli i z nieukrywaną dumą prezentowali medale, które stały się ich własnością.

Krzysztof Bąk w towarzystwie Magdaleny Pantelis, menedżera PLL LOT, fundatora głównej nagrody oraz Jacka Niemczyka, dyrektora radia WPNA FM fot.Artur Partyka

Współpracujący z “Dziennikiem Związkowym” Jacek Boczarski, fotoreporter z powołania i maratończyk z zamiłowania, w roku ubiegłym przegapił rejestrację i w stawce biegaczy zabrakło dla niego miejsca. Tym razem zapisał się wcześniej i wystartował na 10 kilometrów z zamiarem dobiegnięcia do mety w czasie poniżej godziny. I pewnie doczekałoby się to realizacji, ale kiedy zobaczył, że ktoś na trasie zaniemógł i kilku biegaczy pomagało mu dojść do siebie, zatrzymał się, sięgnął po telefon i sobie kilka razy pstryknął, Stracił trochę czasu i do zrealizowania zamiaru zabrakło ośmiu sekund,ale nie żałuje, bo uwiecznił na zdjęciu sierżanta Mike Nowackiego z jednostek SWAT do zadań specjalnych chicagowskiej policji. Podczas niedawnego biegu Hot Chocolate uratował on życie jednej z uczestniczek, która doznała ataku serca. Po reanimacji i dobiegnięciu do mety oświadczył się funkcjonariuszce Erin Gubale. Oboje stali się bohaterami mediów społecznościowych, oboje też wystartowali w Biegu Niepodległości. Nowacki znowu znalazł się, tam gdzie potrzebna była jego pomoc, i ponownie okazał się skuteczny. Oświadczyn wprawdzie już nie było, za to oboje ukończyli bieg, podkreślając, że są dumni z tego, że mogli w tak dużym polonijnym przedsięwzięciu brać udział.

Nie ukrywali swojej dumy także prezenter radia 103.1 FM Mateusz Pankiewicz oraz pomysłodawca i twórca sukcesu niedzielnego Biegu Niepodległości dyrektor WPNA FM Jacek Niemczyk. Pierwszy pokonał trasę bez kryzysów i słabszych momentów, które dopadały go podczas Biegu Stulecia, a formą, prezentowaną później na scenie, dał do zrozumienia, że przebiegnięcie po raz drugi tego dnia 10 kilometrów też pewnie nie sprawiłoby mu większych problemów.

Z kolei dyrektor WPNA FM przyznał się, że trochę biegł, trochę truchtał, ale i tak osiągnął czas znacznie lepszy od tego sprzed roku. Zdradził też, że za dwanaście miesięcy, dokładnie 8 listopada, odbędzie się trzecia edycja Biegu Niepodległości, na którą już teraz wszyscy są zaproszeni. Do zobaczenia za rok.

Dariusz Cisowski

Categories: Polonia

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*